Teatralna matrioszka

"Być albo nie być" - reż. Milan Peschel - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Najnowsza premiera Starego Teatru "Być albo nie być" to spektakl na podstawie filmu Ernsta Lubitscha z 1942 roku. Ta komedia wojenna to niezwykle dowcipny komentarz do ówczesnej sytuacji międzynarodowej, z wartką akcją i imponującą grą aktorską. Jaki użytek z tej opowieści zrobił Peschel? Nie opuścił żadnego wątku, dorzucił metakomentarze, dwukrotnie wydłużył czas przedstawianej w filmie historii. Ale od początku

Jest rok 1939, Warszawa. Grupa aktorów zamierza wystawić sztukę pt. Gestapo, do czego nie dochodzi z powodu interwencji cenzury. Główny aktor, Józef Tura (Adam Nawojczyk) jest załamany widmem końca kariery, jego żona Maria Tura, również aktorka, (Anna Radwan-Gancarczyk), wiecznie z nim rywalizująca o względy publiczności, nawiązuje romans z pilotem bombowca (Juliusz Chrząstowski). W wyniku różnych splotów okoliczności, zespół teatru angażuje się w działania ruchu oporu, planuje zamach na współpracownika gestapo. Już po paru minutach można zauważyć najważniejsze przesunięcie względem filmu, przede wszystkim natury czysto technicznej – tym razem krakowscy aktorzy teatralni odtwarzają role również aktorów teatralnych. Sytuacja ta zostaje przez reżysera bardzo mocno podkreślona i to właśnie budowanie fikcji, przenikanie się światów realnego i przedstawianego wysuwa się na pierwszy plan.

Początek spektaklu stanowi scena z przedstawienia Gestapo, dopiero po paru minutach, kiedy (fikcyjni) aktorzy zaczynają komentować swoje zachowanie, staje się jasne, że w „Być albo nie być” obecne są dwa poziomy kreowania roli. Konsekwentnie przeprowadzany pomysł zaznaczania umowności sytuacji jest widoczny również w scenografii – tworzą ją albo dwa rzędy kurtyny (pojawiają się podczas akcji w warszawskim teatrze), albo niezbyt trwałe ścianki, stawiane naprzeciwko siebie stają się konkretnym pomieszczeniem. Scenografia i rekwizyty są umieszczane na scenie na naszych oczach, nie stosuje się tu nawet wyciemnień, w pewnych momentach na scenę wchodzi po prostu grupa pracowników technicznych i wykonuje swoją pracę. W ten sposób oni również stają się znakami budującymi sytuację teatralną.

Oprócz fabularnego wątku gry aktorskiej, zaakcentowano tworzenie przedstawienia tu i teraz, czyli na scenie krakowskiej. Aktorzy grają po parę ról, a w przypadku Katarzyny Krzanowskiej, która gra reżysera, Dowasza, mamy do czynienia z obsadzeniem wbrew płci. Ten zabieg zwraca uwagę na realne ciało aktorki, jego niezgodność z rolą. Peschel rozbudowuje rolę Brońskiego (Andrzej Kozak), budując wątek tragiczny. Aktor wspomina zmarłych kolegów ze Starego Teatru, nie chce wspominać wydarzeń wojennych. Po raz kolejny wykorzystane jest tu przenikanie się rzeczywistości i fikcji.

Aktorzy najczęściej grają na proscenium, mówią wprost do publiczności. Komediowy styl gry obecny w filmie, na scenie zostaje wyolbrzymiony do granic możliwości, aktorzy grają grubo, nieraz wręcz karykaturalnie, używają mocnych teatralnych gestów. To dało możliwość pełnego popisu Nawojczyka, który idealnie radzi sobie z farsową rolą przekonanego o swojej wyjątkowości aktora i zdecydowanie się wyróżnia. Niestety, taki sposób gry uskuteczniany przez całość spektaklu zatarł granicę między fikcyjnymi aktorami prywatnie, a nimi w sytuacji gry. Chwilami zwyczajnie trudno się zorientować, kiedy przygotowują się oni do intrygi, a kiedy właśnie ją przeprowadzają, co nieco utrudnia śledzenie fabuły.

Reżyser wykorzystuje odwołania do innych filmów – Nawojczyk odgrywa etiudę jako Charlie Chaplin w roli fryzjera z Dyktatora, pojawia się fragment z Bękartów wojny Tarantino, oraz ścieżka dźwiękowa z jego Kill Billa. Wszystkie w jakiś sposób kojarzą się z sytuacją zagrożenia, wojny. Jednocześnie podkreślają specyficzny charakter teatru jako miejsca cytatów. Reżyser nie odmówił sobie również zastosowania powtórzeń w paru scenach, które, niezbyt trafnie użyte, zaczynają nużyć, a ich nazbyt częste wykorzystywanie prowadzi do niepotrzebnego wydłużenia spektaklu. Zwarta akcja z filmu Lubitscha zaczyna się tu gubić w morzu metateatralnych komentarzy, o których nie można jednak powiedzieć, żeby nadawały spektaklowi odkrywczy charakter. Niekwestionowaną zaletą przedstawienia jest zespół aktorski, który ma możliwość ukazać swój warsztat komediowy, jednak mimo całej sympatii i szacunku dla ich zdolności, nie jest to wystarczający argument przemawiający za spektaklem. Nie można też uciec od pewnego porównania z wersją filmową – jednym z najważniejszych wątków tam jest ośmieszenie gestapo, spojrzenie na przerażającą sytuację wojenną z innej perspektywy. Spektakl od tego tematu się poniekąd odsuwa, ale proponowane w zamian metakomentarze, zwrot ku sytuacji teatru w teatrze to za mało do zbudowania przekonywującego przedstawienia. „Być albo nie być” to taka trochę rosyjska laleczka, z kolejną w środku – Peschel konstruuje teatr w teatrze, ale ten zabieg pozostaje nieco pusty.

Julia Rup
Teatrakcje
2 maja 2011

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia