Teatru nie robi się w pojedynkę

rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Wacław Krupiński: Był Pan w swej karierze Klaudiuszem, Shylockiem, Ryszardem III, Ryszardem V, Koriolanem, ale tak intensywnie, bo samotnie, spotka się Pan na scenie z Szekspirem pierwszy raz... 

Andrzej Seweryn: W czasie kręcenia filmu "Dyrygent" John Gielgud miał taki wieczór, bodaj w Ateneum, podczas którego prezentował kilka tekstów Szekspira i bardzo mnie tym przejął. Kilka lat później zobaczyłem w monodramie szekspirowskim Iana McKellena. Znów podobne wrażenie. I tak ten prezentowany samotnie Szekspir zaczął za mną chodzić; nawet proponowałem go dwukrotnie dyr. Ateneum Januszowi Warmińskiemu, ale nie doszło do realizacji. 

A dlaczego Szekspir? Poza jego głębią filozofa, znawcy człowieka, znawcy duszy ludzkiej widzę również w jego twórczości niezwykłego znawcę teatru i sztuki aktorskiej. I pewnie to jest jedno z poważniejszych uzasadnień naszej pracy, która chcemy, by była refleksją również o teatrze i aktorstwie. W moim wieku warto mierzyć się z najwyższym. 

Wcześniej widzieliśmy Pana w monodramie według "Dziennika" Gombrowicza. 

-..wciąż go prezentuję, podobnie jak "Tryptyk rzymski" Ojca Świętego. 

Czyżby podążał Pan w kierunku intymnej, samotnej obecności na scenie? 

- Wprost przeciwnie, coraz bardziej rozumiem, że jedna osoba w teatrze niewiele zdziała, że teatr jest sztuką zespołową. Nie byłoby tego spektaklu, gdyby nie Jerzy Klesyk - reżyser i Piotr Kamiński, który dokonał nowych przekładów... I Magda Maciejewska, autorka scenografii i kostiumu - a ten w monodramie, niezmieniając się, wymaga szczególnej wizji, i Antoni Komasa-Łazarkiewicz - autor muzyki, i Jean Luc Chanonat - reżyser światła. I gdyby nie, od czego może powinienem zacząć, dyr. Krzysztof Orzechowski, który złożył mi propozycję współpracy. Nie, nie szukam samotności na scenie. Teatru nie robi się w pojedynkę. 

Interesuje mnie kryterium doboru Szekspirowskich monologów, które Pan wygłosi... 

- Najkrócej mówiąc szło o ich różnorodność, odmienność... To pozwala mi zagrać kobietę - Lady Macbeth czy Julię. 

W czasach Szekspira, jak wiemy, grali wyłącznie mężczyźni. Zatem osią spektaklu będzie nie tyle jeden temat, ile Pan? 

- Niezręcznie to zabrzmi, ale tak. 

To może i lepiej, że nie udało się przed laty w Ateneum. Wszak, zacytuję Pana, "Z wiekiem gra się lepiej, czas jest przyjacielem". 

- Dla mężczyzn na pewno, bo nie wiem, czy podobny pogląd o zawodzie aktorskim mają kobiety... Z wiekiem człowiek staje się wyrazistszy, naznaczony czasem, poza tym ma się też inny stosunek do tekstów, mniej histeryczny. Tak w podziwie dla autorów, jak i w nienawiści czy w pogardzie. 

W przyszłym sezonie obejmie Pan dyrekcję Teatru Polskiego w Warszawie. Oznacza to rozstanie ze słynną Comédie Franaise? 

- Pracy w Komedii Francuskiej, acz zaszczytnej, nigdy nie traktowałem jako ostatecznego celu mojego życia. I oto uznałem, że przyszedł moment zmierzenia się z czymś innym, bycia w większym stopniu autorem swojego artystycznego losu. 

Jest Pan kolejnym polskim artystą, który, osiągnąwszy wiele na obczyźnie, wraca do kraju. Ciągnie na stare lata, choć Pan ich wielu nie ma, do ojczyzny? 

- Moją potrzebą artystyczną jest praca w Polsce, granie w Polsce. Wydaje mi się, że mogę być pożyteczny, przydatny. 

Jak Pan chce być przydatny? 

- Powinnościami kogoś, kto będzie odpowiadał za ważny polski, i Polski, teatr. Tym samym zacznę się zajmować czymś innym niż tylko samym sobą. 

29 lat spędził Pan we Francji, większość swego zawodowego życia... 

- Pojechałem do Polski po 12 latach pracy w zawodzie. Tak więc jestem ukształtowany w dużym stopniu przez teatr, a także kino zachodnie, w którym mniej pracowałem, niemniej zagrałem parę ważnych ról w paru ważnych filmach. Jestem też pewnie naznaczony nie tylko przez francuski język, ale i system organizacji pracy. Wreszcie jestem demokratą francuskim. Wyjeżdżałem z Polski, w której nie było demokracji. Zatem mój demokratyzm francuski będzie stykał się ze sposobem traktowania demokracji przez Polaków żyjących na terenie naszego kraju. 

I ma Pan lęk, że te dwa modele są od siebie zbyt oddalone. 

- Pewnie mam, ale i w tym przepadku czas przydaje spokoju. Już niehisterycznie patrzę na mój kraj, zatem i lęk jest mniejszy. Bardziej się boję o siebie niż o świat dookoła mnie. O to, jak ja będę reagował na ten świat, niż o to, co ten świat będzie robił ze mną. 

Dla Pana, perfekcjonisty, który od lat podkreśla istotę pracy, mówiąc, że jest ważniejsza niż talent, dyrekcja teatru może być szczególnym wyzwaniem... 

- Zobaczymy... Będę się starał, by było jak najlepiej, jak sobie marzę; chociaż i moje marzenia przystosowują się do świata. 

Zakłada Pan kompromisy? 

- Tak, i mam nadzieję, że świat, z którym się będę stykał, będzie szedł na kompromis ze mną. 

Pytam, bo pamiętam, jak przed ośmiu laty, nie przyjąwszy propozycji objęcia dyrekcji Starego Teatru, mówił Pan podczas spotkania w Warszawie, iż jednym z powodów była obawa, czy zespół zaakceptuje Pana wysokie wymagania. 

- Jeżeli takie moje były refleksje, to pewnie taka była moja ówczesna prawda, dzisiaj - jakby to sformułować... Powiem krótko: dam sobie radę. 

Gdy rozmawialiśmy z pięć lat temu o Pana pracy we Francji, mówił Pan o wysokich standardach pracy, w Polsce aktorzy gonią z teatru do serialu, reklamy... Nie boi się Pan... 

- Mógłbym zacytować prezydenta Wałęsę, że boję się tylko Pana Boga. Oczywiście, wyobrażam sobie trudności, ale nie stanowi to dla mnie problemu. Ja tak kocham teatr, aktorów, reżyserów i wierzę, że ta moja miłość będzie pomagać rozwiązywać trudności. 

Drążę ten wątek, bo bez wątpienia jest Pan jednym z ostatnich autorytetów w teatrze, choćby i z racji sławy aktora Komedii Francuskiej, i zarazem kimś, kto kojarzy się ze szlachetnym, a jak chcą inni "staroświeckim" - tak etykietowała część polskiej krytyki spektakl Comédie -Franaise "Dom Juan", z Panem w roli tytułowej - modelem teatru. 

- Na pewno chcę prowadzić teatr, w którym pewne wartości, sposoby traktowania pracy aktorskiej, teatralnej, inscenizacyjnej byłyby obecne. I nie będę też robić teatru przeciwko komukolwiek. Ale nie mówmy o Teatrze Polskim. Za wcześnie. Chciałbym, by moja dyrekcja była niespodzianką i dla tych, i dla tych. 

"Jestem facetem opętanym przez pracę" - to Pana wyznanie. 

- Zatem zaproszę wszystkich do intensywnej pracy, i może nawet nie będę musiał nikogo specjalnie przekonywać. Ważne będzie zgromadzenie w teatrze ludzi, którzy zechcą intensywnie pracować, zdolnych, mądrych, oddanych... To nie będzie proste. Wiem. Wiem także, że Seweryn nie zrobi nic, jeśli mu koledzy nie pomogą. 

A jeśli nie pomogą? 

- To nie osiągnę, co zamierzam, co moją jest ambicją. 

A co jest? 

- By Teatr Polski, mający przecież wspaniałe tradycje, był miejscem przez duże "M". Cieszył się będę z wylansowania młodych zdolnych aktorów, z zaproszenia ciekawych reżyserów do współpracy - także spoza Polski. 

- Zaprosi Pan również córkę? 

Ona ma pracę, swój teatr. 

- To będzie rodzinna rywalizacja - była żona ma swój teatr, córka swój - teraz dołączy Pan... 

Prawda, jakiż wspaniały pretekst do najzłośliwszych komentarzy. 

- Zatem odejdzie Pan po 17 latach z Komedii Francuskiej. 

Przede mną jeszcze w tym sezonie role Doktora Kajusa w "Wesołych kumoszkach z Windsoru" i Amfitriona w "Szaleństwie Heraklesa" Eurypidesa. 

- Wyobraża Pan sobie ostatni spektakl ze swym udziałem? 

Kiedy przyjechałem do Francji w 1980 roku, strasznie przeżywałem ostatnie przedstawienie - "Onych" Witkacego, potem kolejnych spektakli. Tam ostatnie spektakle są bardzo ważne, są zapowiedziane. Z góry wiadomo, do kiedy spektakl będzie eksploatowany. Ja też, rozpoczynając pracę w Komedii Francuskiej, wiedziałem, że kiedyś zdarzy się to ostatnie przedstawienie. Dlatego jestem przygotowany. 

Wspomniał Pan "Onych" Witkacego; to w nich, w teatrze Nanterre, obsadził Pana Andrzej Wajda, sprawiając, że został Pan we Francji. 

- Tak, Wajda to sprawił, także moją rolą w "Dyrygencie", nagrodzoną Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie. 

W 1984 roku siedem miesięcy żył Pan z zasiłku dla bezrobotnych, a potem otrzymał rolę u Petera Brooka w "Mahabharacie". 

- Ale wiedziałem, że będę pracował z Brookiem, zatem nie przeżyłem tak dramatycznych sytuacji jak wielu kolegów. 

I tak Brook dołączył do Pana mistrzów. 

- Wielu ich: Świderski, Łomnicki, Bardini, Warmiński, Śląska, Mrozowska, Mikołajska, Mrożewski... To oni mnie kształtowali, podobnie jak polski teatr, polskie kino, reżyserzy, profesorowie i Jacek Kuroń, i nasza ówczesna sytuacja geopolityczna. Dlatego niełatwo było mną manipulować we Francji. 

To i w Polsce Pan sobie poradzi. Bo wyobrażam sobie, że jako dyrektor "Polskiego" będzie Pan pod szczególną lupą. 

- Przez dwa tygodnie... 

Sądzę, że dłużej. W książce o Panu przywołana jest myśl Gombrowicza: "Nie jest może zbyt trudno stać się wartością w obrębie narodu, natomiast żeby stać się kimś w świecie, trzeba nie lada wysiłku". 

- Powtórzę się; teraz chciałbym zrobić coś w kraju, już tą zagranicą tak się nie zajmować. 

Tam Pan już wiele osiągnął; Legii Honorowej nie dają przypadkiem. 

- Jestem z niej bardzo dumny, w ogóle wszelkie odznaczenia, w przeciwieństwie do niektórych kolegów, bardzo szanuję. 

Wspominał Pan mistrzów z Polski, a kto jeszcze ze świata wywarł duży wpływ na Pana? 

- Bez wątpienia Jacques Lasalle, znakomicie pracujący z aktorem, wykształcony, a to nie zawsze jest oczywiste w naszym zawodzie. 

Od lat podkreśla Pan wagę intelektualnego pierwiastka w aktorstwie

- Niestety, straciliśmy ostatnio aktorów, którym myśl nie przeszkadzała - Gustawa Holoubka, Zbigniewa Zapasiewicza. Bo przecież znamy choćby uwagi pana profesora Jerzego Kreczmara, że aktor przede wszystkim nie powinien myśleć. Może to było żartem... Ja od myśli uciekać nie będę i będę namawiał moich towarzyszy pracy, by czynili podobnie. 

Był Pan profesorem paryskiej szkoły teatralnej, w Polsce też podejmie Pan trud nauczania? 

- Na pewno chciałbym pracować z młodzieżą. Mam pewne pomysły, o których za wcześnie mówić. Na pewno moja praca pedagogiczna nie zatrzyma się na Francji. 

Co ze swych paryskich doświadczeń scenicznych chciałby Pan głównie przenieść w polskie realia? 

- Służbę autorowi, przez co wcale nie chcę powiedzieć, że tam w każdym teatrze taka misja jest zawsze wypełniana. To zarazem przekonanie będące rezultatem moich przemyśleń na temat teatru. Choć mam świadomość, że każdy może powiedzieć, iż służy autorowi... Fakty będą mówiły same za siebie. 

Człowiek ma wyjść z teatru lepszy, mocniejszy piękniejszy - usłyszałem od Pana przed laty. 

- To rozwinięcie myśli Gustawa Holoubka, który mówił nam w szkole, że teatr ma służyć uszlachetnianiu człowieka. I to pozostaje wciąż absolutnie aktualne. Niech teatr rozświetla umysły. 

To wróćmy do Szekspira. Klaus Kinski, który miał w repertuarze monodram zbudowany głównie z tekstów autora "Hamleta", grał go w wielkich salach tak ekspresyjnie, takie budził emocje, że na widowni dochodziło do bijatyk... 

- Ja zadowolę się spokojną i prawdziwą refleksją.

Wacław Krupińskiv
Dziennik Polski
26 września 2009
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...