Teatr wychodzi na ulicę. Podsumowanie

12. Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@port

Przez tydzień na Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port zaprezentowano 11 spektakli (osiem w konkursie) oraz pięć sztuk finalistów Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Nieoczekiwanie nagrodzono Teatr Polski w Bydgoszczy za "Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy". Z kolei Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna trafiła do Magdaleny Drab, autorki sztuki "Słabi. Ilustrowany banał teatralny".

Faworyci z manifestem przeciwko nowej dyrekcji

Właściwie każdy spektakl duetu Paweł Demirski (autor, dramaturg) - Monika Strzępka (reżyserka) budzi duże emocje i niemal z urzędu znajduje się w centrum festiwalowych wydarzeń. Nie inaczej było z "Triumfem woli" przygotowanym przez Demirskiego i Strzępkę w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie (najszybciej wyprzedanym spektaklem festiwalu). Tym razem, w stylu znanym z poprzednich produkcji duetu, aktorzy starają się "zagadywać" rzeczywistość (tym razem pretekstem jest awaria samolotu i cudowne ocalenie na bezludnej wyspie), ocieplić ją gawędami i opowieściami, które w formie dygresji czy anegdoty (w oparciu o fakty) ukazują hart ducha, odwagę i niezłomność charakteru.

Przyglądamy się więc m.in. Kathrine Switzer (jako pierwsza kobieta, która przebiegła maraton, w tej roli Dorota Segda), strajkowi górników w Wielkiej Brytanii (lata 1984-1985), których nieoczekiwanie wsparło środowisko homoseksualne, czy piłkarzom Samoa Amerykańskiego, którzy wysławili się najwyższą porażką w historii międzypaństwowych meczów piłki nożnej (Samoańczycy przegrali z Australią 0 do 31). Gdzieś obok bohaterów snuje się pijany William Szekspir (Krzysztof Zarzecki), usiłujący składać swoje teksty w całość, czy wychowany na stepie nieokrzesany Mongoł (Marta Nieradkiewicz). Cały ten konglomerat egzystencjalnych rozbitków tworzy niejednorodną, ale ciekawą mozaikę charakterów. Momentami przydługi i przegadany spektakl zaskakująco dobrze, jak na luźną, wydawałoby się wręcz niechlujną formę, ukazuje tytułowy "triumf woli" nad słabościami i przeciwnościami losu.

To bardzo pozytywne przesłanie podczas gdyńskiego pokazu znalazło się jednak w cieniu reakcji zespołu Starego Teatru na zmianę dyrekcji. Ironiczne żarty z nowego dyrektora artystycznego wpleciono w treść spektaklu, po nim aktor Krzysztof Zawadzki odczytał kuriozalny fragment zwycięskiej aplikacji na dyrektora Starego Teatru autorstwa Marka Mikosa, w bardzo lekceważący sposób odnoszącego się do jakości spektakli i sposobu gry aktorów Starego Teatru. Niestety, narzucony przez ministerstwo duet dyrektorski i reakcja zespołu sugerują, że spór o kształt prestiżowej krakowskiej sceny może w poważnym stopniu zaważyć na jej kondycji. Patrząc na zespołową, bardzo dobrą grę krakowskich aktorów bardzo szkoda byłoby ich potencjału i przekreślenia dorobku ostatnich lat. Na pocieszenie twórcom pozostaje Nagroda Publiczności Festiwalu R@Port (37 proc. głosów spośród obecnych na spektaklu), warta 10 tys. zł.

Hołd dla Krzysztofa Globisza

Wyjątkowy charakter ma "Wieloryb The Globe" w reż. Evy Rysovej, koprodukcja Międzynarodowego Festiwalu "Boska Komedia" w Krakowie i krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa ze Teatrem Starym w Lublinie. Jej owocem jest spektakl stworzony z myślą o przechodzącym rehabilitację po udarze mózgu aktorze Krzysztofie Globiszu, ze specjalnie dla niego napisaną sztuką Mateusza Pakuły. Jest to spektakl-instalacja, momentami wręcz performans. Globisz zmaga się z własnymi ograniczeniami, porusza się o lasce, wydobywa z siebie z wysiłkiem kolejne słowa, rysuje, gra na harmonijce. Dość groteskowo wygląda na tym tle duet "pomocniczek" - Zuzanna Skolias i Marta Ledwoń, funkcjonujących w spektaklu półprywatnie, przyznającymi się do własnych traum czy słabości. Mają one, jak sądzę, w pewnym sensie stanowić przeciwwagę dla sytuacji Globisza, co z góry skazane jest na niepowodzenie. Trudno jednak "Wieloryba The Globe" rozpatrywać w kategoriach czysto artystycznych. Widz zamienia się tu w obserwatora prawdziwego, a nie fikcyjnego dramatu, poznaje niuanse afazji i historię rehabilitacji aktora, wraz ze szczegółami koncepcji spektaklu opowiedzianymi przez aktorki. Spektakl przeradza się w zbiorowy seans współczucia i wsparcia dla Krzysztofa Globisza, zasłużenie nagrodzonego owacją na stojąco.

Spektakl z oblężonego teatru

Teatr Dramatyczny z Białegostoku nie ma łatki teatru odważnego, eksperymentalnego czy postępowego. To raczej stateczna, kultywująca lokalny koloryt Podlasia scena. Jednak w ubiegłym roku spektakl "Biała siła, czarna pamięć" w reżyserii Piotra Ratajczaka według głośnego "Białegostoku. Biała siła, czarna pamięć" Marcina Kąckiego zatrzęsła tym mirem w posadach. Spektakl doczekał się protestów przed teatrem środowisk katolickich oraz radykalnej prawicy (ONR, Młodzież Wszechpolska), którym nie odpowiadała przedstawiona w spektaklu i reportaży Kąckiego wizja ksenofobii i rasizmu mieszkańców Białegostoku. Nowy dyrektor postanowił spektakl zdjąć z afisza, jednak pod presją opinii publicznej i sugestii marszałka, "kontrowersyjne" przedstawienie przywrócono do repertuaru.

O co tyle hałasu? O bardzo odważną krytykę radykalnego nacjonalizmu, który piętnują twórcy, rozpoczynając swoje przedstawienie od fikcyjnej próby zerwania "lewicowego" spektaklu. Zacietrzewienie, agresja, złość, przyzwolenie na przemoc wobec "obcych" w towarzystwie sloganów pełnych dobroci, miłości i krzewienia patriotyzmu - tak postrzegają środowiska prawicowe twórcy spektaklu, tworząc w spektaklu Piotra Ratajczaka najbardziej spójną teatralnie i dramaturgicznie wypowiedź całego R@Portu. Tutaj "prawdziwy" Polak, katolik, patriota, nacjonalista, rasista czy kibol to pojęcia bliskoznaczne. Bardzo odważnie uderzono w Białystok ukazany jako inkubator ruchów nacjonalistycznych. Trzeba jednak dodać, że to wizja jednostronna bez próby przyjrzenia się motywacjom drugiej strony. Przedstawienie, niestety, przeszło bez echa w werdykcie jurorów.

Laureaci, czyli teatr wychodzi na ulicę

Jurorzy w składzie pisarka Dorota Masłowska, profesor Zbigniew Majchrowski i reżyser Remigiusz Brzyk dość nieoczekiwanie wybrali jako Grand Prix (wartości 50 tys. zł dla teatru) najbardziej polityczny i lewicujący z konkursowych spektakli - "Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Jolanta Janiczak (autorka sztuki i dramaturg) i Wiktor Rubin (reżyser) przygotowali spektakl inspirowany losami Théroigne de Méricourt, feministycznej działaczki rewolucji francuskiej, walczącej o prawa kobiet-obywatelek, o równość, wolność, solidarność. W podzięce społeczność, o którą de Méricourt walczyła, ją zlinczowała. W bydgoskim przedstawieniu nie ma linczu. Spektakl aktywuje za to publiczność w inny sposób.

Co wyróżnia to przedstawienie na tle innych? Ten manifest, momentami przechodzący w lament albo koncert życzeń, nie pozostaje pustym sloganem ani teoretyzowaniem czy wręcz fantazjowaniem o zjednoczeniu aktorów i widzów we wspólnej sprawie. Twórcom spektaklu udaje się w nim to, o czym wielu tylko mówi - potrafią zarazić widzów swoją wizją, zjednoczyć ich we wspólnym celu i zachęcić do dobrowolnego wzięcia udziału w pikiecie przed teatrem, z wybranymi przez widzów transparentami. W finale przedstawienia chętni wychodzą więc na ulicę wraz z hasłami manifestującymi swobodę obywatelską, prawa kobiet, równouprawnienie i wolność wyboru w każdej dziedzinie życia. Nie ma przymusu - kamera zainstalowana na zewnątrz "relacjonuje" to, co się dzieje przed budynkiem tym, którzy na taki gest się nie decydują.

W Gdyni (podobnie jak w innych miastach, gdzie grany był spektakl) gmach teatralny z transparentami opuściła większość widzów, którzy potem wraz z aktorami zapraszani jest na scenę do końcowych braw. Sukces tego gestu jest bezdyskusyjny i bez względu na lepsze i gorsze momenty przegadanych momentami, ale bardzo dobrze zagranych przez zespół Teatru Polskiego "Żon stanu...", działa na wyobraźnię. Dramatyzm gdyńskiego pokazu podniósł fakt, że to kolejny obok "Triumfu woli" spektakl z teatru, w którym po wakacjach zmienia się dyrekcja, co skutkować może rozpadem zespołu artystycznego i zdjęciem przedstawienia z afisza, o czym informowali wzruszeni artyści w trakcie spektaklu.

Rozczarowania

Gdyby "Silesia, Silentia" w reż. Marka Fiedora z Wrocławskiego Teatru Współczesnego składała się z większej liczby takich scen jak ta "krawiecka" (gdy za pomocą jednego cięcia pada na podłogę ruchomego wagoniku - symbolu transportu do obozów koncentracyjnych - cała zainstalowana naprędce kolekcja płaszczy i kurtek, co w oczywisty sposób nawiązuje do Holokaustu) mógłby być to spektakl wybitny. Niestety, metafora rekwizytu - zmieniającego właścicieli płaszcza (Maciej Kowalczyk) - jako symbolu stałości w świecie sprzed, w trakcie i po drugiej wojnie światowej, jest przede wszystkim w teatrze już mocno zgrana. Fiedor nie proponuje niczego nowego, a na odbiór spektaklu wpływa rozproszenie wątków, poszarpanie akcji i dość anachroniczna forma, przez co spektakl przytłacza i męczy, gubiąc po drodze niemal wszystkie swoje sensy.

Znacznie więcej spodziewać się można było także po "Po 'Burzy' Szekspira" Agaty Dudy-Gracz, które autorka tekstu i reżyserka oraz scenografii przygotowała w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Razem z Prosperem (Zbigniew Ruciński) - zaniedbanym, samotnym starszym panem, siedzącym przed telewizorem ze szklanką herbaty, zaglądamy do świata znanego z Szekspirowskiej "Burzy", tyle że umieszczonej we współczesnym kontekście. To fantazja-wspomnienie starego człowieka z przeszłości, które pomyślane jako wytwór pamięci osamotnionego starca pozwala reżyserce daleko się zagalopować.

Tresurze przez ojca poddana zostaje rezolutna Miranda (Justyna Szafran), Ariel (najciekawsza postać spektaklu, grana przez Klaudię Waszak) przeżywa traumę, gdy dowiaduje się, że wszyscy go widzą, zaś Kaliban to właściwe Kalibany (Cezary Studniak i Emose Uhunmwangho) to parka prymitywnych, prostackich ludzi. Największą słabością tego świadomie zanurzonego w kiczu, ironicznego obrazu społecznych nizin jest zaskakująco płytki i banalny tekst Agaty Dudy-Gracz. Bohaterowie, poza Arielem, ciekawią tylko przez chwilę. A zamysł, by odwiedzić "Polskę B", gdzie tak często i ze znacznie lepszym skutkiem zagląda kino obyczajowe, nie daje zbyt dużych szans na sukces.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
1 czerwca 2017

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia