Teatr na miarę wyobraźni

Rozmowa z Janem Szurmiejem

Głównym nurtem tematycznym jest optymizm i człowieczeństwo głównego bohatera który poprzez wzruszającą w swej prostocie opowieść Oty Pavla powinien uczyć nas tolerancji. Nie należy zapominać o tym, co się zdarzyło w Europie. Możemy obudzić się pewnego dnia i stwierdzimy że człowiek niczego się nie nauczył, nie wyciągnął wniosków wynikających z czasów pogardy. Hydra nazistowska i ksenofobii cały czas funkcjonuje.

Z Janem Szurmiejem, reżyserem spektaklu „Śmierć pięknych saren", zrealizowanym w Teatrze Żydowskim w Warszawie rozmawia Ryszard Klimczak.

Ryszard Klimczak: Jesteśmy przed premierą niezwykle rzadkiej, ale także niezwykle interesującej pozycji dramatycznej pt. „Śmierć pięknych saren". Jak do tej pory adaptacji powieści Oty Pavla z 1971 roku dokonał Jan Feusette i Paweł Szumiec. Prapremiera „Śmierci..." odbyła się w 1985 roku w Teatrze Kochanowskiego w Opolu, którą w oparciu o adaptację autorstwa Jana Feusette (był to monodram) wyreżyserował Wojciech Zeidler. Czy zna pan ten tekst i czy miał pan okazję zobaczyć przedstawienia Zeidlera?

Jan Szurmiej: Nie, nie znam tamtego tekstu. Nie widziałem też przedstawienia.

W 1986 Karel Kachyňa zrealizował film. Paweł Szumiec przygotowany przez siebie tekst wyreżyserował w rzeszowskim Teatrze im. Siemaszkowej 29 września 2012 r., czyli niemal dokładnie trzy lata temu. Czy spektakl Szumca i film Kachyňy miał pan okazję zobaczyć?

Nie, nie widziałem rzeszowskiej realizacji. Filmu też nie oglądałem, żeby niczego nie sugerować swojej wyobraźni. Bowiem, taka wiedza często przeszkadza w myśleniu o tworzonym spektaklu.

Co zatem się przyczyniło, do tego, że zajął się pan tym tytułem? Książka, czy może adaptacja Szumca?

Był to, przypadek. Jak pan wie Teatr Żydowski obchodzi 65-lecie istnienia. W związku z tym dyrektor Gołda Tencer zaproponowała mi duże przedstawienie, do którego z Wojtkiem Jankowiakiem i Martą Hubką zaczęliśmy się przygotowywać. Okazało się jednak, że teatr grantu nie dostał i Gołda mówi: „Boże święty, co ja teraz pocznę? Może zrobiłbyś coś na małej scenie?" Zacząłem szukać i wpadłem na pomysł, że „Śmierć pięknych saren" może być przedstawieniem kameralnym, i sięgnąłem do adaptacji Pawła Szumca. Ponieważ nie było już czasu, na zrobienie własnej wersji adaptacyjnej zapytałem go o zgodę i on bez cienia wątpliwości mówi: "Bierz mój tekst, rób z nim, co chcesz". Oczywiście znam literaturę Oty Pavla. Jednak zagłębiając się w adaptację wpadłem na pomysł, aby włączyć to tego ballady Jaromira Nohavicy. Przerzuciłem prawie wszystkie jego utwory. Na jego stronie internetowej jest masa tłumaczeń. Wybrałem takie, które najlepiej wpisują się w dramaturgię całej opowieści. Myślę, że songi robią duże wrażenie. One nie dominują i nie jest ich wiele, bo użyliśmy ich pięć, ale znakomicie wpisują się w treść odrealniając świat głównego bohatera. Chcąc skorzystać z tej adaptacji, musiałem stworzyć jednak swoją wersję ponieważ Paweł Szumiec zrobił to na dużej scenie, a wtedy relacja z widownią jest także całkiem inna. W mojej realizacji rzecz dzieje się pomiędzy widzami.

Jaki więc charakter będzie miała pańska realizacja?

Jest ona usytuowana na pograniczu onirycznego snu. Pisarz, który był początkowo sprawozdawcą sportowym, a potem parał się pisaniem, był cyklofrenikiem i pisanie książek miało być antidotum na jego chorobę. Skorzystałem z tego motywu, ale nie ujawniam w jaki sposób. To był atrakcyjny kąsek, służący temu aby świat Oty stał się światem uniwersalnym, światem postrzeganym przez oko i ucho dziecka, więc i świat smaków dzieciństwa, ale także widziany poprzez pryzmat rozwijającej się choroby. Czy mi się to udało? Zobaczymy.

Jeszcze raz wróćmy, do Szumca i do jego przedstawienia. Po rzeszowskiej premierze był bardzo chwalony za malarskość inscenizacyjną. Pańska wyobraźnia również sięga klimatów malarskich. Pana realizacje przepełnione są barwami plastycznymi, muzycznymi, a także niezwykłym kolorytem scenicznego ruchu. Proszę uchylić rąbka tajemnicy, jakie barwy zobaczymy dziś w Teatrze Żydowskim?

Moją specjalnością są duże sceny. Nie będę ukrywał, że robiłem także spektakle na sceny małe. Inscenizacja, obraz, muzyka są dla mnie bardzo ważną sprawą. Muzyka przenosi nas również w świat marzeń. Każdy plan na scenie jest dla mnie ważny i zaopiekowany. Widzę świat sceny trójwymiarowo, nie płasko. Potrafię scenę ogarnąć, zapanować nad nią, widzę, co się dzieje w jej trzecim planie patrząc jednocześnie na pierwszy. To moja „choroba".

Powiedzmy, że to raczej sceniczna wrażliwość, charyzma i doświadczenie.

Nie każdy malarz maluje trójwymiarowo, nie każdy reżyser widzi trójwymiarowo. Oczywiście sięgnąłem do różnych atrybutów, które powinny być atrakcyjne w obrazie. Mamy przed sobą małą scenę. Kontakt z widzem jest bezpośredni face to face. Jeden do jednego. Forma jaką nadałem spektaklowi w sensie obrazu obliguje również formę prowadzenia aktora w jego interpretacji. Aktor powinien grać kameralnie, prawie filmowo bez niepotrzebnych grymasów. To wszystko jest zaopiekowane, aby na tak małej scenie pojawiła się szlachetność konwencji teatralnej. Pierwsza część jest kolorowa, wyidealizowana, groteskowa, bo przecież świat składa się także z groteski. Sami też bywamy groteskowi i ubieramy jakieś, być może, niepotrzebne maski. Bywa jednak, że w zaciszu własnej kuchni będziemy płakać, że na przykład przypalił nam się kotlet schabowy.

Jaka będzie druga część?

Druga część jest mroczna opisująca grozę wojny, Holocaustu, tego co działo się z Żydami nie tylko czeskimi. Nie sięgałem jednak do dokumentalnych spraw. Starałem się nadać tej części metaforę, która przenosi nas w inną rzeczywistość, również okrutną, ale niesioną przez poetyckość użytych środków.

A trzecia?

Trzecia część opowiada o latach powojennych. Ukazane są czasy komunistyczne. Cały bełkot wczesnego komunizmu jest groteskowy i dramatyczny. Jeśli chcemy zmieszać to w koktajl, to on musi się składać z czegoś takiego, co tworzy jedną spójną całość dążącą do celu. Źródło tego dramatu tkwi w literaturze Oty Pavla. Starałem się sięgać do tego świata opisanego przez pisarza związanego właśnie z czeskim poczuciem humoru.

Właśnie, czy stara się pan zachować ten czeski klimat utworu Pavla, i podążać śladem Menzla, Hrabala, Haszka czy innych twórców czeskich, którzy potrafili tę czeskość tak ładnie pokazać? Czy ten spektakl będzie miał również taki charakter?

Trudno pominąć prezent, który daje nam Ota Pavel. Czesi mają dystans do swoich spraw, wad i zalet. Potrafią się śmiać z samych siebie. My Polacy mamy problem, kiedy mamy powiedzieć coś śmiesznego lub krytycznego o sobie. Czesi są bardziej ludzcy, kontaktowi, otwarci i jednocześnie mniej zakompleksieni. Poczucie humoru, czasami surrealistyczne, jest bardzo nam Polakom potrzebne, a my nie zawsze, potrafimy to docenić. Uważam, że tkwi tam pewna energia, która nas bardzo interesuje. Lubimy Czechów. Myślę, że Czesi nas też lubią. Dowodem na to jest sam Jaromir Nohavica, który uwielbia być w Polsce. Jego songi zostały wielokrotnie przetłumaczone., Aby dokonać wyboru, czytałem różne tłumaczenia. Najbardziej mi się podobały przekłady Renaty Putzlacher, i one są tutaj dominantą. Song Kometa w tłumaczeniu Andrzeja Ozgi zamyka spektakl. Uważam, że zawarta treść poetycka Nohawicy jest dobrym momentem na podsumowanie spektaklu w którym chciałem zawrzeć sprawy uniwersalne dotyczące kondycji umysłu i serca człowieka od kiedy pojawił się na naszej planecie. Sięgnąłem jeszcze po jedną piosenkę. Jest taki zespół niszowy, ale bardzo popularny i ceniony – Mikromusic. Jedna z jego wykonawczyń śpiewa utwór Śmierć pięknych saren. Użyłem tego motywu w drugiej części spektaklu puentując czas Holokaustu. Ten mój wybór songów został opracowany przez kierownika muzycznego teatru Teresę Wrońską. To jest prawdziwy partner i człowiek teatru.

Jaki rodzaj emocji chciałby pan wywołać tą inscenizacją? O co w tym spektaklu chodzi?

Głównym nurtem tematycznym jest optymizm i człowieczeństwo głównego bohatera który poprzez wzruszającą w swej prostocie opowieść Oty Pavla powinien uczyć nas tolerancji. Nie należy zapominać o tym, co się zdarzyło w Europie. Możemy obudzić się pewnego dnia i stwierdzimy że człowiek niczego się nie nauczył, nie wyciągnął wniosków wynikających z czasów pogardy. Hydra nazistowska i ksenofobii cały czas funkcjonuje. Zastanawiałem się czy na koniec, gdy wychodzi publiczność nie wypuścić celowo cytatu hardrockowego zespołu niemieckiego „DivisionTobi" śpiewającego Nazirockendroll, który karmi nas wrogimi hasłami na przykład: „atakujemy wschód". Od pomysłu odszedłem nie chciałem ich promować. Mówię tylko o zespole muzycznym, ale w naszym kraju, w Rosji i całej Europie jest wiele ugrupowań, które nie tylko głoszą hasła antysemickie, ksenofobiczne i mają zły stosunek do mniejszości narodowych, którym przyszło żyć w naszym kraju. Głoszą, że nasz kraj i europa musi być oczyszczona i być tylko dla „prawdziwych" Polaków i Europejczyków. W dzisiejszych czasach taka postawa wzbudza w nas emocje negatywne, ale one przecież gdzieś mają swój początek. Gdy nie będziemy znać własnej historii i własnych korzeni i nie będziemy tolerancyjni wobec innych narodów i ich wyznań, to będziemy jak puste naczynie, w którym nie ma wody, nie ma więc i życia. Jest takie powiedzenie rosyjskie, które mówi, że jeżeli my sami nie będziemy szanować ludzi, rozumieć ich i opiekować się nimi a zwłaszcza ludźmi starymi , to kto nas wspomni, gdy my się zestarzejemy?

Życzę panu aby spektakl „Śmierć pięknych saren" wzbogacił nie tylko pański osobisty dorobek, dorobek Teatru Żydowskiego, ale żeby wzorem wielu poprzednich przedstawień zapisał się na najlepszych stronach dokonań polskiego teatru.

Dziękuję. Staram się robić teatr na miarę mojej skromnej wyobraźni.

Zbytek skromności. Bardzo dziękuję.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
10 października 2015
Portrety
Jan Szurmiej

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia