Teatralny rok 2012

czekając na... dyrektorów

To nie był dobry rok dla poznańskiego teatru. Muzyczny czekał pół roku na szefa, Nowy dopiero zaczyna pokazywać nową twarz, dlatego najważniejsza premiera to maltański "Slow Man" - pisze Stefan Drajewski w Polsce Głosie Wielkopolskim.

Wydarzeniem teatralnym roku w Poznaniu były na pewno konkursy na dyrektorów teatrów, które przyćmiły sztukę i absorbowały nie tylko ludzi związanych z teatrem. Poznań jest jedynym miastem w Polsce, w którym na taką skalę dokonała się zmiana warty. Nowych szefów z konkursu mają: Teatr Polski (wygrał dotychczasowy dyrektor - Paweł Szkotak), Teatr Muzyczny (Przemysław Kieliszewski) i Teatr Wielki (Renata Borowska-Juszczyńska).

Spóźnieni szefowie

Wszyscy zarządzający kulturą w Polsce wiedzieli od dawna, że do końca 2012 roku trzeba podjąć decyzję, czy zgodnie ze znowelizowaną ustawą przedłużyć umowę o trzy lub pięć lat dyrektorom teatrów zatrudnionym na stałą umowę o pracę, czy ogłosić konkurs. Konkurs należało obligatoryjnie przeprowadzić w teatrach, w których dyrektorom wygasały kontrakty (Teatr Polski, Teatr Wielki).

Szkoda tylko, że zarówno prezydent, jak i marszałek województwa z konkursami czekali niemal do ostatniej chwili. W Teatrze Polskim rozstrzygnięto go w lipcu (Szkotakowi kadencja kończyła się 31 sierpnia). O tym, kto będzie rządził pod Pegazem, dowiedzieliśmy się oficjalnie już po odejściu Michała Znanieckiego. Jeszcze gorzej było w przypadku Teatru Muzycznego, ponieważ konkurs został powtórzony, a nazwisko szefa poznaliśmy pod koniec listopada. Swoje urzędowanie objął on 2 stycznia 2013. Efekt? Teatr Muzyczny przez pół roku nie przygotował żadnej premiery.

W Teatrze Wielkim Renata Borowska-Juszczyńska wespół z Gabrielem Chmurą (dyrektor artystyczny) sklecili plan na sezon wedle receptury "dla każdego coś miłego". Na początek wystawili "Cyganerię" Pucciniego, spektakl tak naprawdę wypożyczony z Tallina (sprzęt potrzebny do jego realizacji trzeba było po pięciu przedstawieniach odesłać do Estonii). Nasi byli tylko: orkiestra, chór i częściowo soliści.

Teatr Polski zrealizował natomiast w drugiej połowie roku dwie premiery będące plonem konkursu dramaturgicznego, który sam organizuje. Szkotak nie zaplanował drugiej połowu 2012 roku, bo nie wiedział, czy będzie nadal szefem, co wydaje się słuszne, ponieważ trudno następcy szyć buty.

Nie da się z marszu przygotować sezonu artystycznego w teatrze. Potwierdziła to działalność Piotra Kruszczyńskiego, który objął dyrekcję Teatru Nowego 1 września 2011 r. Pierwsze pół roku można spisać na straty. Dopiero w tym roku zaczyna się wyłaniać zarys artystyczny jego dyrekcji. A określają go premiery "Dwunastu gniewnych ludzi", "Dom lalki", "Firmy", "Imperium" i zapowiedzi następnych.

Przedstawienia roku

Wydarzeniem, które przyćmiło wszystkie premiery teatralne roku 2012 w Poznaniu, była światowa prapremiera opery "Slow Man", którą na zamówienie Festiwalu Malta skomponował Nicholas Lens. Wydawało się prawie niemożliwe, aby zaadaptować powieść Johna Maxwella Coetzee'go na scenę operową.

A jednak. Oglądając dzieło Lensa i Coetzee'go widać było, jak bardzo obaj panowie weszli w głąb. Ich bohaterowie mieli nie tylko swoją fabularną biografię, ale również muzyczną. Muzyka Lensa jest bardzo emocjonalna, ale też i znacząca. Nie upiększa, nie dekoruje, buduje natomiast postać i otaczającą rzeczywistość. Operowy "Slow Man" przypominał esej o miłości i formach jej spełnienia. W czasach kultu młodości i piękna Coetzee i Lens zajmują się starością i kalectwem. Próbują zwrócić nam uwagę, że wszystkie te historie rozgrywają się w umysłach bohaterów, niczym w głowie Prospera.

Każdy, niezależnie od wieku czy kalectwa, chce i potrafi kochać, ale miłość taka inaczej się objawia. Czasami idzie zwyczajnie o seks, a czasem o potrzymanie za rękę, o pewność, że ktoś zamknie oczy, kiedy nadejdzie pora. W finale Costello śpiewa, że troska to nie miłość. Ale w jej głosie to stwierdzenie nie jest wcale oczywiste. Tak jak wszystko zresztą w tej operze, jak w dobrym eseju.

Nie bez znaczenia dla tego "operowego eseju" był wybór reżysera. Maja Kleczewska nie tylko wniknęła w libretto, ale przede wszystkim w muzykę, która obezwładnia. Z laboratoryjną precyzją, nie rezygnując z żadnych emocji, przeprowadziła swoich bohaterów przez meandry tej historii, rozgrywając ją na różnych piętrach, tłumacząc i jednocześnie komplikując relacje między nimi. Szkoda, że koproducent tego dzieła - Teatr Wielki - nie zatrzymał go w repertuarze. Nawet, gdyby miało być powtarzane raz na kwartał.

Maja Kleczewska ustawiła wysoko poprzeczkę. Drugą premierą, obok której nie można przejść obojętnie, jest "Firma" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego w Teatrze Nowym. To jeden z ważniejszych głosów w dyskursie politycznym, którego nie można zignorować.

Strzępka i Demirski nie gadają po próżnicy. Ich ostry reportaż na scenie zamienia się w słodko--gorzki surrealizm: tragiczny, że aż śmieszny. Strzępka i Demirski zaprosili publiczność do mądrej rozmowy. Kolej jest tylko pretekstem do spojrzenia na Polskę jako firmę zawłaszczoną przez "rodzinę", którą może być partia polityczna albo republika kolesiów.

Siłą teatralnej "Firmy" są aktorzy, którzy odnaleźli się w specyficznym języku Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki. Zbudowali postacie głębokie i krwiste, z własną biografią, świadomością ról, jakie odgrywają w życiu politycznym, w biznesie czy w rodzinie. Kiedy klną, są tak samo wiarygodni, jak wtedy, kiedy kłamią czy płaczą. Największe brawa należą się Antoninie Choroszy, Małgorzacie Łodej-Stachowiak, Marcie Szumieł, Radosławowi Elisowi, Aleksandrowi Machalicy i Grzegorzowi Gołaszewskiemu. Osobne uznanie należy się Sławie Kwaśniewskiej, która zjawia się w tym ostrym politycznie spektaklu jak ktoś z innego świata.

Nieco inną rodziną zajął się Paweł Szkotak. Jego inscenizacja "Hamleta" przypomina dramat rodzinny w konwencji kryminału politycznego. Członkowie szekspirowskiej rodziny noszą eleganckie garnitury, modne kurtki i szale, jak dzisiejsze elity, jedenastozgłoskowiec w ich ustach brzmi jak proza.

Szkotak na przykładzie tej rodziny pokazał, że pokrętne związki seksualne drenują relacje rodzinne, degradują to, co piękne i wzniosłe oraz to, że w świecie wielkiej polityki i wielkich pieniędzy nikt się tym za bardzo nie przejmuje, bo rodzina to swego rodzaju korporacja, układ polityczno-finansowy a nie związek oparty na emocjach, genach czy utrwalonym tradycją porządku.

Mocną stroną "Hamleta" w Teatrze Polskim są aktorzy, począwszy do Michała Kalety, który konsekwentnie buduje postać tytułową, na strażnikach kończąc. Niezwykle ciekawie postać Ofelii zagrała Barbara Prokopowicz. To nie jest nimfa ani nawet nimfetka. Gry rodzinne nie mieszczą się w jej osobistym porządku wartości i dlatego wybiera śmierć. Świetny jest Piotr Kaźmierczak, niejednoznaczny, intrygujący, godny konkurent Hamleta.

Nadzieja roku: Scena Robocza

Pierwotnie miał powstać ośrodek rezydencji teatralnych z budynkiem, infrastrukturą przy ul. Roboczej w Poznaniu. Nie udało się. Zabrakło pieniędzy. Ale Adam Ziajski nie spoczął i 17 września 2012 roku w baraku przy ulicy Grunwaldzkiej 55 otworzył Scenę Roboczą, miejsce, w którym mogą tworzyć artyści niezależni.

Z jednej strony można tu prezentować spektakle teatrów, które nie mają swojej siedziby, ale jest też to miejsce, w którym teatry mogą pracować nad nowym spektaklem. W październiku odbyła się pierwsza premiera Sceny Roboczej przygotowana przez trio Elsner-Kapral-Pawełska: "Tragedia w lumpeksie. Czyli opowieść o przeciętnym Polaku (i Polce)". To był dobry początek dla nowej przestrzeni teatralnej.

Bilans

W Poznaniu w 2012 roku odbyło się kilkadziesiąt premier w teatrach instytucjonalnych oraz na scenach offowych i prywatnych. Wiele z nich to rzetelne przedstawienia, ale w moich obrachunkach najlepiej wypadły "Slow Man", "Firma" i "Hamlet".

Stefan Drajewski
Polska Głos Wielkopolski
8 stycznia 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia