Teatr to jednak nie zakład produkcyjny

rozmowa z Dariuszem Miłkowskim

Mam wrażenie, nie tylko zresztą ja, że ani my do końca rozumiemy ekonomistów, ani oni nas. Pomiędzy ekonomią i kulturą potrzebny jest tłumacz, naprawdę, żeby te negocjacje nie wyglądały jak rozmowa kaszubsko-góralska. Niby wiadomo o co chodzi, ale w niuansach to już niekoniecznie. Kultura może być także źródłem dochodów, ale nie za każdym razem i nie za wszelka cenę. Strasznie bym chciał, żebyśmy się jednak dogadali - mówi Dariusz Miłkowski, dyrektor Teatru Rozrywki w Chorzowie , po Kongresie Kultury Polskiej.

O zażartej dyskusji kultury z ekonomią podczas Kongresu Kultury Polskiej z Dariuszem Miłkowskim, dyrektorem Teatru Rozrywki w Chorzowie, rozmawia Henryka Wach-Malicka.

Zapytam wprost: czy zakończony w minionym tygodniu krakowski kongres był naprawdę potrzebny, czy coś zmieni się po nim w marnej kondycji kultury polskiej?

- A ja wprost odpowiem: jechałem do Krakowa nastawiony sceptycznie. Bałem się, że to będzie kolejne spotkanie, legitymizujące pozytywny stosunek rządu do kultury. A okazało się, że to pierwsza od wielu lat tak poważna konsultacja społeczna, dotycząca naszych problemów. Nie tylko środowiska twórców, ale także odbiorców. To był niesłychanie potrzebny kongres. Zwołano go dosłownie w ostatniej chwili. Kultura dopłynęła do linii brzegowej.

Co się tłumaczy: albo się uratujemy, albo rozbijemy na mieliźnie. Będą zatem pieniądze?

- Bardziej niż pieniądze instytucjom kultury potrzebne są zmiany w prawie. To sztywne przepisy, na przykład prawa pracy, blokują wiele poczynań, między innymi możliwość sensownego gospodarowania funduszami. Dyskusja o pieniądzach też się oczywiście odbyła, bardzo burzliwa zresztą.

Jakich zmian legislacyjnych oczekujecie? Przepraszam, oczekujemy... Mówi pan, że to także problem odbiorców.

- -dpowiem na przykładzie teatru, choć identyczny kłopot mają muzea, filharmonie, a nawet biblioteki. Kodeks ściśle określa czas pracy, odbierania dni wolnych za przepracowane dni świąteczne, sumowania godzin itd. Tymczasem teatry grają w niedziele, a w dni powszednie aktorzy rano maja próby, potem wolne, wieczorem wchodzą na scenę. Jedni pracują więcej, bo zbliża się premiera, inni będą tak pracować za miesiąc. To zupełnie inny rytm, inne zasady, więc żeby nie łamać prawa, powinniśmy co jakiś czas wręcz zawieszać działalność, zamknąć teatr i równać do przepisów. Zmienia się także sposób funkcjonowania instytucji kultury, bo zmienia się tryb życia widzów. Na spektakl o godz. 17 wiele osób nie zdąży, po prostu jeszcze pracują. Coraz głośniej widzowie domagają się wydłużenia godzin otwarcia galerii, czytelni, teatrów, czyli pracy w godzinach nocnych.

Ale przecież tak pracuje się w różnych zawodach!

- Otóż to! Tylko że transportowcy czy lekarze mają już nowelizację ustawy, wewnątrz resortowe regulaminy i inne przepisy umożliwiające pracę. Kultura dotąd ich nie miała, ale właśnie na kongresie padły konkretne zapewnienia, że posłowie rozwiążą problemy. Podobnie jak wiele innych, choćby większą elastyczność ustawy o zamówieniach publicznych. Dziś na zakup najdrobniejszego sprzętu czy materiału na scenografię trzeba rozpisywać przetargi. Bywa, i to nie są żarty, że z różnych przyczyn taki przetarg może być rozstrzygnięty dopiero po premierze! No, jaki jest sens takich przepisów? Na szczęście ministerstwo widzi to błędne koło i intensywnie pracuje nad zmianami i ułatwieniami procedur przetargowych. Kultura to jednak nie zakład produkcyjny.

A profesor Jerzy Hausner twierdzi, że jest...

- Złośliwie można powiedzieć, że najważniejsza teza jego projektu reformy w kulturze brzmi: Wolny rynek wyłoni najlepszych, słabszych nie ma co żałować. Historia tego projektu jest pouczająca. Na początku kongresu, po wystąpieniu profesorów Hausnera i Balcerowicza, rozpętało się piekło. Obydwie strony okopały się na z góry upatrzonych pozycjach i wydawało się, że tak już pozostanie. Następnego jednak dnia, zarówno ekonomiści, jak i ludzie kultury ochłonęli i zaczęli rozmawiać. To było clou programu! Mam wrażenie, nie tylko zresztą ja, że ani my do końca rozumiemy ekonomistów, ani oni nas. Pomiędzy ekonomią i kulturą potrzebny jest tłumacz, naprawdę, żeby te negocjacje nie wyglądały jak rozmowa kaszubsko-góralska. Niby wiadomo o co chodzi, ale w niuansach to już niekoniecznie. Kultura może być także źródłem dochodów, ale nie za każdym razem i nie za wszelka cenę. Strasznie bym chciał, żebyśmy się jednak dogadali.

Ciekawe tylko, kto będzie tym tłumaczem? Ani to wdzięczna rola, ani łatwa...

- A jak tak sobie myślę, że w niektórych dziedzinach ten dialog już się odbywa. Na przykład w kinematografii. Agnieszka Odorowicz, choć musiała pokonać wiele oporów, w dużym stopniu uzdrowiła jednak zasady finansowania produkcji filmowej, wpuściła sporo świeżej krwi i na ostatnim festiwalu w Gdyni nie było nikogo, kto by nie powiedział, że polska kinematografia nie wyszła z dołka. Ale szefowa PISF-u zna realia obydwu stron; nim zajęła się kasą, pracowała w kulturze.

Nie we wszystkich działaniach da się wypracować kompromis. Moim zdaniem, najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem jest brak edukacji kulturalnej. Do szkół mają wprawdzie powrócić przedmioty artystyczne, ale zaniedbania w tej dziedzinie są tragiczne. Czy na kongresie była o tym mowa?

- Specjaliści zaprezentowali osobny raport w tej sprawie. Tu rzeczywiście trzeba zacząć dosłownie od podstaw i od sporych pieniędzy, których w gotówce odzyskać się nie da, ale które na pewno nie zostaną zmarnowane. Jeśli jednak cały system ma działać na dobrych zasadach, to nie wystarczy zaprowadzić dziecko do pani z igłą i powiedzieć: Ta pani nie jest zwykłą krawcową, ta pani szyje kostiumy dla aktorów. Lekcja, powiedzmy teatralna, musi być starannie przygotowana, bazować na rozmaitych bodźcach, zawierać różne elementy, od rozmowy z reżyserem czy aktorem po pokazanie możliwości skomplikowanego sprzętu scenicznego. Na to potrzebne są pieniądze i... elastyczny czas pracy, by wrócić do początku naszej rozmowy. Taka lekcja ma sens tylko wtedy, gdy staje się fragmentem całej strategii współpracy teatru z widzem.

Mówił pan, że na kongresie ustalono konkretny plan zmian legislacyjnych i ekonomicznych...

- ...co wcale nie oznacza, że wszystkie problemy rozwiążą się za jednym zamachem i do końca października. Uważam jednak, że sporo spraw udało się skierować na właściwe tory. Chciałbym też podkreślić, że uczestnicy kongresu powołali do życia Komitet Obywatelski Mediów Publicznych. To nasza odpowiedź na kompletną niemoc władz w tej sprawie.

A co pana, już prywatnie, zaskoczyło najbardziej?

- Gośćmi Kongresu Kultury Polskiej byli organizatorzy festiwali teatralnych, między innymi z Edynburga i Wenezueli. Mówili, że Polska to już nie jest kraj, nad którym tylko przelatuje się samolotem, że prezentowane przez nas spektakle budzą zainteresowanie za granicą. Nie mogli się tylko nadziwić, patrząc na salę obrad, że średnia wieku uczestników kongresu oscylowała mocno powyżej czterdziestki.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
1 października 2009

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski