Teatr tańczącej dziewczyny

"Balladyna" - reż. Krzysztof Garbaczewski - Teatr Polski w Poznaniu Wydarzenia

"Balladyna" z Teatru Polskiego w Poznaniu na otwarcie Wybrzeża Sztuk. Bezkompromisowe otwarcie Festiwalu oraz próbująca korespondować z estetyką spektaklu minirecenzja

"Balladyna" Marcina Cecki w reżyserii i ze scenografią Krzysztofa Garbaczewskiego nie zawiodła. To miał być zły spektakl i był. W nieoficjalnej klasyfikacji-licytacji atrakcji polskiego teatru współczesnego wysoko znajdzie się wykorzystana w przedstawieniu instalacja Huberta Czerepoka "Naród sobie". Neon, jednoznacznie przypominający wstęgę nad historyczną bramą obozu w Auschwitz, ma prowokować, a wzbudza jedynie politowanie, tak jak cała zresztą prezentacja. Produkcja Teatru Polskiego wpisuje się w poetykę gatunku, który z nieodpartej konieczności etykietowania i okiełznania zagubionej percepcji nazwałem "Teatrem tańczącej dziewczyny". Inspiracją jest oczywiście niezapomniana scena z filmu Davida Lyncha "Ogniu krocz ze mną".

Teatr tańczącej dziewczyny jest programowo niekomunikatywny i niezdyscyplinowany pojęciowo. Występuje głównie w Europie Środkowo-Wschodniej, a najczęściej w Polsce. To teatr sensualny lub, wręcz odwrotnie, czysto formalny - w obu przypadkach skrajny. Jest niepowstrzymanym wybuchem wyobraźni reżysera-inscenizatora, ciągiem dygresji, strumieniem świadomości, popisem nieposkromionej dezynwoltury, czyli jazdą bez trzymanki. Stawia widza z pewnymi pretensjami intelektualnymi i towarzyskimi w pozornie trudnej sytuacji. Przyznanie się do braku zrozumienia przekazu płynącego ze sceny może spotkać się z ośmieszeniem, a w skrajnych przypadkach wykluczeniem imprezowym. A tylko najodważniejsi potrafią sobie poradzić z ośmieszeniem.

Rozumiem frustrację artystów, którzy jako pierwsi czują nieuchronny koniec świata i próbują go opisać, ale mnożenie tanich przekroczeń nuży i śmieszy. Po akcjonistach wiedeńskich naprawdę trudno zaszokować widza, ale zdecydowanie trudniej budować sensy, a już absolutną misją niemożliwą, a właściwie zakazaną, jest stworzenie dzieła, które zawiera coś konstruktywnego. Poznańska "Balladyna", prócz rozpaczliwych prób szokowania, nie zawiera żadnej propozycji do dyskusji. Zlepek scen, grepsów, piosenek i znaków nie tworzy całości, na początku denerwuje, potem nuży i na końcu już tylko bawi, a całość ożywia pytania o nadzór nad finansami publicznymi i off teatralny, który, przy takich ujawnieniach w głównym nurcie jak "Balladyna", traci sens.

Trójmiejska publiczność, jak zwykle grzeczna i kulturalna, przyjęła spektakl zimno, nie nastąpiła żadna interakcja, mimo prób podejmowanych przez najlepszą na scenie Justynę Wasilewską (Balladyna, Goplana). Już pod koniec I aktu słabsi widzowie opuszczali widownię, po przerwie publiczności było już zauważalnie mniej. Tylko jedna osoba nuciła sobie po wyjściu z budynku przebojową piosenkę pt. "Pierdzę na chleb" o czarnych psach i czarnych ch... w wykonaniu formacji Cipedrapsquad, przy której kontrowersyjna Maria Peszek brzmi jak niewinna gospelistka. Zamiast tworzenia płaszczyzny dialogu, sztuka nowoczesna coraz częściej nie bierze jeńców i stawia odbiorcę w sytuacji wyboru: albo akceptacja, albo odrzucenie. Szkoda.

Pokazanie "Balladyny" na Wybrzeżu Sztuki nie jest błędem, spektakl był szeroko komentowany na specjalistycznych stronach internetowych i dlatego jego obecność w Gdańsku była uzasadniona.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
25 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia