Teatralni położnicy

"Darkroom" - reż Przemyslaw Wojcieszek - Och-Teatr w Warszawie

Hipolit Taine doskonałym estetykiem był. A o jego doskonałości świadczy fakt, że jego poglądy na sztukę przetrwały macierzystą epokę, przetrwały Hitlera i Związek Radziecki, islamskich terrorystów i kilkanaście kryzysów gospodarczych. Taine, bożyszcze intelektualistów dziewiętnastego stulecia, autorytarnie stwierdził, że to ogół tworzy artystę

Autor, obojętnie, czy myślimy o nim w kontekście literatury, teatru, muzyki czy plastyki, winien w swojej działalności stosować szlachetne, majeutyczne metody z górnej półki. Przypadła mu rola Wielkiego Położnika, który angażuje wszystkie swoje moce intelektualne i twórcze, by wydobyć na światło dzienne niespokojne myśli tętniące w społeczeństwie. On pomaga tym myślom urodzić się. Dlatego jego zadanie polega na podsuwaniu ludzkości zwierciadła i oświecaniu jej. Jeśli sprzeniewierzy się temu zadaniu, niechybnie wyląduje na śmietniku kultury (choć w dobie wojującego postmodernizmu może mieć nadzieję, że jakiś domorosły artysta go stamtąd wygrzebie).

Przemysław Wojcieszek doskonale rozumie powinności Wielkiego Położnika. Spektaklowi „Darkroom” w jego reżyserii przyświeca zamysł obnażenia na scenie mentalności Polaków anno Domini 2010, typowych bolączek i kłopotów, z jakimi zmaga się nijaki, nikomu niepotrzebny zjadacz chleba. Dlatego kanwę przedstawienia stanowi historia młodego małżeństwa Leny i Roberta, ich przyjaciela-geja Łukasza oraz sfiksowanego dziadka Stanisława. Rusztowanie sztuki przedstawia się niezwykle atrakcyjnie: tematyka homoseksualna ostatnimi czasy święci triumfy na literackich i teatralnych salonach, podobnie ukazywanie problemów alkoholowych (aczkolwiek ta gleba staje się coraz bardziej jałowa po przejściu kolejnych zapijaczonych generacji, poczynając od bohemy młodopolskiej). Jeszcze wdzięczniejszym chwytem jest karykaturowanie rodziny Radia Maryja – czy jakikolwiek postępowy widz, postrzegający siebie w kategoriach jednostki myślącej i rozsądnej, nie parsknie śmiechem na widok dziadka Stanisława agitującego pod gejowskim klubem, który zwalcza za pomocą świętych obrazków szatana homoseksualizmu i demona rozpusty?

Okazji do śmiechu podczas oglądania „Darkroomu” nie zabraknie. Przyczynkiem do niekontrolowanych wybuchów wesołości staje się irracjonalna, niemożliwa przyjaźń wrażliwego młodzieńca o skrzywionej orientacji seksualnej oraz nadgorliwego propagatora idei Ojca Dyrektora. Pozornie tych mężczyzn, należących do różnych epok i różnych światów, kompletnie nic nie łączy. Tymczasem Łukasz oraz Stanisław odnajdują porozumienie na płaszczyźnie samotności, samotności starszej niż świat, trwalszej od spiżu. Mimo że obaj przywdziewają maski zadowolonych z siebie nonkonformistów, równie mocno tęsknią do świata miłością stojącego, takiego, którym rządzi wyższy, doskonalszy porządek pozytywnych emocji. Cały czas szukają jakiegoś kosmicznego sensu, żeby wbrew tytułowi życie nie było jak darkroom, gdzie każdy każdego może wydymać bez skrępowania. Nie, oni mogliby zaśpiewać podczas ukochanego karaoke w gejowskim klubie: wszyscy chcą kochać, choć nie przyznają się. I co z tego, że jeden śniłby wówczas o Halince, wiernej owieczce Radia Maryja, a drugi widziałby przed oczami przystojnego architekta? Ich tęsknoty wypływają z jednego źródła.

Dla duetu Łapiński-Mohr warto oglądać ten spektakl. Aktorzy stanęli na wysokości zadania, tworząc barwne, zaskakujące, a jednocześnie szalenie przekonujące kreacje. Każda wypowiedziana przez nich kwestia jest potrzebna, każdy gest ma znaczenie. Pozostali bohaterowie stanowią dla nich jedynie tło. Lena i Robert są postaciami co najmniej bezbarwnymi, ale osobiście skłaniam się ku przekonaniu, że tak właśnie mieli wypaść – jako przedstawiciele smutnej, przegranej generacji uwikłanej przede wszystkim w walkę o byt. Robert bezskutecznie szuka pracy oraz zmaga się z nałogiem. Lena próbuje zarobić na dom, a także wspierać męża w trudnych chwilach. Pojawiają się i znikają jak duchy, identycznie bezcieleśni i niezauważalni dla otoczenia.

Sztuka została pomyślana jako skandalizująca wiwisekcja współczesnego społeczeństwa. Zachwyca ostrość analizy, flirtująca z pewnym brutalizmem drgającym pod bezkompromisowym ujęciem tematu. Reżyser żongluje utrwalonymi stereotypami bez zahamowań. „Darkroom” mógłby aspirować do miana dzieła wysokich lotów, gdyby Wojcieszek ostatecznie nie wystraszył się swoich wywrotowych diagnoz, a w konsekwencji nie poczuł się w obowiązku zapobiec krzewieniu się niepokoju oraz chaosu w duszach widzów. Dlatego spektakl kończy się happy endem, którego nie powstydziłby się żaden amerykański reżyser kojących filmów dla mas – Robert znajduje pracę po kilkuset rozmowach kwalifikacyjnych, Łukasz schodzi się z umiłowanym architektem po pełnej namiętności scenie, a dziadka Stanisława przygarnia babcia Halinka. Zakończenie wydaje się wymuszone i jakby przyklejone siłą do głównej fabuły, co automatycznie obniża wartość przedstawienia (jednak go nie przekreśla!).

Opuszczając podcienie Górnośląskiego Centrum Kultury, usłyszałam opinie raczej zbulwersowanych ludzi. Mnie osobiście „Darkroom” ani nie wzburzył, ani tym bardziej nie podważył utrwalonej wizji świata. Jednak zobaczyłam go z niekłamaną przyjemnością. Bo to sztuka o nas, o świecie tak bliskim i dalekim, znanym i obcym. Naszym.

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
27 lipca 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...