Teatr czuję w trzewiach

rozmowa z Ewą Skibińską

Kamera mnie nie kocha, bo zawsze pokazywałam jej język. Nigdy też nie czułam się zwierzęciem filmowym. Ale rola w "Ślepnąc" była absolutnie dla mnie, więc może te role gdzieś się czają. Nie martwię się jednak zbytnio tym, że nie gram zbyt dużo w kinie. Lubię ciepło budynku teatralnego, bufet, proces pracy, całe to teatralne wariactwo. Nie boję się teatru, czuję go od trzewi. Kina też już przestałam się bać, ale czekam, aż ono to zauważy.

Z Ewą Skibińską, jedną z ulubionych aktorek Krystiana Lupy, która dwa lata temu dołączyła do zespołu warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie pracuje teraz nad kolejnym spektaklem w reżyserii swojego ulubionego reżysera, "Capri - wyspa uciekinierów".

Maciej Ulewicz: Niedawno wróciłaś z Capri, z pracy, a nie z wakacji.

Ewa Skibińska: - Tak, kręciliśmy materiały wideo do spektaklu "Capri - wyspa uciekinierów" Krystiana Lupy, którego premiera planowana jest w Teatrze Powszechnym na październik. Przedstawienie powstaje na podstawie książki włoskiego pisarza i filmowca Curzio Malapartego "Kaputt", ale jak to zwykle u Krystiana bywa, tekst tej powieści jest przeplatany pokrewnymi tekstami literatury włoskiej. Na Capri Malaparte zaprojektował sobie willę znaną jako Casa Malaparte.

O czym opowie ten spektakl?

- O plemieniu ludzkim uwikłanym w historyczny moment przed wybuchem wojny, w jej trakcie i w czasie po wojnie. Mierzymy się z kondycją ludzką chwilę przed II wojną światową. Ludzie w jej przededniu są dziwnie niefrasobliwi, nie przeczuwają, że może nastąpić katastrofa. Tak się dzieje przed każdą wojną. Wojny prowadzone są na najwyższych szczeblach władzy, często przez przypadkowych ludzi, szaleńców pozbawionych skrupułów, którzy marzą o władzy totalitarnej. A taka władza pozostawia po sobie zgliszcza i ofiary, którymi stają się słabsi, inni, chorzy, osoby nieheteronormatywne czy Żydzi. Okazuje się, że łatwo jest likwidować słabszych. Prawdopodobnie ze strachu przed własną słabością.

Co to znaczy być aktorką Krystiana Lupy?

- Dla mnie praca z Lupą jest drogą. On zapewnia mi rozwój. To, czym dzięki niemu dysponuję na scenie, jakie tworzę role, w jakich uczestniczę światach, zadaniach i ideach, powoduje, że stale się w tym zawodzie rozwijam. Bardzo się pod wpływem pracy z Lupą zmieniłam, jako aktorka i jako człowiek. Na różnych etapach bywało to traumatyczne, teraz przebiega już łagodniej. Podczas pracy wiele się o sobie od siebie dowiadywałam. Nasza artystyczna znajomość trwa już ponad 20 lat. Co istotne, osiągam teraz z nim pewien rodzaj harmonii. Nie ma już tąpnięć. Powoli spadam na spadochronie, badając teren. Dzięki niemu osiągnęłam dystans, nie gwałcę swojej osobowości, jestem swobodna. Nie oddaję się już sztuce bez pamięci. To kiedyś czyniło mnie aktorką bardziej spiętą. Teraz mam już sferę, do której nie przeciekają inny twórca ani energia grupy. To gleba, na której najwięcej rośnie. Nie porzucając mojego mistrza, dzięki drodze, którą z nim przechodzę, staję się mistrzem sama dla siebie.

Na jego niezwykłej empatii, talencie pedagogicznym. Jest człowiekiem wykształconym w wielu dziedzinach. Jest też bezwstydny w swoich słabościach. Nawet jeśli nakłada maskę reżysera czy ojca dla aktorów, za chwilę ją uchyla, mówiąc: "Jestem takim samym człowiekiem jak wy, też jestem słaby". To człowiek, który niczego nie udaje.

"Prezydentki", "Poczekalnia.0", "Azyl", "Wycinka", "Proces", "Kuszenie cichej Weroniki" - który z tych spektakli znaczy dla ciebie najwięcej?

- Nie potrafię przeprowadzić takiej klasyfikacji. Każdy spektakl wniósł coś innego, każdy sprawił mi satysfakcję. Jakąkolwiek rolę dostaję od Lupy, nawet niezapisaną w tekście, za każdym razem się dziwię. "Ja mam to zagrać?" - pytam. A na końcu procesu ta postać staje się mną.

"Prezydentki" z Haliną Rasiakówną i Bożeną Baranowską gramy nieprzerwanie od 1999 roku. Krystian już tego spektaklu nie ogląda, oddał go nam, a my go zagarnęłyśmy. Jesteśmy z niego dumne. Zamierzamy grać go do śmierci pierwszej z nas (śmiech). "Wycinka" jest dla mnie bardzo ważna, bo jestem na scenie przez trzy godziny. Niestety wraz z pojawieniem się Cezarego Morawskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu ucięto głowę temu wybitnemu przedstawieniu, więc głód tego spektaklu cały czas we mnie siedzi. "Kuszenie cichej Weroniki" to moje pierwsze spotkanie z Krystianem. Odkryłam wtedy mistrza i nowy świat, w którym mogłam uprawiać sztukę zupełnie inaczej niż do tej pory.

Miałaś i masz szczęście pracować z najwybitniejszymi reżyserami teatralnymi. Kto oprócz Krystiana należy do twoich ulubionych twórców?

- Mam wielki rozrzut od Krystiana Lupy i Jerzego Jarockiego do Michała Zadary. Po drodze są Krzysztof Garbaczewski, Jan Klata, Monika Pęcikiewicz, Paweł Miśkiewicz, Ewelina Marciniak. Swój niewykorzystany potencjał czuję w krótkich spotkaniach z Pawłem Łysakiem, Michałem Borczuchem i Katarzyną Kalwat. Chciałabym spotkać się z nimi w pracy. Mam też rejony nieodkryte, np. Maję Kleczewską, która mnie bardzo intryguje.

Przez lata święciłaś triumfy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, teraz zniszczonym przez polityków i urzędników. Jak z perspektywy prawie trzech lat oceniasz to, co się stało?

- Teatr został zniszczony. Został mu wyrwany siłą proces tworzenia. Przyszła nowa władza, szef jednej z partii tego kraju zarządza ministrami, wydaje instrukcje. Mimo demokracji sztuka w tym kraju ma się dostosować do nowej poprawności politycznej i religijnej. Ta zmiana dotknęła nasz teatr. Ustawiony konkurs i okropne działania ręki urzędniczej doprowadziły do katastrofy. Nikt nie miał wątpliwości, że Cezary Morawski przedstawił najgorszy program. Efektem jego dyrektury jest zmiecenie tej sceny z powierzchni ziemi. Przestała być wyspą artystycznej wolności. A przestrzeń tej wolności nam się kurczy. Musimy się bronić.

Jak odnalazłaś się w Warszawie?

- Lubię zmiany, choć się ich boję. Pojawiasz się przecież w miejscu, gdzie wszystko jest obce. Staram się teraz korzystać z tej obcości, będąc w nowej grupie ludzi. Obserwuję, próbując stworzyć nową siebie wobec tej sytuacji. A to jest zawsze ożywcze. Teatr Powszechny jest inny niż dawny Polski we Wrocławiu, ale równie ciekawy. Formuła tego teatru jest niewyczerpana. Wciąż się zmienia. Świadczy o tym chociażby obecność Lupy, świetnego węgierskiego reżysera Árpáda Schillinga, z którym ponownie będę pracować w przyszłym sezonie, czy też Olivera Frljića i jego kultowej "Klątwy".

Jesteś znana z odważnych przekroczeń. Łatwo ci się na scenie obnażać?

- Używam ciała, bez względu na to, czy jest pokryte muślinem, czy staję całkowicie naga jak w "Ziemi obiecanej", oddając ciało w ofierze partnerowi, w którym jestem zakochana. Ciało jest dla mnie bardzo ważne. Moja nagość często uruchamia się z głodu dopowiedzenia postaci. W "Chłopach" Garbaczewskiego wszyscy nosiliśmy kombinezony z pianki, na których pojawiały się chłopskie chałaty. Grałam Dominikową, matkę Jagny. W pewnym momencie czułam, że muszę z siebie zrzucić ten kostium, by pokazać nieokiełznaną wiejską kobietę, obmywającą się ziemią niczym wodą. Jak masz na scenie prawdziwą ziemię, to przecież aż się o taki gest prosi, bo ciało pasuje do ziemi. Nie reżyseruję tego w sobie. Gdy czytam scenariusz, nie zakładam od razu, czy się do tej roli rozbiorę. Nawet nie wiem, która część ciała jest wstydliwa. Tak bardzo nie myślę o nagości.

Zagrałaś też intensywny epizod w "Ślepnąc od świateł". Jak wspominasz pracę przy tym projekcie?

- Znakomicie. Krzysztof Skonieczny to mój reżyser w kinie. Może jestem też bardziej gotowa na kamerę niż kiedyś. Już bardzo poważnie przygotowane zdjęcia próbne były jak pierwszy dzień zdjęciowy. Poszliśmy drogą Krzyśka, ale nie czuję, żebym straciła cokolwiek, z czym przyszłam. Świetnie mi się też pracowało z charyzmatycznym i eleganckim Kamilem Nożyńskim, który przecież nie jest aktorem profesjonalnym.

Jesteś piękną kobietą i znakomitą aktorką. Czy z upływem czasu trudniej ci zdobywać role?

- Każdy wiek ma swoje role. Zastanawiam się nad biegnącym czasem. Przyglądam się sobie. Widzę starszą, ale fajną babkę. Z każdym upływającym rokiem człowiek staje się bardziej doświadczony, więc może wybierać, co chce robić. Nigdy nie narzekałam na brak pracy. Oby tak było dalej. W puli aktorek Lupy w nowym przedstawieniu przeszłam na stronę tych najdojrzalszych. Jest tam taka scena z czterema pytiami, dyskutującymi o losach świata nad brydżem. Jestem jedną z nich. To nowe i nobilitujące.

Czyli nie boisz się upływu czasu?

- Strasznie boję się śmierci. W związku z tym chciałabym zatrzymać czas. Umierają bliscy, miłość, różne rzeczy w moim kobiecym ciele. Dostałam awans do dojrzałych ludzi, ale mam świadomość, że i to się musi skończyć. Pocieszam się trochę tym, że ci, którzy się teraz rodzą, też kiedyś dojdą do tego momentu.

A co z utratą urody?

- Dla mnie uroda jest rzeczą nieskończoną. Bez względu na siatkę zmarszczek, która będzie coraz gęstsza, myślę sobie, że fajnie je polubić. Jako młoda dziewczyna zawsze zazdrościłam starszym koleżankom dojrzałych rysów. Moją największą fascynacją w szkole aktorskiej była Iga Mayr z Wrocławia, znakomita aktorka, która swoim przepalonym głosem grała wspaniałe role i rozbierała się bez względu na wiek. Starzeję się, ale będę mogła tym grać.

Mam niedosyt ciebie w kinie.

- Wszystko jeszcze przede mną. Wiesz, kiedyś wydawało mi się, że nie umiem brać udziału w zdjęciach. Myślałam, że moje abstrakcyjne myślenie "zaparowuje" kamerę. Kamera mnie nie kocha, bo zawsze pokazywałam jej język. Nigdy też nie czułam się zwierzęciem filmowym. Ale rola w "Ślepnąc" była absolutnie dla mnie, więc może te role gdzieś się czają. Nie martwię się jednak zbytnio tym, że nie gram zbyt dużo w kinie. Lubię ciepło budynku teatralnego, bufet, proces pracy, całe to teatralne wariactwo. Nie boję się teatru, czuję go od trzewi. Kina też już przestałam się bać, ale czekam, aż ono to zauważy.

Jesteś aktorką spełnioną?

- Są momenty, gdy szaleję ze szczęścia. Budzę się i wiem, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu. A wszystko wokół pracuje na mnie. Wtedy jestem w wielkiej harmonii z rodziną, miastem, przyjaciółmi. Mam tyle lat, ile chcę, gram role, jakie chcę. I nawet tyle zarabiam, ile chcę. A następnego dnia jest zupełnie odwrotnie. To jakiś mechanizm biologiczny. Zupełnie nie do uregulowania. A w myśl mojej filozofii, że nie chcę się stawać kimś, kim nie jestem, bo pewnych cech nie zmienimy, staram się czerpać także ze swoich słabości. Jednego dnia czuję się więc nieszczęśliwa, a drugiego bardzo spełniona.

___

Ewa Skibińska - aktorka teatralna, telewizyjna, radiowa i filmowa. W latach 1986-2017 występowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Urodziła się 11 lutego 1963 we Wrocławiu. Występowała także w teatrach: Rozrywki w Chorzowie (1986) i Współczesnym im. Edmunda Wiercińskiego we Wrocławiu (2005). Obecnie występuje w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Maciej Ulewicz
Vogue
17 maja 2019
Portrety
Ewa Skibińska

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia