Teatr dla pokoleń? Tak, ale dla wielu

rozmowa z Markiem Fiedorem

Rozmowa z Markiem Fiedorem

Małgorzata Matuszewska: Na Małej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego pojawi się projekt "Prosta historia", czyli kameralne spektakle oparte na zapisach ludzkich losów. Dlaczego interesują Pana najprostsze historie?

Marek Fiedor: Z czysto osobistego powodu. Zauważyłem, że od pewnego czasu coraz mniej chętnie sięgam po literaturę piękną, która jest kreacją, chętniej po prawdziwe historie: literaturę reportażu, pamiętniki, wspomnienia, zapiski biograficzne. Może to jest związane z wiekiem (śmiech). Dziś w naturalny sposób interesuje mnie rzeczywisty obraz świata, próba uchwycenia go, a mniej kreacja. Coraz częściej ludzie chcą słuchać zwyczajnych historii. W mediach jest mnóstwo programów, w których ludzie po prostu opowiadają.

Chcą zaistnieć, jak Bobczyński w "Rewizorze"?

- Bobczyński z jednej strony chciał zaistnieć, ale też usprawiedliwić własny byt. Bo być może byt człowieka zyskuje rację istnienia, kiedy dostanie potwierdzenie z zewnątrz?

Lubi Pan prywatnie słuchać ludzi?

- Po maturze często spotykaliśmy się całą klasą z naszą polonistką. Zawsze zaczynało się od sakramentalnego pytania: "co u ciebie?". Śmieszyło nas to, jako młodych ludzi. Po 25 latach usiedliśmy za stołem, a kiedy padło znane wszystkim pytanie, opowiadaliśmy sobie o sobie - kolega mówił o studiach, wychowaniu dwóch córek, rozpatrywał dobre i złe strony swojego życia, inny szczerze opowiedział o swoim rozwodzie. Była w tych ludziach chęć opowiedzenia: "jestem, żyję, moje życie coś znaczy". I była potrzeba słuchania. To spotkanie stało się dla mnie impulsem do myślenia o projekcie "Prosta historia" czy też "Życiorys". Chcę wybrać teksty i życiorysy, w których Historia przez duże H da o sobie znać, a przez jednostkowe doświadczenia słuchacze dotkną mechanizmów ogólnych.

Planując repertuar, odwołuje się Pan do tradycji teatru inteligenckiego. Chce Pan stworzyć hermetyczny teatr?

- Nie. Nie chcę, by Wrocławski Teatr Współczesny był otwarty tylko dla wąskiej grupy odbiorców. Chodzi o to, by jak najszerszemu kręgowi odbiorców proponować teatr refleksji, namysłu, edukacji, bo jeśli teatr proponuje nowe formy, nowe teksty, pełni funkcję edukacyjną, w najbardziej szlachetnym znaczeniu tego słowa. Dziś istnieje szeroka gama uprawiania sztuki teatralnej, bo jako środek przekazu i forma sztuki teatr może trafiać do szerokiego kręgu odbiorców. Może być popularny, rozrywkowy, ale także mieć pewne repertuarowe aspiracje. Odwołuję się do tradycji z czasów, kiedy Współczesny był otwarty na nową dramaturgię, nowe języki teatralne.

To teatr dla młodych widzów?

- Nie. Zaproszę nie tylko młodych, bo nie chcę uprawiać teatru pokoleniowego tylko dla jednej grupy wiekowej. Metryka nie jest kryterium. Zależy mi na dojrzałych i starszych widzach. Pewne zjawiska w polskiej sztuce ostatnio bardzo mnie irytują, można je opisać wręcz jako "terror młodości". Rozumiem ten proces, bo teatry mają obowiązek edukacyjny i młodzież przychodzi oglądać spektakle.

Emerytów nie stać na bilety.

- To osobny temat. Z natury rzeczy teatr wypełnia się młodymi, ale nie chcę dać się zwariować i stworzyć z teatru edukacyjnej przybudówki dla systemu oświaty. Na ogół wszystko jest ukierunkowane na młodych: organizowane są warsztaty dla młodzieży, konkursy recenzji dla młodzieży, otwarte premiery oczywiście są studenckie. Tym samym wykluczeni są pozostali potencjalni odbiorcy. I przy całym szacunku dla młodego widza, którego chcę tutaj gościć, równie ważna dla mnie jest obecność osób starszych. Tych, które pamiętają jeszcze spektakle powstałe w czasie dyrekcji Kazimierza Brauna, Andrzeja Witkowskiego. Być może będą mogły sobie coś odświeżyć i porównać.

Jest Pan współautorem scenariusza do filmu "Wszystkie kobiety Mateusza" w reżyserii Artura Więcka "Barona" o starych ludziach. Oni też są dla Pana ważni.

- Wykluczenie starych ludzi nie tylko z teatru, ale z kultury w ogóle, a właściwie z życia to tendencja ogólnospołeczna. Film został zrealizowany, a reżyser opowiadał, że kiedy był jeszcze w fazie projektu i toczyły się rozmowy o jego promocji, słyszał: "To film dla staruszków? Nie ma takiego targetu". Grupa docelowa "odbiorca emeryt" w ogóle nie istnieje w sensie poważnej oferty handlowej. Ale tak nie może być, nie zgadzam się na to wykluczenie.

Ta niezgoda powinna stać się treścią petycji do rządku, bo dotyczy wysokości emerytur.

- Myślę, że to petycja skierowana do nas samych. Ludzie teatru powinni poddawać refleksji tę sytuację, kierować słowa otrzeźwienia do widzów. Bo społeczeństwo akceptuje postawę negacji starości. Starość jest wstydliwa, o chorobach się nie mówi, o śmierci też nie. Są wypierane z naszej kultury zdrowego, prężnego, młodego człowieka.

Marzy Pan o wystawianiu dzieł nieznanych, nawet nieprzetłumaczonych na polski?

Lech Raczak wyreżyseruje "Życie jest snem" Calderona.

Pedro Calderon de la Barca napisał kilkaset dramatów. W Polsce znamy cztery. Od lat dysponuję roboczym tłumaczeniem znakomitego filozoficznego dramatu "Wszystko w tym życiu jest kłamstwem i wszystko w tym życiu jest prawdą". Szukałem tłumaczy, potencjalnych autorów wariacji, ale nie znalazłem. Nie jesteśmy bardzo opóźnieni kulturalnie, ale są ogromne obszary tekstów autorów ważnych dla kultury europejskiej, a u nas nieznanych. Sam będę reżyserował "Zamek" Kafki. Mówiąc o Kafce, najczęściej myślimy o "Procesie", bo to szkolna lektura. Przez kilkadziesiąt lat "Zamek" był realizowany tylko trzy razy na polskich scenach, mam więc poczucie, że odwołuję się do ważnego tekstu, będącego na uboczu. Zajmuję się odkurzaniem tekstów bardzo ważnych, a dziś zapomnianych.

Czy we Wrocławiu znalazł Pan coś, dla czego warto tu żyć?

- Wszyscy tego Wrocławia wam zazdroszczą. Najwyraźniej jest tu jakiś dobry klimat. Ludzie mówią, że Wrocław to europejskie miasto, takie otwarte, prężne, gdzie historia spotyka się z myśleniem o dniu jutrzejszym. Gdzie są śmiałe projekty w sferze kultury, ale nie tylko. Może te projekty czasami są okupione wielkimi kosztami, może nie wszystko wychodzi, ale jest otwartość. Całe moje życie to wędrówka. Urodziłem się pod Krakowem, studiowałem i przez lata mieszkałem w Krakowie, czuję się więc krakusem. Ale uciekłem stamtąd, bo to miasto jest zamykające, koszmarne w swoim prowincjonalizmie. Uciekłem do Warszawy, do Poznania. Doświadczam specyfiki różnych miast, więc mogę je porównać. Poznań jest mały i sympatyczny do życia, ale ograniczony w kulturalnych aspiracjach. Całe życie teatralne "załatwiał" Festiwal Malta. Warszawa to dynamiczne, wielkie miasto, czuje się rynek pracy teatralnej. A prowincjonalizm Warszawy polega na poczuciu, że "jest europejska" i udowadnianiu sobie "jesteśmy na światowym poziomie". Wrocław jest piękny, z żywym centrum, rozmachem życia festiwalowego.

Wrocławianie jednak narzekają na wiele spraw.

- Z punktu widzenia stałych mieszkańców to być może mityczny ogląd. Na pewno Wrocław jest miastem kontrastów, zdążyłem dostrzec zapuszczone, potwornie biedne miejsca obok aspirujących do wielkiego świata. Ale moje pierwsze wrażenia są bardzo dobre - miasto jest łatwe do oswojenia, przyjazne.

O czym Pan marzy?

- Nie jestem zawodowym dyrektorem, tylko reżyserem. Propozycję objęcia stanowiska dostałem we właściwym momencie, trochę było mi już ciasno w świecie teatralnym oglądanym z punktu widzenia wyłącznie reżysera. Zacząłem wydeptywać inne ścieżki. Stąd praca wykładowcy w łódzkiej szkole filmowej, stąd pisanie scenariuszy filmowych. Próba zbudowania struktury artystycznej, w której odpowiedzialność przekracza odpowiedzialność reżyserską, jest dla mnie wspaniałą możliwością. Ale też pewnym wyzwaniem, o którym myślę z respektem, choć nie bez obawy. W moim wieku trudno o hurraoptymizm i naiwność. Chciałbym, żeby widzowie, którzy tu przychodzą, nie odeszli ze Współczesnego, a "stan posiadania" widzów jest duży. Przychodziłem na spektakle i widziałem, że prawie zawsze jest tu pełna widownia. Marzy mi się, żeby to grono powiększyć, otworzyć się na nowe środowiska, żeby propozycje repertuarowe przyciągnęły jeszcze innych.

Czeka Pan na sukces?

- Pojęcie sukcesu jest względne, bo zależy od naszej miary. Czy to jest "sukces giełdowy"? On nie musi się pokrywać z rzeczywistym sukcesem oddziaływania teatru na widza. Marzy mi się teatr, z którego ludzie wyjdą z potrzebą przyjścia znowu i poczuciem, że czas tu spędzony pobudził ich do refleksji. Żeby nie pozostali obojętnymi. Co nie zawsze musi się przekładać na sukces giełdowo-medialny.

Małgorzata Matuszewska
POLSKA Gazeta Wrocławska
1 października 2012
Portrety
Marek Fiedor

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia