Teatralna antyutopia

"Lód" z Teatru Narodowego z Budapesztu i "Warum Warum" z Schauspielhaus w Zurychu

Najlepsze pokazywane w Toruniu przedstawienia powstały na przekór literaturze, na której zostały oparte. Dowodem choćby "Lód" z Teatru Narodowego w Budapeszcie według powieści Wladimira Sorokina. Rosyjski pisarz jest gwiazdą Kontaktu. Przechadza się po Toruniu w lnianym garniturze, jakby był jednym z bohaterów Czechowa. Nonszalancki i zrelaksowany smakuje respekt, jakim jest w Polsce obdarzony. Wie dobrze, że jego nazwisko wymienia się obok Pielewinajed-nym tchem w gronie reformatorów rosyjskiej prozy.

Mimo to nigdy nie byłem wielkim fenem twórczości autora "Dnia oprycznika". Zdawało mi się, że obliczona jest na efekt, a jej pozorna bezkompromisowość obraca się we własne przeciwieństwo - służy zdobyciu przychylności czytelnika. Dwa pokazywane na Kontakcie, oparte na dziełach Sorokina spektakle przypuszczenia zmieniły w pewność. Chociaż węgierski "Lód" uważam za przedstawienie wybitne, dotąd w Toruniu najważniejsze.

Rama opowieści została taka sama jak w literackim oryginale. Tajemnicza sekta poluje na ludzi o jasnych włosach i niebieskich oczach. Ofiary walą w piersi lodowym młotem, aby "usłyszeć głos serca". Ci, którym uda się przeżyć, dołączają do grona wybrańców. Ma być ich 23 tysiące. 23 tysiące promieni światła, zdolnych zmienić wszechświat.

Streszczenie wygląda niedorzecznie. Trzeba reżyserskiej wizji popartej niecodziennym aktorstwem, aby wykroczyć poza zapisany w książce banał. W przeciwnym razie sceną zawładnąłby kakofoniczny chaos. Wyreżyserowany przez Kornela Mundruczo "Lód" to próba teatru totalnego, przesuwającego granice radykalizmu scenicznej wypowiedzi. Spektakl narodowej sceny Budapesztu mierzy się z wizją świata Sorokina, wzbogacając ją o własne wnioski, i materią samego teatru. Stawia pytanie o aktorskie ramy. Jak daleko można posunąć się, gdy chodzi o ostrość języka postaci, gdzie kończy się rola, a zaczyna całkiem prywatny wstyd? "Lód" stanowi kontynuację i polemikę z tradycyjnym widzeniem teatru kontrkultury. Choć w przedstawieniu sięga się do radykalnych środków, nie ma miejsca na wyjście poza scenę. Brawurowy spektakl Mundruczo staje się wyznaniem wiary w możliwości repertuarowego teatru. Warunek jest jeden - odwaga, która nie oznacza zamiłowania do pustych skandali.

Miody reżyser, pracujący przede wszystkim w filmie, dostrzegł w powieści szansę na zbudowanie autonomicznego świata. Choć fabuła trzyma się książki, sceniczny "Lód" staje się czymś, czego Sorokin nie przewidział. Obrazem cywilizacji po apokalipsie, kiedy jedyną możliwością międzyludzkiego kontaktu staje się przemoc. W widowisku zaś przybiera ona najróżniejsze formy - od brutalnego zadawania bólu aż do relacji erotycznych. Równorzędnym tematem spektaklu staje się seks jako bezpardonowa walka o władzę. Seks pokazywany momentami z szokującą otwartością jest działaniem represyjnym. Wiąże się z bólem, poniżeniem, zezwierzęceniem. Ta wizja zaskakująco bliska jest opisom z książek Michela Houellebecqa.

"Lód" to antyutopia, której elementy możemy obserwować już dziś. Mniej przekonuje chęć zarysowania linii od narodzin nazizmu do współczesności, próba wpisania w tę historię mechanizmów narodzin wszelkich totalitaryzmów. Znakomity zespół siłą aktorskiej narracji uwiarygodnia genezę sekty, ale w tym momencie zaczyna razić czysto literacki koncept Sorokina. Mimo to wrażenie jest piorunujące. Artyści z Budapesztu na nowo definiują swą obecność w przedstawieniu, mówiąc, ze nawet w repertuarowym teatrze nie ma już żadnych tabu. Tego głosu nie da się zignorować.

Niczego do obrazu teatru Petera Brooka nie wnosi za to wyreżyserowany przez niego w Schauspielhaus w Zurychu monodram "Warum Warum" ("Dlaczego, dlaczego"). Może sędziwy mag reżyserii chciał sprawić prezent Miriam Goldschmidt i dać jej rolę na benefis, z którą bez trudu mogłaby zjeździć świat. To prawda, aktorka jest wybitna. Z wielkim afro na głowie wygląda jak Eartha Kitt, chętnie zobaczyłbym ją na przykład jako Winnie w "Szczęśliwych dniach" Becketta. "Warum Warum" natomiast razi oczywistością wniosków oraz inscenizacyjnym banałem. Goldschmidt zwraca się ku deklamacji i wychodzi z tego światopoglądowa pogadanka. W materiałach na temat spektaklu nazwano go "medytacją". Tymczasem wynika z niej tylko tyle, że siódmego dnia Bóg stworzył teatr i całkiem dobrze zrobił. - Jak łatwo nabrać świat na Petera Brooka - stwierdziła po zakończeniu wybitna historyk teatru. Miała rację.
(mi)

Jacek Wakar
Dziennik
29 maja 2009

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia