Teatr Polski wyzwala...

"Wyzwolenie" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Polski w Warszawie

...emocje, myśli, może i człowieka. Narodowy dom wariatów, tygiel osobowości, charakterów – jak mówili aktorzy w przedpremierowych wywiadach – wciągnął publiczność w... teatr, w głąb siebie samych i społeczeństwa jednocześnie. Wyzwolenie – zadziwiająco współczesny a przecież stuletni tekst Wyspiańskiego wystawiany od 29 stycznia 2019 roku w Teatrze Polskim w Warszawie rzeczywiście ukazał przekrój społeczeństwa.

Anna Augustynowicz (reżyser) stworzyła przestrzeń nie tylko do mówienia o Polsce. Podczas dwóch godzin spektaklu (30 stycznia) nie czuło się, ale się BYŁO wspólnotą narodowego... domu wariatów (jak można mówić z dystansem i przymróżeniem oka o sobie i swoim podwórku). I BYŁO to (chyba nadal jest) doświadczenie wyjątkowe, o czym postaram się opowiedzieć.

Publiczność od samego początku zachowywała się jakby na przekór teatralnym konwencjom. Krzątanina, niespieszne zajmowanie miejsca, rozmowy, których nie uciszył żaden z trzech dzwonków... [sama jak nigdy wbiegłam po ostatnim prosto z... toalety... mijając sączącą się strużkę kolejki, która przecież jeszcze zdąży].

Na czarną pustą scenę wkroczyła niepostrzerzenie – wśród dalszego szmeru – czarna postać. Światła niewygasły, więc można było zacząć snuć domysły, że te rozmowy w jakiś tam sposób były zamierzone (usprawiedliwione?). A Konrad czeka...

„Przychodzę wprząc was do dzieła" – jedne z pierwszych słów Konrada wypowiedziane w stronę publiczności. „Na was myśl moja spoczęła". Publiczność nie tonęła w ciemności jak to zwykle w teatrze. Dystans widz-aktor zmniejszył się radykalnie, a granica przestrzenna widownia-scena zatarła. Dało się wyczuć (jakby celowo NIE zobaczyć – na scenie był tylko Konrad, a poza tym... „ciemno wszędzie, głucho...") powiew historii, atmosferę Dziadów. A jednocześnie współczesność wdzierała się dosłownie do spektaklu. Rozmowy umilkły, ale w tej grobowej ciszy rozległ się... „koncert wieczorny"... ledwo „trzykroć wrzasnął derkacz [...], już mu z dala wtórują z bagien basem bąki" – dzwonki, budziki i przypominajki na smartfony i ipady – współczesna flora i fauna jest równie bogata. Dzika i nieokiełznana. Kiedy tylko to chciało – dzwoniło. I wiedziało dobrze kiedy. Właśnie Konrad monologował: „jak ja tego niecierpię, jak ja tego nienawidzę"... i znowu ręce w bezsile musiał zwiesić, bo te dzwonki (jak i wyzwolenie) nie zależą przecież od niego. Potem mowa o dzwonie Zygmunta, miedzianej brzęczącej misie... doprawdy wszystko, cokolwiek ze sobą chamy (w sensie staropolskim) przyniosły 30 stycznia 2019 roku do Teatru Polskiego, wtopiło się idealnie w treść stuletniego a jakże współczesnego Wyzwolenia. „A ta chata" rozegrana – chciałoby się powiedzieć. Współczesność zostala tu ograna jak rekwizyt.

Był Konrad, musiał być i Mickiewicz – pomnik zstępujący z piedestału odziany w czarny płaszcz i... białoczerwony szalik z orzełkiem, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Dopóki nie zaczął się poruszać (w drugiej części spektaklu) miałam go za woskową superstar, symbol dzisiejszej popkultury wyniesiony na piedestał, podczas gdy prawdziwe życie toczy się na dole. A to był Mickiewicz. Niezrozumiany, patrzący ni to z wyrzutem ni ironią czy dystansem na to, co wyprawiają z jego tekstami i nim samym. Nawet irytująco głupiutki reżyser – przedstawiciel młodego pokolenia, nie zrozumiał (kto wie , czy w ogóle rozpoznał) Mistrza.

Właśnie o pokoleniach trzeba by tu wspomnieć, bo Wyzwolenie w Teatrze Polskim było przekrojem społeczeństwa ukazanym zwłaszcza na publiczności. Kiedy starsi śmiali się czy bili brawo, bo usłyszeli ze sceny swoje własne myśli, młodzi zerkali na siebie, wzruszali ramionami: „Z czego tu się śmiać?".

Rozmowa dwóch dziewczyn (zasłyszana za plecami w kolejce po kurtki): „I jak?", „No... jestem pod wrażeniem", „Ja też...". Chwila ciszy. „No dobra, ale powiedz, co ty z tego zrozumiałaś?", „...prawie nic, ale sama nie wiem... wydaje mi się, że to była taka konwencja", „Albo po prostu za trudny język", „No nie wiem, czasami się zastanawiałam, czy oni nie przekraczają już jakiejś granicy, czy chcą mnie obrazić na przykład, ale chyba nie".

Rozmowa starszego pana (w berecie) i wnuczka (z plecakiem) w drodze na przystanek: „Wziąłem dla ciebie program", „A po co?", „Piszą tam o Wyzwoleniu Wyspiańskiego, przyda ci się, będziesz to omawiał w szkole. A może już omawiałeś?", „... chyba nie... nie wiem...".
A za panem w berecie i nastolatkiem z plecakiem idę ja-Kondrad, który co prawda wie, skąd przybywa, ale nie wie, do kogo mu bliżej. Czy do tych, którzy jeszcze coś pamiętają i rozumieją, czy do tych, którzy nie rozumieją i nie wiedzą już nic, ale podążają na co dzień tymi samymi ścieżkami co ja. „Ciąży nad nami romantyzm" mówili aktorzy w wywiadach... W ogóle nad nami nie ciąży i spektakl doskonale to ukazywał.

Oto trzy główne postaci spektaklu:
Młody, komiczny i dramatyczny w swej głupocie reżyser, pytający Konrada-aktora (Wyzwolenie to teatr w teatrze), czym jest teatr i dokąd podąża, reżyser, który dosłownie nie wie, jak interpretować romantyków.

Konrad – aktor idealista, któremu zatarła się nieco granica między teatrem a życiem, przypominający raczej kompletnie niezdecydowanego, niezdolnego do działania Gustawa z weltschmerzem na wierzchu. Większość spektaklu przesiedział zgarbiony zezwieszonymi rękami.

I Duch Ojca – (ja mówię, że to) prawdziwy Konrad, do którego powyższy Gustaw albo dorośnie, albo i nie.

Trzy pokolenia. Anna Augustynowicz mówiła w wywiadzie, że jej Wyzwolenie to próba rozumienia wyzwolenia właśnie w kontekście trzech pokoleń: które żyło przed 89., po 89. i pokolenie, które po 89 dopiero się urodziło. Dla każdego z nich należałoby stworzyć inną definicję wolności, ojczyzny, narodu. Inne definicje, bo inne doświadczenia.

Duch Ojca – Jerzy Trela (notabene poseł na Sejm PRL IX kadencji 1985–1989) nic nie musiał mówić. Tę postać i to emploi od razu przypisuje się do Dziadów, od razu wspomina się Gustawa Holoubka (chociaż dla mnie to tylko wyobrażenie i pragnienie zobaczenia tego, co już odeszło – zbudowane na bazie akademickich wykładów). Do tej pory zastanawiam się, czy jest to kwestia kreacji postaci, może doświadczenia teatralnego czy też pokolenia, które po prostu wie, o czym mówi, bo przeżyło to, o czym mówi.

Jest w tym coś niesamowitego, że Grzegorz Falkowski (Konrad) wypowiadający nawet śmiertelnie poważne konradowskie kwestie budzi nieufność. Nie wiadomo, czy się naśmiewa, czy mówi poważnie. Jest to jakieś nieprzekonujące chociaż profesjonalne. Jak kilkunastolatek z plecakiem opowiadający o roku 89., a starszy pan w berecie – o tym, co dziś. Dlatego rodzi mi się pytanie: Czy będziemy mieć Konradów w teatrze za pół wieku? Czy Dziady to będzie dramat romantyczny czy jego parodia? Parodia romantycznych ideałów?

A skoro już o romantycznych ideałach, od których wszyscy się chcą odcinać, podczas gdy ich nie ma... Modne zdają się dziś slogany: nie mieszajmy polityki ze sztuką, teatru z religią itd. Chyba najważniejsze wydarzenie w historii teatru polskiego to Dziady Kazimierza Dejmka, które miały poważne skutki polityczne. To teatr, świecka kazalnica, „wtrącił się" do polityki. Nawet wikipedia mówi: „Kreacja Gustawa Holoubka, odtwórcy głównej roli [Konrada], wpłynęła na wymowę widowiska i oddźwięk społeczny przedstawienia". Nie Mickiewicz, nie Dziady, ale kreacja postaci Konrada przez aktora. Więc znowu powtarza mi się pytanie: Jakich Konradów będziemy oglądać za pół wieku?
Takie i inne myśli wyzwala Teatr Polski sto lat po W[w]yzwoleniu.

Momentów, w których można się było poczuć „na scenie" spektaklu i dziejów zarazem było więcej. I były to momenty z dreszczem emocji, wyrywające z bezpiecznej roli obserwatora. Spektakl zdawał się mówić sam za siebie. Jakby pytał odbiorcę: „myślałeś, że przyszedłeś tu posiedzieć? Popatrzeć? Taka wolność, jaką sobie wywalczysz, rzeczywistość, jaką sobie stworzysz".

Magdalena Burek
Dziennik Teatralny Warszawa
20 lutego 2019

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia