Teatr w fabryce, fabryka w teatrze

Ewa Wójciak o nowym spektaklu.

- Nie sądziłam, że usłyszę kiedyś, że praca w fabryce może być dla kogoś przyjemnością, że ktoś chętnie chodził do takiej roboty. Sama dwukrotnie pracowałam w fabryce przy taśmie i wydawało mi się, że to najokropniejsze miejsce na ziemi. A oni mówią, że w tej fabryce czuli się kreatywni, potrzebni, że tworzyli wspólnotę - o nowym spektaklu "Ceglorz" Teatru Ósmego Dnia, z udziałem pracowników Fabryki Cegielskiego, opowiada Ewa Wójciak.

Teatr 8 Dnia rozpoczął nowy projekt. Ewa Wójciak [na zdjęciu], aktorka i dyrektorka Teatru, na stronach jemu poświęconych napisała, że powstający z udziałem pracowników Cegielskiego spektakl "nie będzie tylko czystym dokumentem, ale również artystyczną refleksją na temat tego miejsca, jego industrialnej estetyki. (...) To nie będzie próba pokazania historii zakładu, ale historia ludzi częściowo ukształtowanych przez to miejsce - tak ważne w życiu społecznym Poznania. Będziemy więc nadal rozmawiać i szukać bohaterów przedstawienia. Może niektórzy z nich zechcą być w nim na żywo obecni". Pomoc swoją przy realizacji projektu zaoferowała Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy HCP. Więcej znajdziecie na blogu projektu. Z Ewą Wójciak rozmawia Jarosław Urbański.

Jarosław Urbański: Po pierwsze chciałbym zapytać o Wasz zwrot w kierunku dokumentu. Zawsze w twórczości Ósemek ważne było odwołanie się do prawdziwych ludzi, prawdziwych wydarzeń i kontekstu historycznego, ale teraz mamy wręcz, nazwałbym to, taką pracę socjologiczną, zwrócenie się po świadectwo konkretnych ludzi, dokumentów...

Ewa Wójciak: Nazwałabym to raczej ewolucją niż zwrotem. Od dawna, jak zauważyłeś, inspirowały nas dokumenty. Natomiast robimy już teatr kilkadziesiąt lat i przynajmniej dla mnie, coraz mniej atrakcyjne było przetwarzanie tego w jakąś fikcję, a coraz bardziej przekonywała "surowość" dokumentu. Bardziej mnie to porusza. Dzisiaj mam wrażenie, że w literaturze, zjawiskach artystycznych, fikcja nie ma tak poruszającej siły, co filmy dokumentalne na przykład Michaela Glawoggera ("Śmierć człowieka pracy" i "Megamiasta"). Dokument może być poruszający jako zjawisko artystyczne, nie tylko jako socjologiczne. Tak to dziś postrzegam. Coraz trudniej mi obcować z fikcją, zwłaszcza w teatrze. Zawsze miała do niej pewien dystans. Ta konwencja mnie często rozczarowywała. Mówienie prawdą dokumentu jest sposobem docierania do ludzi, zbliża nas to też - mam poczucie - do publiczności.

Jest pewnym zaskoczeniem jak często w ostatnim czasie poznańskie teatry zaczęły sięgać po podobne środki wyrazu, po dokument...

- Dla nas takim początkiem, w jakimś sensie, był projekt Śródka. To było parę lat temu. Bohaterami byli dawni mieszkańcy tej dzielnicy, występowali na fotografiach i "na żywo". Teraz - przykładowo - mamy projekt Teatru Nowego "Jeżyce Story" czy inne realizacje odwołujące się do prawdziwych zdarzeń

Na ile to większe zainteresowanie dokumentem bierze się też, Twoim zdaniem, z dzisiejszej dyskusji prowadzonej pod hasłem "polityki historycznej"? Dyskurs historyczny jest coraz bardziej kształtowany przez nurty, nazwijmy je, bardziej prawicowe...

- Mnie ta narodowo-katolicka narracja, jako dominująca czy jedyna w przestrzeni publicznej, oczywiście niepokoi. Chcemy inaczej o pewnych sprawach mówić, oraz pokazać, że się też inaczej myśli. Ale takie spektaklu jeszcze nie zrobiliśmy...

A "Teczki"...?

- No tak, może też "Paranoicy i Pszczelarze". Przedstawiliśmy tu w czarno-biały sposób "politykę historyczną". Wykorzystaliśmy dokumenty. Przejrzałam wówczas wiele różnych tekstów. "Polityce historycznej" jako oficjalnej ideologii przeciwstawiliśmy losy ludzi, którzy mieli za sobą różne doświadczenia, także takie wojenne, bohaterskie. Nasza główna teza była jednak taka, że nie bohaterstwu i powstaniom zawdzięczamy to, że przetrwaliśmy jako społeczeństwo, tylko dzięki tym "Pszczelarzom" - zwykłym ludziom. Takie osoby podejmowały własną prywatną walkę z życiem i światem, wykształcali wartości swoją codzienną pracą, bez sztandarów i rzucania się na armaty. Dobraliśmy bardzo różne życiorysy, różnych ludzi i przedstawicieli różnych pokoleń.

Być może także nasz najnowszy projekt dotyczący Cegielskiego będzie zawierał podobne spojrzenie. Chcemy pokazać historię zakładu poprzez ludzi w nim pracujących, pokazać bogactwo i różnorodność ludzkich osobowości - chcemy powiedzieć, że to oni stanowią o wartości. To życiorysy przeciętne, nie wynoszone na ołtarze. Ci ludzie przez pokolenia pracujący w Cegielskim, niezależnie od systemu i czasu, wyznawali pewien etos pracy. On wszystkich łączy. Nie uzależniają tego od systemu. Nie było opinii, że: "Ten socjalizm to nam wszystko psuł, niszczył". Dla ludzi, z którymi rozmawialiśmy, praca stanowiła wartość samą w sobie, bez względu na kontekst polityczny. Kiedy mówią, że Cegielski umiera, nie mają na myśli przede wszystkim tego, że fizycznie zakład się rozpada, a że umiera pewien system wartości, których ich wszystkich cementował i łączył przez pokolenia.

Wchodząc do Cegielskiego, jak odebraliście dziś ludzi i sam zakład?

- Przy wejściu do Cegielskiego zauważyliśmy karty zegarowe z numerem dwadzieścia tysięcy ileś tam, a potem, gdy znaleźliśmy się na terenie zakładu, trudno było gdzieś dostrzec ludzi w tych ogromnych halach z olbrzymimi maszynami. To jest uderzający obraz, że ta fabryka tak straszliwie opustoszała, że prawie nie ma tam pracowników, robotników... Są rozproszeni w wielkiej przestrzeni.

Rozmawialiśmy z różnymi ludźmi. Emerytami mającymi ok. 90 lat i robotnikami przed trzydziestką. I okazało się, że ich bardzo wiele łączy, łączy ich to, co można by nazwać etosem pracy, ale również sentyment do pracy w zespole, w grupie, identyfikacja z tą grupą, ale też z tą konkretną fabryką, bo Cegielski jest dla nich wszystkich wciąż miejscem szczególnym. Nie sądziłam, że usłyszę kiedyś, że praca w fabryce może być dla kogoś przyjemnością, że ktoś chętnie chodził do takiej roboty. Sama dwukrotnie pracowałam w fabryce przy taśmie i wydawało mi się, że to najokropniejsze miejsce na ziemi. A oni mówią, że w tej fabryce czuli się kreatywni, potrzebni, że tworzyli wspólnotę.

Z drugiej strony Cegielski kojarzy się ze wstrząsami, pracowniczymi wystąpieniami, erupcja niezadowolenia? To nie tylko 1956 rok. Właściwie ten zakład, jeszcze od przedwojnia, uchodził za niepokorny.

- Myślę, że Cegielski był zakładem elitarnym w jakimś sensie, pracowało tu wielu ludzi z dużą świadomością i charakterem, a to tacy ludzie zazwyczaj są niepokorni. I myślę, że to jest też jakiś szczególny moment w życiu społecznym, że znika ostatnia opozycja dla władzy, niepokorny oponent, siła społeczna, z którą władza musiała się liczyć. Ludzie tu charakteryzują się dużą świadomością, mają jakąś swoją opinię i ją wyrażają. To jest też okropne, że zanika tak naprawdę ostania przeciwwaga dla władzy, oponent, siła społeczna. To dla mnie osobiście bardzo ważny wątek. Mój ojciec jako adwokat bronił jednego z robotnika, uczestnika poznańskich wydarzeń z 1956 roku.

Jak przychodzimy na zebrania związkowe do Inicjatywy Pracowniczej, widzimy też wyraźnie, jaka jest siła w ludziach, zwłaszcza w takim kolektywnym sprzeciwie. Ludzie potrafią być zasadniczy, nie tylko w sprawie swoich wynagrodzeń, ale gdy chodzi o sprawiedliwość. Inteligenci nie potrafią być tak bezkompromisowi i odważni, pojawia się problem, że nie można przekroczyć jakichś granic: ktoś, coś ujął zbyt jednoznacznie, a tu użył niewłaściwego słowa Uświadomiłam sobie jaka to jest potęga, kiedy taki sprzeciw zaczyna dotyczyć paru tysięcy robotników.

Czy - Twoim zdaniem - w tych dyskusjach pracowników jest obecny jeszcze problem ostatniej transformacji?

- Pracownicy Cegielskiego pytają przede wszystkim, czy to musiało się stać właśnie tak. Czy niskie pobudki, chciwość, korupcja to jest warunek konieczny w tego typu procesach. Czy zakład musiał tak podupaść. My też o to pytamy.

Jarosław Urbański
www.rozbrat.org
9 marca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia