Teatr Na Woli się zmienia

Rozmowa z Maciejem Kowalewskim, dyrektorem Teatru Na Woli, reżyserem spektaklu "Oczy Brigitte Bardot". Rozmawiała Dorota Wyżyńska
Dorota Wyżyńska: Anastazja - widoczny garb, łysiejąca. Może mieć 108 lat, ale w głębi duszy jest dzieckiem... - czytamy w didaskaliach. Jaką kobietę zobaczył pan, czytając tę sztukę? Czy są takie kobiety? Maciej Kowalewski: Zobaczyłem Barbarę Krafftównę. Ją zobaczyłem. Remigiusz Grzela napisał ten dramat specjalnie dla Niej i im dalej brniemy w próbach, tym bardziej się utwierdzam w celności wizji autora. Bohaterka dramatu, staruszka /tak jak i sam dramat/ jest na pierwszy rzut oka niepozorna, ale jeśli się jej bliżej przyjrzeć, wtedy prawdziwie poraża i porywa emocjonalnie. Ona jest czarownicą, jak mówi o bohaterce taksówkarz, który wiezie ją na Lazurowe Wybrzeże. Pozornie jest jak setki staruszek, które mija się na ulicach, a których tajemnicy już nigdy nie poznamy, nigdy nie dowiemy się, jaki bagaż doświadczeń za nimi i jakie w nich światło i piękno. Takie kobiety można moim zdaniem znaleźć pewnie w co drugim polskim domu, staruszki, drobne, ale twarde, które mają marzenia. Jednak od Anastazji, bohaterki "Oczu Brigitte Bardot" różni rzecz zasadnicza - one nie mają pieniędzy na realizację tych marzeń z powodu polskiej biedy. Nawet jeśli mają jakieś oszczędności, nie mogą przeznaczyć ich na realizację swych marzeń. Przyczyny są dwojakie. Z jednej strony po latach szarzyzny i braku perspektyw nie wierzą już w możliwość ich realizacji, a z drugiej - nawet jeśli posiadają tę "fortunę", oddają je dzieciom i wnukom. Takie starsze panie, szczególnie na polskiej prowincji, są często jedynymi żywicielkami rodziny. Wiem coś o tym. Pochodzę z prowincji. "Oczy B.B." to sztuka, w której rozmowy bohaterów, często zabawne, lekkie i radosne przeplatają się z wstrząsającymi monologami bohaterki. Na czym szczególnie zależy panu przy realizacji teatralnej tego tekstu? - Chciałbym oddać jak najpełniej - jak najmniej teatralnie w negatywnym znaczeniu tego słowa - nowy gatunek, jaki moim zdaniem pojawia się wraz z tą sztuką w polskim teatrze - teatr drogi. Filmów takich widziałem wiele, ale sztuki teatralnej nigdy. Film to jest to, co coraz bardziej zaprząta moją głowę, a w "Oczach Brigitte Bardot" to medium jest nierozerwalnie złączone z historią i bardzo misternie w nią wplecione. Mam więc możliwość i pełne uzasadnienie na użycie języka filmowego. Taki teatr w filmie czy film w teatrze to bardzo trudne, ale jakże satysfakcjonujące w realizacji. Co znaczy dla pana spotkanie z Barbarą Krafftówną? - Czuję się wyróżniony pracą z Nią, jestem szczęściarzem. Pracuję z jedną z największych legend polskiego teatru i filmu. Jednocześnie w trakcie prób staram się o tym nie myśleć, gdyż takie obciążenie mogłoby mnie zaprowadzić w ślepy zaułek i zamiast żywego dojmującego spektaklu, stworzyłbym hołd, a to nikomu dobrze by się nie przysłużyło. Początkowy okres prób był takim badaniem się, przyglądaniem się sobie. Przez jakiś tydzień pęczniał taki mniej więcej balonik i to Pani Barbara przekłuła go, kiedy na jednej z prób, cytując słowa ze sztuki, położyła swoją głowę na moim ramieniu. Pani Barbara jest niezwykle wymagająca, jest perfekcjonistką, a przy tym osobą szalenie inteligentną. Jeśli dodać do tego dystynkcję i jednocześnie wielkie serce, pozostaje tylko dać się oczarować. Teraz jestem w Niej autentycznie zakochany. Pani Barbara i pan Marian Kociniak to nieoczywisty duet. Aktorzy dotąd się jeszcze nigdy nie spotkali na scenie. Jak pan postrzega ich razem po kilku tygodniach prób? - Ten, jak Pani mówi, nieoczywisty duet jest duetem idealnym. Proces twórczy przeniósł się na życie. Taksówkarz Zbynio wiozący Anastazję do Francji jest w istocie Marianem Kociniakiem, który przywozi i odwozi Panią Barbarę do teatru i z niego. Oni są cały czas w procesie. Dyskutują, przekomarzają się, śmieją, przekonują jedno drugie do swoich racji. To fascynujące móc obserwować proces twórczy u dwojga tak znakomitych artystów. Wydaje mi się, że również jest pomiędzy nimi pewien element prowokacji i to głęboko przemyślanej, bo z dnia na dzień to coraz pozytywniej przekłada się na scenę. Chciałabym przy tej okazji porozmawiać też o dalszych planach Teatru Na Woli i dokonać pewnego podsumowania. Bo to już prawie półtora roku pana dyrekcji przy Kasprzaka. Przychodził pan pełen optymizmu i pomysłów. Czy rzeczywistość część z nich zweryfikowała? - Zweryfikowała. Nie mogłem zrealizować wszystkich planów głównie ze względów finansowych. Wiem, że nie tylko Teatr Na Woli cierpi na niedofinansowanie. Staram się z tym walczyć, ale jak? Zawsze było trudno ze sponsorami. Teraz w dobie kryzysu, jest bardzo trudno. Był taki moment, po pół roku mojej dyrekcji, kiedy wydawało mi się, że walę głową w mur. Kilka ostatnich miesięcy pokazuje, że jednak wytężony wysiłek się opłacał. Że są efekty. Teatr Na Woli się zmienia. Nie mogę powiedzieć, że się już zmienił, to musi jeszcze potrwać. Myślę, że jest miejscem wyrazistym. Wiele planów, których do tej pory mi się nie udało zrealizować, wkrótce, mam nadzieję, dojdą do skutku. Jestem z natury niecierpliwy. Myślałem, że wszystko można zrobić w kilka dni. Nie można. To długotrwały proces. Zapowiadał pan i udało się sprowadzić do Warszawy kilka ważnych spektakli z Polski, m.in. z Legnicy "Osobistego Jezusa" Przemysława Wojcieszka, z Zielonej Góry - "Zabijanie Gomułki" według Jerzego Pilcha w reżyserii Jacka Głomba. - W tym sezonie udało nam się też sprowadzić Teatr Witkacego z Zakopanego z ostatnim spektaklem reżyserowanym przez Piotra Łazarkiewicza - "Antoni S.". Z kolei w lutym chcemy zaprosić teatr z Częstochowy z przedstawieniem Łukasza Wylężałka. Oczywiście, żeby sprowadzić tyle spektakli z Polski, nie muszę mówić, że potrzebny jest ogromny wysiłek finansowy, ale upieram się, że taki przegląd tego, co w kraju, jest nam bardzo w Warszawie potrzebny. Z tego pomysłu Teatr na Woli nie zrezygnuje, podobnie jak z projektu Wola w Offsecie, w ramach którego pomagamy przy produkcjach teatralnych grupom offowym. Skorzystały z niej m.in. Teatr sióstr Fijewskich, Montownia oraz reżyser Michał Sieczkowski, który dzięki tej pomocy mógł przygotować spektakl w M25. Teraz pomagamy Teatrowi Niewinni Chłopcy. "Prawo McGoverna" pokazywane jest w ramach projektu edukacyjnego. Po każdym przedstawieniu odbywa się rozmowa z autorem sztuki Zbigniewem Hołdysem. A obserwując, co mówią na tych spotkaniach młodzi ludzie, upewniam się, że się nie myliłem. Z młodzieżą trzeba rozmawiać poważnie. Jestem jak najdalszy od tego, żeby pokazywać im lekkostrawne lektury, bo w ten sposób tylko się ich zraża do teatru. Ta pomoc dla offu nie jest przypadkowa, bo nie tak dawno sam pan działał w offie. - Tak, swoje pierwsze spektakle w Warszawie reżyserowałem na zasadach niezależnych. To było bardzo ważne doświadczenie. W klubie Le Madame, gdzie wystawiłem "Miss HIV" - dzień zaczynał się od ustawiania widowni. Wszystko robiliśmy własnymi rękami. To dawało satysfakcję. Na offie jest tak: "Jak chcesz, to robisz". W teatrze profesjonalnym są narzędzia do tego, żeby tworzyć, ale zanim cokolwiek zrobisz, musisz wypełnić kilka niezbędnych druków. A to czasem blokuje pracę. Teatr Na Woli nie ma zespołu aktorskiego. Kiedy był sceną impresaryjną i produkował jedną-dwie premiery rocznie, nie było problemu. A teraz, kiedy ma pan w planach kolejne produkcje i teatr działa pełną parą, czy ten brak aktorów na etatach doskwiera? - Najbardziej doskwiera przy układaniu repertuaru. Zatrudniamy zajętych artystów. Ale radzimy sobie. Teraz mamy już repertuar na dwa miesiące naprzód. Ale ja zdecydowanie wolę taki stan, bo to zdrowsze, pracujemy w takiej grupie, w jakiej naprawdę chcemy. Z aktorami, z którymi dany reżyser chce pracować. Nic na siłę. W gruncie rzeczy jednak wokół Teatru Na Woli stworzył się taki nieformalny zespół artystyczny. Niemożliwa jest praca w teatrze bez jakiegokolwiek zespołu artystycznego, ale także całego zaplecza technicznego. Teatr Na Woli się zmienia, zmienia się też jego publiczność. Zauważacie to? - Na widowni jest coraz więcej młodych ludzi. I jest coraz więcej ludzi w ogóle na sali. To jest obiektywna ocena, to wynika z dokumentów. Tak jak pan zapowiadał na początku swojej dyrekcji - Teatr na Woli jest miejscem polskich prapremier. Inscenizacji sztuk często niewygodnych, dotykających, obrazoburczych... czasem też takich, na których recenzenci po premierze nie zostawiają suchej nitki. - To ryzyko prapremier. Ale cieszę się, że Teatr Na Woli kojarzy się z polską dramaturgią i jestem dumny, że specjalnie dla nas powstają nowe, ciekawe teksty. Ingmar Villqist napisał specjalnie dla Teatru Na Woli "Kompozycję w błękicie" - mam nadzieje, że prapremiera odbędzie się w tym sezonie. O specyficznych relacjach matki z córką. Dla nas znakomitego "Burmistrza" napisała Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Tomasz Man pisze swoją "Seksmachinę", a Michał Walczak napisał przewrotną komedię "Amazonia". Już w styczniu prapremiera sztuki napisanej przez Marka Modzelewskiego również z myślą o Teatrze na Woli - "Sióstr przytulanek" ze wspaniała obsadą: Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki z Montowni, Przemysław Bluszcz, Szymon Kuśmider i Marian Kociniak. Nie bez powodu reżyserię tego tekstu powierzyłem Giovanniemu Castellanosowi, który jest Kolumbijczykiem. Wiem, że będzie w stanie spojrzeć na polską rzeczywistość od zewnątrz i dać własna ocenę naszej religijności. Na otwartej próbie czytanej "Sióstr..." wyreżyserowanej przez Giovanniego publiczność zareagowała entuzjastycznie. W zorganizowanej po czytaniu dyskusji padły głosy, że taki tekst jest bardzo potrzebny publiczności. A już w lutym kolejna prapremiera. Koprodukcja z Teatrem im. Kochanowskiego w Radomiu - "2084" według tekstu i w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, nawiązującego do 0rwellowskiego "Roku 1984". Jesteśmy chyba w tej chwili jedynym teatrem, który publikuje wszystkie wystawione dramaty, tłumaczy je na angielski, ma literacką agentkę w Londynie, która stara się zainteresować tymi tekstami zagraniczne teatry. Teatr Na Woli stara się być wyrazisty i mówić uczciwie o sprawach, które nas dotykają i dotyczą. Sztuka "Oczy Brigitte Bardot" też dotyka...
Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Stołeczna
3 grudnia 2008

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia