Taniec życia i potrójna ofiara

"Święto wiosny" - chor. W. Niżyński, E. Gat, M. Béjart - Opera Narodowa

Kiedy ćwierć wieku temu Millicent Hodson relacjonowała swoją pracę nad rekonstrukcją oryginalnej choreografii "Święta wiosny", zatytułowała książkę "Nijinsky\'s Crime against Grace" ("Zbrodnia popełniona przez Niżyńskiego przeciwko gracji"). Taka opinia panowała w świecie kultury po paryskiej premierze baletu Strawińskiego w 1913 roku

Widzowie gwizdali, tupali, niemal skakali sobie do gardeł. Irytowała ich głośna, silnie zrytmizowana muzyka o nieprzyjemnych dla ucha współbrzmieniach, ale chyba jeszcze bardziej byli zbulwersowani tym, co zaprezentowali tancerze. Zamiast piruetów baletnic w zwiewnych spódniczkach, zamiast wdzięcznych kroczków na puentach baletek - kanciaste ruchy grup tancerzy w łapciach, stopy stawiane na piętach i palce stóp skierowane do wewnątrz - wbrew prawidłom klasycznych pozycji baletowych. Autorem tej choreografii był Wacław Niżyński, Polak, wówczas 24-letni solista-gwiazdor kompanii Baletów Rosyjskich. I chociaż później powstało około dwustu choreografii "Święta wiosny", ta pierwsza obrosła legendą, czemu sprzyjał fakt, że zaginęła partytura z notacją, a zapis filmowy baletu nie istniał.

Odnaleziona po latach partytura potwierdziła wersję odtworzoną przez Hodson na postawie rozmów z asystentką Niżyńskiego. Mężowi Hodson, Kennethowi Archerowi, udało się zrekonstruować oryginalną scenografię i kostiumy autorstwa Nikołaja Roericha (również współautora libretta). Wskrzeszona pierwotna wersja od 1987 roku odnosi sukcesy na scenach świata, budząc zachwyt organiczną jednością wizji muzycznej, plastycznej i tanecznej. Tak też jest w stołecznym Teatrze Wielkim Anno Domini 2011.

Wirujące kręgi Prasłowian, w transowych rytmach czczących przesilenie wiosenne, oddających cześć mądrości przodków i surowym prawom natury, żywe barwy wzorów na lnianych giezłach - wszystko to zdaje się wyrastać z muzyki Strawińskiego, a każdy gest i krok sprawiają wrażenie kinetycznego symbolu danej nuty. Po zobaczeniu wstrząsającej inscenizacji widza ogarnia zwątpienie, czy można z tej muzyki

wysnuć coś innego, a zarazem cos równie sugestywnego, poruszającego i ciekawego.

"Święto wiosny" trwa 40 minut, więc nie wystarcza do zapełnienia teatralnego wieczoru. I oto autorzy warszawskiego spektaklu wpadli na pomysł, aby z opracowaniem Niżyńskiego zestawić jeszcze dwie cieszące się uznaniem choreografie: premierowe dla polskiej publiczności dzieło Mauricea Bejarta z 1959 i Emanuela Gata z 2004 roku. Dwie różne koncepcje techniki tańca i jego pokazywania. U Bejarta - ruchome rzeźby z grup ciał tancerzy, u Gata - pięć osób w strojach współczesnych, kwintet tancerzy to splatających się, to rozplatających w rozmaitych układach inspirowanych figurami salsy.

I znów - po każdym z baletów powstaje wrażenie, że tej muzyki nie sposób zatańczyć inaczej. Trzy różne historie o ofierze. O najsłabszej jednostce składanej przez grupę w darze magicznym siłom przyrody (choreografia Niżyńskiego); o kobiecie-ofierze losu, samotnej w parzystym tańcu życia (Gat); o mężczyźnie i kobiecie, składających sobie nawzajem ofiarę z samych siebie (Bejart). Trzy choreografie wymagające od wykonawców, oprócz perfekcji warsztatowej, żelaznej kondycji. Warszawscy tancerze przed premierą nie ukrywali, że stanęli przed najtrudniejszym wyzwaniem w dotychczasowej karierze - ale i wielką szansą pionierskich dokonań. Efekt jest znakomity: precyzja współdziałań w podzespołach, wycyzelowane szczegóły, zgrana współpraca między sceną i kanałem orkiestrowym.

W inscenizacji baletu tak skomplikowanego, tak trudnego rytmicznie jak "Święto wiosny" swoistym mistrzem ceremonii jest dyrygent. Od dokładności i czytelności jego gestów zależy wyrazisty kontur wykreowanych tańcem wizji, zaś ich nasycenie barwą emocji zależy od drugiego zespołowego organizmu - orkiestry. Łukasz Borowicz zapewniał, że trzykrotne zagranie tych samych dźwięków nie będzie nużące ani dla muzyków, ani dla słuchaczy. Muzyka zintegrowana z ruchem zyskuje za każdym razem inną wymowę, inną jakość. Tak rzeczywiście było. Instrumentaliści brzmieli świetnie zarówno w motorycznych, szalonych tutti, jak i w licznych solówkach instrumentów dętych; w "dzikim" forte i w - o wiele rzadszym - "naiwnym" piano.

Potrójnym "Świętem wiosny" Balet Narodowy pod kierunkiem Krzysztofa Pastora kończy udany sezon, który przyniósł też niezapomniane premiery "Kopciuszka" Prokofiewa oraz "I przejdą deszcze" do muzyki Góreckiego.

Hanna i Andrzej Milewscy
Hi Fi i Muzyka
30 lipca 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...