Teatr improwizacji

Coraz więcej dziś zależy od aktorów, najlepsi zajmują miejsce autorów i po części reżyserów.

"Apokalipsa" Tomasza Śpiewaka w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie, "Wszystko o mojej matce" Tomasza Śpiewaka w reż. Michała Borczucha w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie i "Zew Cthulhu" Howarda Phillipsa Lovecrafta w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie.

Improwizacje dramaturgiczne, czyli przerabianie, uzupełnianie, miksowanie tekstów dramatycznych, od dawna praktykują reżyserzy. Wciągnęli w ten proceder aktorów i działają na wiele rąk. W praktyce wygląda to tak: "na próbach poznajemy kolejne kręgi wzajemnych intymności" wynajęty dramaturg co nieco poprawia, zapisuje, a reżyser tworzy z tego scenę bądź nie. Rezultaty bywają częściej pretensjonalne niż zachwycające; widzowi trudno wejść do cudzej głowy śniącej swój sen. Wprawdzie wolę obcować z dziełami wybitnych dramaturgów, to gwarantuje niepowtarzalną formę i treść, niż z prywatnością artystów teatru, ale cóż, modę trudno powstrzymać.

Rzadko zdarzają się przedstawienia na tyle wewnętrznie spójne, by były czytelne dla publiczności i niosły tak zwane szersze przesłanie. Michał Borczuch, reżyser średniego już pokolenia, od pewnego czasu metodą improwizacji buduje przedstawienia, z niezłym skutkiem - sądząc po nagrodach. Jego przedstawienia "Apokalipsa" i "Wszystko o mojej matce" wygrały dwie kolejne edycje krakowskiego festiwalu Boska Komedia, gdzie werdykt wydaje międzynarodowe jury.

W tym z 2015 roku można było przeczytać o "Apokalipsie": "[...] delikatnie utkane przedstawienie, skupiające się na szczególe, w którym inscenizacja, estetyka oraz koncepcja wraz z treścią tworzy idealny splot przeszłości i teraźniejszości, dokumentu i fabuły, intelektu i emocji, które w zadziwiający sposób wiążą się ze społecznymi, politycznymi problemami dnia dzisiejszego". Ponieważ widziałam przedstawienie dopiero niedawno (spektakle Nowego Teatru częściej można zobaczyć za granicą niż w kraju), podchodzę do niego z mniejszym entuzjazmem.

Wydało mi się dość manieryczne, zwłaszcza aktorsko, co może wynikać z rzadkiego i długiego (ponad dwa lata od premiery) grania. Inspirację stanowiły postacie, dzieła i postawy Piera Paola Pasoliniego, Oriany Fallaci i Kevina Cartera dotyczące najbardziej palących problemów - migracji, empatii, ideałów Europy, słowem - naszej współczesnej cywilizacji zderzonej z kulturą Innego. To szerokie spektrum zagadnień aktualnych w wielu krajach bronił przed pretensjonalnością dowcip i ironia, gra iluzji i kłamstwa. Już w pierwszej scenie pokazania śmierci dziecka aktorka (Marta Ojrzyńska) mówi, że "łzy nie chcą płakać" na widok imigranta zatrudnionego do roli fotografa. Skoro zatrudniony, to już nie bezrobotny. Krzysztof Zarzecki jako Pasolini głosi szlachetnie lewicowe ideały zapisane w Trylogii śmierci, które podważa jego postawa wobec młodych chłopców. Oriana Fallaci Haliny Rasiakówny, autorka dwu ostatnich książek o islamie burzących polityczną poprawność, zmaga się tu z rakiem i nałogiem podobnie niekonsekwentnie, jak wyznawane przez nią europejskie ideały kultury z migrantami. W konfrontacji z ludźmi zapatrzonymi we własnego Allaha trudno utrzymać ideały chrześcijańskiej Europy. Skala problemu sprawia, że miłość bliźniego podlega erozji.

Najbardziej dramatyczną postać Kevina Cartera zaprezentował Jacek Poniedziałek. Jego bohater, słynny fotograf uhonorowany Pulitzerem za niesamowite zdjęcie sępa czekającego na śmierć umierającej afrykańskiej dziewczynki, to postać tragiczna. Zrobił zdjęcie, by miliony zobaczyły okrucieństwo głodu i wojny, by poruszyć sumienie świata, ale rok później popełnił samobójstwo. Być może przyczyniły się do tego liczne oskarżenia, że zamiast ratować dziecko, Carter czekał wraz sępem na jego śmierć.

Mamy w spektaklu gorące tematy współczesności, konflikty i tragedie tysięcy ludzi uciekających przed głodem i wojną łodziami przez Morze Śródziemne do Europy. Mamy granice intymności i granice poprawności politycznej, wszystko, co skłamane w imię najszczytniejszych ideałów, i one same coraz bardziej podważone, wątpliwe. Ten poziom uogólnienia razi uproszczeniami, mimo że zespół realizatorów stara się przełożyć to, co ogólne, na konkret życia.

Bardziej dotkliwe, może dlatego że skromniejsze, wydało się przedstawienie o tytule skradzionym z filmu Almodóvara "Wszystko o mojej matce". Michał Borczuch i Krzysztof Zarzecki od dawna pracują ze sobą, przyjaźnią się, tworzą osobny metateatr. Urodzili się w tym samym 1979 roku, wcześnie też stracili matki. Obydwie zmarły na raka, Zofia Borczuch, gdy reżyser miał siedem lat, Krystyna Zarzecka w dniu matury aktora. Obie powracają w pamięci synów za sprawą jakiegoś szczegółu, sceny, nastroju albo zapachu. Matka reżysera pracowała przy produkcji perfum w fabryce kosmetyków Miraculum na krakowskim Zabłociu, która niedawno została zburzona. Na sporym ekranie u góry widać łapy koparki wgryzające się w betonowe ściany budynku, na scenie pojawia się grupa kobiet w białych fartuchach i czepkach. To koleżanki matki, które przy pracy opowiadają o codziennych sprawach, dzieciach, marzeniach. Żadnej chronologii, opowieść o matce to afabularne scenki nizane na nić emocji.

Przywołanie realiów charakterystycznych dla połowy lat osiemdziesiątych - wykładzina w pokojach, linoleum w kuchni czy typowy rozkład mieszkania: tu pokój brata, kuchnia vis a vis łazienki - redukuje sentymentalizm. Pojawia się też katastrofa w Czarnobylu z 1986 roku jako znak czasu, który mały chłopiec zapamiętał, bo w przedszkolu podawano dzieciom płyn Lugola, aby zapobiec uszkodzeniu tarczycy. Przez szczeliny pamięci wracają dawne emocje, przepływają wspomnienia za sprawą aktorek, które przymierzają kolejne wcielenia matek, by niektóre szczegóły z przeszłości uwyraźnić, unaocznić. Ale wspomnienie nawet najbardziej kochanej osoby pozostaje rozproszone, żyjący daremnie składają coś, co się złożyć nie może w pełen obraz.

Matka Krzysztofa Zarzeckiego lubiła zbierać grzyby, jako reżyser tej sceny próbuje on aktorkom podać ten temat, niestety bezskutecznie. Wszystko się sypie, one nie bardzo rozumieją, jak przywołać w wyobraźni las, grzyby i cały ten rodzinny rytuał. Snują się po scenicznym niby-lesie bezradne jako reprezentantki wspomnień, ale jako aktorki czytelnie grają niemożność uchwycenia cudzych wspomnień, relacji i ich atmosfery. Zapewne dlatego każda przyjęła jako sceniczne alter ego inną bohaterkę - Blanka, Huma, Rosa, Kika - z filmów Almodóvara, co widać w cytowanych stamtąd kostiumach i sposobie zachowania. Pod maską znanych filmowych postaci aktorki szukają scenicznych form, ekwiwalentów dla emocji, cytując znane sceny z filmów "Kika", "Drżące ciało", "Porozmawiaj z nią", "Kwiat mojego sekretu". Halina Rasiakówna jako Huma przywołuje sposób bycia i kostium Marisy Paredes z "Wszystko o mojej matce", a gdy głosem Luz Casal śpiewa "Piensa en mi" "widzimy" film "Wysokie obcasy". Przed sentymentalizmem broni te sceny abstrakcyjne poczucie humoru (kapitalna scena Moniki Niemczyk matczynej perory w wymyślonym języku), jawnie demonstrowana teatralność oraz żonglowanie planami teatralności i realności. Świadomość niemocy w zmierzeniu się z prawdziwymi postaciami zmarłych matek broni spektakl przed zarzutem ekshibicjonizmu, choć w wielu scenach ujawnia się prawdziwy ból, tęsknota, poczucie opuszczenia, braku.

Wspólnota przeżyć i doznań buduje najważniejszą nić łączącą aktorów i widzów, bynajmniej nie wprost. Sekwencja grana przez Martę Ojrzyńską, widoczną na ekranie, gdy opowiada o ciąży, później o trudach i szczęściu macierzyństwa, staje się kontrapunktem opowieści o utraconych matkach. Podobnie jak żarty zdziwienia poprzez kontrast budują szczerość całej wypowiedzi. Zgodnie z odwiecznym prawem teatru - kłamać naprawdę, czyli udawać kogoś innego: jako aktor występuje w jednej z sekwencji Michał Borczuch - reżyser, a w innych Krzysztof Zarzecki aktor gra reżysera. Cała ta gra z prawdą staje się zrozumiała dla widzów i dotkliwa, bo z zasady relacja z matką należy do najbardziej podstawowych w życiu każdego z nas. Złożonym doznaniom, jakie prowokują aktorzy, pomaga abstrakcyjna scenografia złożona z ogromnych przestrzennych form graniastosłupów?, "betonowych" bloków?, ekranu i podzielonej piaskiem podłogi.

Zdecydowanie inne myśli i emocje budzi najnowszy spektakl Michała Borczucha "Zew Cthulhu". To rodzaj fantazji science-fiction z elementami satyry politycznej inspirowanej w pewnym stopniu twórczością klasyka grozy Howarda Phillipsa Lovecrafta, szczególnie opowiadaniem, od którego tytuł wzięło przedstawienie. Nie jestem dobrym odbiorcą podobnych przedsięwzięć, ponieważ nie lubię ani grozy, ani fantasy. Amerykański klasyk tego gatunku przeżywa drugą młodość za sprawą Michela Houellebecqa i jego eseju H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu oraz gier komputerowych RPG czy zaczytywanej przez młodzież sagi Tolkiena.

Świat coraz mniej zrozumiały i chaotyczny wielu rymuje ze światem powieściowej grozy, horroru zaludnionego przez przedziwne plemiona przybyszów z kosmosu, ufoludów itp. Lovecraft, twórca tak zwanych wielkich tekstów, przerażających fantazji i właściciel dość specyficznej biografii oraz rasistowsko-faszystowskich poglądów, ma na scenie swój pomnik (popiersie na postumencie) oraz jego wersję aktorską. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik w świetnym monologu opowiada lęki pisarza z małego miasteczka Providence, który samotne dzieciństwo wypełniał tworzeniem własnej mitologii, rytuałów, składaniem ofiar i wymyślaniem alternatywnych bytów. Jako dorosły człowiek ożenił się, ale po krótkim czasie powrócił na swą samotną prowincję, gdzie czuł się najlepiej w świecie własnej wyobraźni. Dwa lata spędzone z żoną w Nowym Jorku tylko utwierdziły go w przekonaniu o wyższości WASP (White Anglo-Saxon Protestant) i pogardzie dla czarnych oraz innych stojących na niższym stopniu społecznej drabiny niż arystokraci, do których mimo biedy się zaliczał.

Aktorzy uzupełniają, kontrują, podważają ten portret pisarza w wielu różnych improwizacjach, zahaczających także o politykę. Ale nie zawsze dla widza czytelnych. Wizje z opowiadań pisarza pełne koszmarów, stożkowatych stworzeń, przedstawicieli Wielkiej Rasy posiadających tylko wzrok (troje oczu zapewniających niepospolicie szerokie pole widzenia) i słuch (wyrostki na końcach szarych łodyżek na głowie) przeplatają się z sielankowymi scenami życia zgodnego z naturą. Ze śpiewaną razem piosenką o wspólnym koszeniu trawy, z pochwałą prostego, wiejskiego życia, choćby dojenia krów przez małżeństwo Gardnerów.

Jawną niechęć autora do seksu kontrapunktuje dość odważna rozmowa córki (Dominika Biernat) z ojcem (Jacek Poniedziałek) o seksie analnym. Postać profesora ekonomii politycznej, który w trakcie wykładu traci przytomność i przenosi się do pozaziemskiej przestrzeni, gdzie jego umysł zostaje porwany i umieszczony w krainie stożkowatych stworów mających zdolność przewidywania przyszłości, zmienia się w osobę Jadwigi (Monika Niemczyk). W improwizacji aktorka przypomina profesor Staniszkis, kiedyś gorącą zwolenniczkę, a obecnie przeciwniczkę PiS, co tylko dowodzi jej sukcesywnego odklejania się od rzeczywistości, którą jako socjolog od lat komentuje. I nie czuje się odpowiedzialna za robienie ludziom kaszy z mózgu, bo ma gen obojętności.

Kolejne sceny ogląda się z mniejszą lub większą uwagą, każda ma charakter impresji na inny temat, przywołuje zupełnie odmienne stany świadomości, lęki, koszmary, fantazje. Afabularny przebieg scenicznych zdarzeń poddanych logice snu, niekiedy szokujących wizji, nie zawsze potrafi utrzymać uwagę widza w napięciu. A ten gdy wypadnie ze scenicznego snu, raczej do niego nie wróci, zwłaszcza jeśli horrory i wizje nawet najbardziej pesymistyczne zbytnio go nie przejmują. A na pytanie unde malum? odpowiada - z człowieka i tylko z człowieka. Nie z kosmicznych potworów albo zjaw o wężowych kształtach świecących fosforyzującym światłem, co lęgną się w podmokłych jaskiniach, zapadają w sen i po latach zeń się budzą, by straszyć Ziemian.

Sceny improwizowane, inspirowane doświadczeniem i wyobraźnią aktorów, wydają się ciekawsze niż te ilustrujące wizje Lovecrafta. Na przykład po przeciwnych krańcach sceny toczone rozmowy aktorów Piotra Polaka i Krzysztofa Zarzeckiego z wyimaginowanymi synami. Obnażają one z jednej strony kompletny brak wzajemnego porozumienia, umiejętności wyrażania uczuć, empatii, a z drugiej strony jakieś nieustanne dążenie, by wbrew własnej introwertycznej naturze oraz płynącym z zewnątrz zagrożeniom te ułomności pokonać i się odnaleźć, spotkać w pół drogi.

Coraz więcej dziś zależy od aktorów, najlepsi zajmują miejsce autorów i po części reżyserów. Ciekawe, czym się ta rywalizacja o miejsce na scenie skończy.

Elżbieta Baniewicz
Twórczość
1 lipca 2017

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia