Teatr Davida Lyncha

Był sam. Nikt go tu nie znał, ani on nikogo nie znał.

Minuty zlewają się w godziny, godziny w doby, doby w tygodnie, tygodnie w miesiące. Pandemia i lockdown. Przeczytane gdzieś w internecie zdanie „Jest szesnasta w nocy" może i dotyczyło wczesnego zimowego zmroku, ale najgłębszy sens ma właśnie w lockdownie. Gdy wczoraj nie różni się od jutra, pojutrze od miesiąc temu, a pleonazm z ozdoby stał się codziennym chlebem powszednim.

Czytałem gdzieś (możliwe, że nawet sam to napisałem – teksty własne i cudze zaczynają mi się mylić), o szybującej sprzedaży pasty do zębów: zdezorientowani lockdownem ludzie chwytają za szczoteczkę po parę razy rano i po kilka razy wieczorem (a nawet w nocy, o szesnastej), gapiąc się przy tym w lustro i pytając – uwaga, pleonazm – samego siebie: „Czy ja już tego właśnie nie robiłem?". Do śniadania piją po cztery kawy („Szkoda zmarnować, skoro już zaparzyłem"), obiad jedzą na kolację, kolację na śniadanie (zwłaszcza, że mają czym popić), a podwieczorek o szesnastej przed południem. Moja sąsiadka od kilku miesięcy rozwiązuje te same „100 krzyżówek panoramicznych" („Ścieram ołówkiem, piszę gumką – naprawdę, tak mówi – a że już wszystko mi się miesza, to frajda wiecznie ta sama").

W dyskontach KiK w grudniu można było kupić jednocześnie plastikowe choinki i marcepanowe baranki, a w zalegających na sąsiedniej półce bombkach choinkowych odbijały się żółte kurczaczki z sąsiedniego regału. Może część towaru zalegała tu od Wielkanocy (nastał lockdown, nie miał kto sprzątnąć), a może menadżer KiKa wypił na śniadanie już nawet nie cztery kawy, tyko osiem, bo mu zostało po podwieczorku, i nie chciał rezygnować z kurczaczków i baranków („Szkoda zmarnować, skoro zamówiłem – będą jak znalazł na śniadanie wielkanocne o szesnastej po północy" – pomyślał i poszedł umyć zęby).

Pandemia. Codziennie i conocnie te same gesty i frajda wiecznie ta sama. Co dwadzieścia cztery godziny ta sama szesnasta, co wtorek – wtorek, co kawa – to zimniejsza, zakrwawione dziąsła (od szczotkowania) i przekrwawione oczy (od komputera).

A w komputerze, na YouTubie, „David Lynch Theater". Oglądam od początku, codziennie, od niemal dziewięciu miesięcy. Gdyby nie Lynch naprawdę nie odróżniłbym już nawet nocy od nocy. Początkowo były codzienne prognozy pogody. „Dzień dobry – mówi zza drewnianego biurka, ze swojego betonowego pokoju Lynch – mamy jedenastego maja dwa tysiące dwudziestego roku, poniedziałek. Tutaj, w Los Angeles, jest pochmurny, nieco mglisty poranek, sześćdziesiąt cztery stopnie Farenheita, czyli jakieś siedemnaście stopni Celsiusa. Niedługo wyjrzy słońce, będzie jaśniej i wciąż siedemnaście stopni. Życzę miłego dnia". I tak codzienne: biurko, beton, nowa data, nowa temperatura, Los Angeles. Z czasem – to lubię nawet bardziej – Lynch dodał jeszcze codzienne losowania. Podaje datę, a potem wstrząsa słoikiem z dziesięcioma ponumerowanymi piłeczkami pingpongowymi, losuje, odczytuje, co wylosował. Po chwili na ekranie pojawia się napis: „Jaki będzie jutrzejszy numer"? I oto... każdy dzień czymś jednak zaczyna się różnić.

Kilkanaście lat temu zobaczyłem Lyncha w nieistniejącym już dziś sklepie spożywczym André na Piotrkowskiej. Często wówczas przyjeżdżał do Łodzi. Sporo fotografował. Akurat wtedy pracował chyba nad zdjęciami do Inland Empire. Bywało, że włóczył się po mieście sam, jak wtedy, gdy stałem za nim w kolejce do kasy i patrzyłem, jak z metalowego koszyka wyjmuje jedną bułkę z przedziałkiem, serek tylżycki topiony i dużą kawę rozpuszczalną Tchibo „plus 50% gratis". Dziwne proporcje produktów stałych i potencjalnie płynnych – pomyślałem. Dziś, gdy zdarza mi się po szczotkowaniu płukać zęby kawą, tamta zapobiegawczość Lyncha zupełnie przestała mnie dziwić.

Był sam. Nikt go tu nie znał, ani on nikogo nie znał. Stał w tej kolejce w sklepie spożywczym André, przyglądając się ludziom i słuchając polskich rozmów, które na szczęście były tylko po polsku. Nie ośmieliłem się zagadać.

Piotr Olkusz
Dialog
27 lutego 2021
Portrety
David Lynch

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...