Teatr z życia i inne zjawiska cudowne

rozmowa z Joanną Szczepkowską

Joanna Szczepkowska zrobiła spektakl o swoim ADHD, Sama napisała, sama wyreżyserowała, sama gra - z dyskretnym udziałem córki Hanny Konarowskiej, Oto przykład, jak można wadę przekuć w zaletę. Chociaż czy "deficyt uwagi" jest w ogóle wadą? Aktorka uważa go za swoje bogactwo

Zanim usiądziemy do rozmowy (ogródek ulubionej herbaciarni na Saskiej Kępie), Joannę Szczepkowską ktoś zagaduje w drzwiach. Potem zaczepiają starszy pan, przypominając, że obiecała gdzieś tam przeczytać poezję. "Tak, tak, przeczytam". Tuż po naszym spotkaniu drogę zastępuje młody człowiek, w sprawie święta dzielnicy. "Tak, tak, przyjdę". Ktoś tam jeszcze o coś pyta, ktoś macha z daleka. Może i Szczepkowska ma ADHD, ale jeszcze większą nadpobudliwość - na jej widok - wykazuje otoczenie. Ona o swojej... nie, nie chorobie, raczej dysfunkcji, opowiada od kilku lat, zawsze z dumą. Uważa, że to zespół i wad, i zalet. Podkreśla, że ma tzw. spokojną odmianę. To nie jest nadpobudliwość psychoruchowa, to stany dekoncentracji, zawieszenia.

W wywiadzie dla TS trzy lata temu wyliczała konkrety: zapominanie, gubienie rzeczy, wieczne poszukiwania kluczy. Ale i twórcze euforie, wielkie emocje w miłości, uskrzydlona wyobraźnia. Teraz wszystko skondensowała w półtoragodzinnym spektaklu. Kiedy się jej słucha, tytuł: Wykład nieprzewidywalny i inne cudowne zjawiska wydaje się całkiem naturalny. A ludzie wychodzą z przedstawienia z poczuciem, że właśnie zobaczyli coś bardzo prawdziwego... o sobie.

Twój STYL: W dzisiejszym świecie przerostu mody nad treścią powinnam najpierw zapytać: czy sukienkę, którą w przedstawieniu nosi Pani córka Hania, uszył Zień czy Baczyńska?

Joanna Szczepkowska: Uszyła krawcowa, która tu - zaraz obok - na co dzień robi poprawki. Zgodnie z moim scenariuszem to suknia ślubna, więc najpierw szukałam jej w tradycyjnym salonie. Hania spodziewa się dziecka, dlatego tłumaczyłam sprzedawczyni: wie pani, potrzebna jest suknia ślubna, ale dla osoby w zaawansowanej ciąży. A ona na to: u nas tylko takie kupują!

TS: Bezy z salonu okazały się mało teatralne?

JS: Okazały się za drogie.

TS: Po co Pani ten spektakl o ADHD? To forma terapii?

JS: Mimo że ADHD jest w tytule spektaklu, ja wolę mówić o "deficycie uwagi". I nie mam wątpliwości, że to jest zjawisko nie tylko ciekawe, ale też malownicze. Odkąd mi to zdiagnozowano, myślałam o powieści autobiograficznej pisanej pod tym kątem. Miała być książka, ale czasem potrzebuję teatru, więc postanowiłam zrobić monodram... Jak ja będę za długo mówić, to pani niech mi przerwie.

TS: Nie śmiem. Ale zauważę, że z monodramu zrobił się spektakl dwuosobowy.

JS: Tak, na początku to miał być rodzaj mojego wykładu. Uwielbiam chodzić na wykłady z różnych dziedzin. A ludzie nauki mnie fascynują.

TS: Słowo "wykład" często występuje w towarzystwie słowa "nudny"...

JS: Mój na początku właśnie taki jest, do bólu nudno-naukowy. Widzowie się nabierają, bo gramy w Instytucie Teatralnym, jakkolwiek by było - ośrodku badawczym. Tu wykłady są czymś normalnym. Jednak cały dowcip polega na tym, że startujemy na poważnie, a potem sytuacja wymyka się spod kontroli... Przez deficyt uwagi zaczynam gubić rzeczy, słowa... Na scenie pojawia się Panna Młoda, czyli moja córka. Gra sąsiadkę, która przynosi wiosło i worek ze śmieciami. Są moje, ale ona znalazła je w swoim ogrodzie.

TS: Wiosło?!

JS: Miało być wykorzystane w podróży, którą - jako adehadowiec - planowałam z całym rozmachem, ale oczywiście w końcu nigdzie nie pojechałam. A w worku są moje zapiski, niezrealizowane plany oraz portfel z pieniędzmi na podróż, który znalazł się w śmieciach. Ważnym rekwizytem jest też moja torebka - symbol chaosu, jaki wynika z deficytu uwagi. A Hania, moja córka, jest świadkiem i cichym komentatorem tego, co się dzieje na scenie.

TS: Pisała Pani ten tekst z myślą o córce?


JS: Nigdy bym się nie spodziewała, że zaangażuję ją do własnego spektaklu. Jednak temat jest na tyle intymny i prawdziwie nas obu dotyczący, że występ Hani wydaje się naturalny. Ona nie ma ADHD, ale dobrze wie, co to jest - przecież przeżyła ze mną tyle lat. Zaczęłyśmy po prostu o spektaklu rozmawiać i postać skonstruowała się sama. A przy okazji miałyśmy niespodziewaną przygodę artystyczną.

TS: Dobrze się pracuje z rodziną?


JS: Zaskakująco dobrze. Poza tym obecność Hani była w pewnych kwestiach zbawienna. Ja już wiem ze swoich dwóch poprzednich realizacji - "Gołej Baby" i "Pana Tadeusza" z młodymi ludźmi w teatrze Syrena - że mam za wiele pomysłów. Że trzeba mnie dyscyplinować. Wymyślam sto tysięcy rekwizytów, a potem w ogóle ich nie używam. Hania zna mnie na wylot. Mówi: mamo, ale spokojnie, czy na pewno będziesz tego chciała?

TS: Słucha jej Pani?

JS: Zawsze. Nie znaczy, że zawsze posłucham. Ale słucham uważnie.

TS: Ten deficyt pomaga czy przeszkadza?


JS: W sprawach organizacyjnych - przeszkadza. Tu jestem wielkim antytalenciem. Ale w sprawach artystycznych wprost przeciwnie. Ważną rolę w spektaklu odgrywają listy, które w ciągu ostatnich lat dostałam od ludzi z tym problemem. W filmie puszczanym we foyer czytają je aktorzy. I one są często tak spójne w treści, jakby pisał je jeden człowiek. I naprawdę wstrząsające. Istotna postać z mojej sztuki, Jan Koczek, popełnia samobójstwo. To też jest wzięte z życia. Bo wydaje się, że adehadowcy to uroczy, zapominalscy bałaganiarze, którym jest z tym dobrze. Tymczasem dla nich świat staje się co chwila chaotyczny. I oni naprawdę się z tym chaosem potwornie zmagają! Wie pani, że nikt nie robi tyle porządków w domu, co osoby z deficytem uwagi? To tylko tak się wydaje: ktoś szuka okularów - niby nic. Ale jeśli szuka ich siedemnasty raz w ciągu dnia, to staje się dojmujące. Powiedziałabym - kosmicznie bolesne. Właśnie dlatego tłem muzycznym są u mnie odgłosy gwiazd. Pojawiają się w chwilach, kiedy dzieje się ze mną coś niepokojącego. Kiedyś byłam na wystawie, chyba w Zachęcie. I tam pewnej rzeźbie towarzyszyły odgłosy gwiazd. Tarcia, szumy, przesunięcia. Ja to bardzo zapamiętałam i poprosiłam realizatora dźwięku, żeby coś podobnego odtworzył.

TS: Boję się zadać to pytanie, ale wyczytałam w jednym z dzienników recenzję, że tego spektaklu by nie było, gdyby nie afera z pupą (na premierze "Persona. Ciało Simone" w Teatrze Dramatycznym w Warszawie - red.). Co Pani na taką tezę?

JS: Czytałam, jednak nie robię z tego dramatu. Dziennikarz może mieć swoją wizję. Ale mój spektakl nie ma nic wspólnego z Krystianem Lupą. Gdybym nigdy w życiu go nie spotkała, i tak by doszło do identycznego przedstawienia o ADHD. Myślę, że taka teza to tylko przyciągacz uwagi czytelnika. Łatwe skojarzenie: Lupa robi przedstawienia o sobie i ja też. Ale spektakl nie jest o mnie. Jest o Deficycie Uwagi.

TS: Ale ile osób to może tak naprawdę interesować?

JS: Wszystkich, którzy są ciekawi ludzi. A zresztą wszyscy troszkę tego mają. Mając świadomość dysfunkcji, można uniknąć wielu błędów. Powiedzieć sobie: uważaj, idziesz teraz za impulsem, a impuls jest szybszy niż refleksja. Czy nie wciągasz kogoś w opresję? Ludzie z deficytem uwagi łatwo pociągają innych za sobą, za swoimi projektami, które potem porzucają. Już po tych kilku pierwszych spektaklach pojawiło się wiele osób, które mówią: przecież to jest o mnie!

TS: A nie ma ryzyka, że po takim "wykładzie nieprzewidywalnym" sto procent publiki stwierdzi u siebie ADHD?

JS: Na próbach bardzo ciekawie reagowali dwaj współtwórcy spektaklu: realizator światła i dźwięku. Jeden z nich powtarzał: mam dokładnie tak samo! A drugi wołał: to jest denerwujące, ludzie, weźcie się w kupę! I wiele osób tak nas postrzega. A ja przez ten spektakl chcę wytłumaczyć, że adehadowcy to ludzie kierujący się w swoim życiu inną logiką. Uczenie się na błędach nie ma z tym nic wspólnego. Z drugiej strony - spektakl kończy obraz bałaganu na stole, który przypomina jakiś kosmos - osobny, piękny, własny. Tak jest. Gdyby ktoś mnie chciał kompletnie wyleczyć z ADHD, tobym się nie dała. To moja natura. Straciłabym swój świat. A w zamian... Mogłabym co najwyżej wypełnić poprawnie druk w urzędzie.

TS: Pamiętam, że kiedy trzy lata temu pierwszy raz mówiła Pani w "Twoim STYLU" o ADHD, była Pani z niego dumna.


JS: I nadal jestem! Ale wtedy miałam czas zdobywania wiedzy o tej dysfunkcji, a dziś już wiem, jak jej używać, jak unikać pułapek. Na przykład teraz: jestem w trakcie pisania książki i wiem, że nie mogę wpadać w pracoholizm, bo to spowoduje za dużą ilość pomysłów, za dużo wątków. Moja poprzednia książka, "Kocham Paula McCartneya", miała kilka początków. Nie mogłam się zdecydować, każdy wydawał się idealny. Dziś pracuję codziennie, ale krótkimi odcinkami, najwyżej po cztery godziny, żeby nic narobić sobie bałaganu. Za to codziennie jestem w parku Skaryszewskim. Bez takiej spokojnej części dnia, chodzenia, przyglądania się ludziom i drzewom, nie umiem żyć. Znam już dobrze swoją naturę. I wiem doskonale: pewien rodzaj lenistwa czy braku napięcia jest mi konieczny do życia jak innym potrzebna jest praca. Po prostu deficyt uwagi potrzebuje czasu na refleksję.

Joanna Nojszewska
Twój Styl 7/11
13 lipca 2011

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia