Tarantino i Kantor spotkali się w cyrku, czyli w Polsce

"Ubu Rex" - reż. Janusz Wiśniewski - Opera Bałtycka w Gdańsku

Alfred Jarry to postać nietuzinkowa. Choć mimo niedługiego i charakterystycznego dla przedstawiciela paryskiej bohemy żywota (1873-1907) pozostawił po sobie niemało dowodów wyobraźni, to do historii przeszedł dzięki trzem: nowemu wulgaryzmowi, utworowi literackiemu i terminowi „artystyczno-filozoficznemu”.

„Ubu król czyli Polacy" (1896) to zwariowana farsa, rozgrywająca się w Polsce, czyli... nigdzie i zawiera słowo-klucz, arcywulgaryzm grówno (merdre, schreise). Za życia dość abstrakcyjne dzieje chama, który po trupach zostaje królem, nie zyskały dużej popularności i dopiero po śmierci autora historia Ubu i Ubicy została odkryta najpierw przez surrealistów, a potem przez wielu niezwykłych wyznawców patafizyki.  Ten termin wymyślony przez Jarry'ego oznacza pseudonaukę, której zadaniem jest kpina z nadętej naukowości i absurdyzowanie rzeczywistości. W 1948 roku grupa artystów założyła Collège de 'Pataphysique, którego celem jest zgłębianie doktryny patafizyki i myśli szalonej Jarry'ego. Wśród akolitów patafizyki odnajdziemy Eugene'a Ionesco, Jeana Geneta, Borisa Viana czy Umberto Eco, a polskie, oryginalne rozwinięcie nazywa się metaweryzm. Jednak najważniejszym nadwiślańskim śladem jest oczywiście Witkacy. Nieprzypadkowo powstaje piurblagizm i manifest Fest-mani, a sturba, psia ją cholera w suczą by jąwlań to przecież przecudne dziecię grówna! A postaci w rodzaju Murdel Bęski czy Scurvy itd., itd.? Witkacy, Gombrowicz i Mrożek to spadkobiercy Jarry'ego, podobnie jak cały teatr absurdu i wiele innych rozwinięć sztuki a rebours (choćby spastyki z Larsa von Triera), o czym można długo opowiadać.

Libretto Jerzego Jarockiego i Krzysztofa Pendereckiego jest wierne pierwowzorowi literackiemu, różni się jedynie w kilku szczegółach. Ojciec Ubu i Matka Ubu przybywają do Polski i realizują plan Ubicy, która niczym Lady Makbet namawia męża do krwawej rozprawy. Ubu jako  król stosuje metody bezpośrednie: zabija lub więzi najbogatszych i sam zajmuje się ściąganiem podatków. Przegrywa wojnę z Rosją, ucieka z Polski, ale nie do słodkiej Francji, jak u Jarry’ego, ale do krain, gdzie wolność rozpływa się w braterstwie, czyli do Ameryki.

Dla poszukiwaczy inspiracji i tropów gdańska propozycja to rozkosz, jaka towarzyszyć by mogła Sherlockowi Holmesowi, gdyby ten zdecydował się na śledztwa interdyscyplinarnej wpływologii, by rzec w duchu patafizyki. Czegóż tu nie mamy: commedia dell’arte, rodzina Addamsów (Matka Ubu to przecież Morticia Addams), "Umarła klasa", cyrkowe karły, manekiny, zombie i wiele innych znaków, których przyjemność dekodowania pozostawiam wybranym galernikom wrażliwości. Ubu to skrzyżowanie Arlekina z chłopem i Ryszardem III, przepyszny jest zdublowany car, postaci mocno ucharakteryzowane jak w dawnych teatrzykach. Plastyka teatru Janusza Wiśniewskiego oszałamia bogactwem i precyzją. Przechodzimy ulicą Krokodyli jego wyobraźni do świata, w którym ważne są detale, trójkątne znaczki z egzotycznych krajów zaprowadzą nas do sklepów cynamonowych, w których będziemy doznawać niekończących się olśnień.

Wiśniewski zrobił to, co ze zbyt małą sceną Opery Bałtyckiej można zrobić najlepiej: zmniejszył ją do granic fizycznych możliwości. Scena nie tylko jest zmniejszona jak w „Salome” (poprzez obecność orkiestry) czy „Madame Curie”, ale dodatkowo szczelnie zamknięta dokoła. Otwierający i zamykający obraz przypomina nagromadzeniem postaci stare zdjęcia lub obrazy w rodzaju „Pogrzeb hrabiego Orgaza” lub bombonierkę z dawnych lat, w której każda czekoladka była zaczarowana. O wiele postaci (rzeczy) za dużo, by zmieścić w tak małym pudełku sceny, powoduje wrażenie klaustrofobii, ale daje też możliwość skoncentrowania przekazu. Wiśniewski steatralizował przekaz, uczytelnił go i nasycił wielopiętrowym komizmem. Obok całych zabawnych scen, jak np. scena „burzy mózgów” spiskowców, którzy deliberują nad sposobami uśmiercenia króla Wacława, mamy komizm postaci (choćby zdublowany car) oraz żarty i pastisze muzyczne, groteskę i przede wszystkim patafizyczną satyrę na władzę. „Ubu Rex”  niesie ze sobą wiele podpowiedzi interpretacyjnych, z których szczególnie nęcące wydaje się odniesienie do polskiej współczesności, co uczynił w swej inscenizacji Krzysztof Warlikowski. Nie ma tego u Wiśniewskiego, którego propozycja jest bardziej uniwersalna, choć niezniechęceni niczym amatorzy polszczyzny mogą znaleźć także coś dla siebie.

Maski i bardzo głęboka charakteryzacja powodują, że aktorzy, jak to często bywa w teatrze plastycznym, są uprzedmiotowieni. Jednak ograniczenie mimiki do jednej pozy nie zamyka im możliwości do spektakularnych ujawnień wokalnych. Entuzjazm wzbudzała Karolina Sikora, której mezzosopranowe, zwariowane popisy śmieszyły i zarazem zachwycały wirtuozerią. Jacek Laszczkowski po raz kolejny w Operze Bałtyckiej dowodzi, że można na nim bez obaw oprzeć cały spektakl. Jego Ubu śmieszy, odrzuca, denerwuje, sugestywnie ukazuje mrok zła prymitywnego, chamskiego. Wydarzeniem było każde solowe ujawnienie Ryszarda Morki (Mme Żyron). Spektakl zdobiły także liczne partie zbiorowe, rozpisane w zabawny sposób na głosy i zorkiestrowane, swoiste majstersztyki słowno-muzyczne w czym także zasługa Wojciech Michniewskiego, który sprawnie przeprowadził przez wymagającą podróż orkiestrę Opery Bałtyckiej. Osobne słowa uznania dla Emila Wesołowskiego, który niezwykle precyzyjnie przygotował choreografię, co było wyjątkowe na tak małej przestrzeni scenicznej. Nawet ukłony są inne w tym przedstawieniu. Kostiumy (reżyser we współpracy z Hanną Szymczak) i charakteryzacja to jak na razie pewniaki do teatralnych nagród za rok 2013.

„Ubu Rex” Pendereckiego, czyli opera buffa, to wielki pojedynek na miny z tradycją muzyczną, nie tylko operową. Autor „II symfonii” kpi ze świętości, przedrzeźnia siebie i największych kompozytorów, demontuje uznane i niepodważalne figury operowe. Nabija się z naiwnych rozwiązań melodycznych i literackich. Wybór „Ubu Rexa” na laudację autora muzyki wykorzystywanej m.in. w „Lśnieniu” to bardzo dobre posunięcie. 80-letni Krzysztof Penderecki (swoją drogą „1933” to niezły, polski rocznik: Polański, Grotowski…), przeżywa kolejny renesans. Inspirują się jego twórczością nowe pokolenia nieustraszonych poszukiwaczy dźwięków, sam kompozytor występuje na żywo z muzykami z zupełnie innych regionów muzycznych (choćby tournée z Jonny Greenwoodem), jest aktywny, przepełniony planami, zmienia niektóre swoje wcześniejsze utwory. „Ubu Rex” to utwór nowoczesny, ciągle żywy dzięki muzyce, opowieści i sposobie potraktowania wszystkich składników. Także pierwowzór literacki ciągle jest interpretowany, nawet w Czechach powstał film kinowy ("Ubu kral"), co już samo w sobie jest patafizyczne. A sposób, w jaki Penderecki obchodzi się z tradycją i dogmatami można przyrównać do dezynwoltury, która cechuje niektóre filmy Quentina Tarantino.

Długa jest historia „Ubu” w Operze Bałtyckiej. Ostatecznie premiera planowana na zeszły rok z powodów finansowych mogła dojść do skutku dopiero teraz, co jest sukcesem samym w sobie, bo sytuacja nie jest łatwa, a opera pod względem finansowym jest szczególnie wymagająca. Determinacja dyrektora Weissa warta była ostatecznego efektu. 80-lecie urodzin Krzysztofa Pendereckiego Opera Bałtycka uczciła najlepiej jak można. „Ubu Rex” w autorskiej propozycji Janusza Wiśniewskiego to spotkanie z niezwykłą wyobraźnią twórców, prawdziwa uczta dla koneserów i poszukiwaczy wyrafinowanych skojarzeń, najambitniejsza artystycznie propozycja w pomorskim teatrze wszystkich gatunków. Dzieło wymagające i nie dla wszystkich, ale dla każdego szanującego się odbiorcy kultury i artysty pozycja obowiązkowa. Widzowie, stykając się z twórczością Janusza Wiśniewskiego mogą czuć się obdarzeni. Wiele lat temu przeżyłem jedno z największych wzruszeń teatralnych, tym większe, bo zaskakujące w tamtym czasie i miejscu. Oto gdyński Teatr Miejski bez jakiejś specjalnej reklamy sprowadził na jeden pokaz „Olśnienie” Janusza Wiśniewskiego i spowodował, że do dziś mam w pamięci postaci zaczarowane. Tak i teraz nieprędko zapomnę kolejny, pełen magii obrzęd świętokradzki reżysera europejskiego formatu, jakim jest bez wątpienia były, wieloletni dyrektor Teatru Nowego w Poznaniu. Cieszy możliwość kontaktu z twórczością reżysera, który zaczął nowy etap, brutalnie zamykając okres poznański, tak jak i Poznań zamknął z nim. Nam należy się cieszyć, że już prawdopodobnie w lutym zobaczymy na Dużej Scenie Teatru Wybrzeże kolejne ujawnienie niewiarygodnej wyobraźni jednego z największych inscenizatorów polskiego teatru. Tym razem będą to „Martwe dusze” Gogola z Katarzyną Figurą, nową aktorką Teatru Wybrzeże.

 

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
30 września 2013

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia