Tekst nie o nich

"Panny z Wilka" - reż. M. Komorowska - 6. MFST ITSelF

Porcelana, solidne drewno i koronki, biel, beż i róż - wszystko estetyczne i miłe dla oka. Międzywojnie takie, jakie pamiętamy i jakie chcemy pamiętać. Czar Wilka i innych dworków leży w niedomówieniu

Zawiesić głos zamiast krzyknąć, przystanąć zamiast zamilknąć, musnąć zamiast rozebrać – oto sekret aktorstwa świadomego i oszczędnego, sekret sztuki rozmiłowanej w brzmieniu takich słów jak estetyzm, erotyzm, intelektualizm. Pokazanie i nauczenie takiej sztuki aktorów-studentów warszawskiej Akademii Teatralnej było przedsięwzięciem szczytnym i godnym szacunku, ale nie mogę powiedzieć, aby jego rezultat był szczególnie zachwycający.

Wbrew zapewnieniom realizatorów, nie udało się przełożyć emocji i rozbudzonych oczekiwań dojrzałych bohaterów Panien z Wilka na język i cielesność młodych aktorów. Pamięć i tęsknota, które wypełniają tekst Iwaszkiewicza, pojawiają się również w spektaklu. Dzieje się to jednak raczej poza aktorami niż dzięki nim. Chęć zatrzymania mijającego czasu symbolizuje aparat, który przywozi ze sobą na wakacje Wiktor (Kamil Dominiak). To pewien naddatek względem Iwaszkiewicza, który w opowiadaniu ograniczył bagaż bohatera do dwóch koszul w teczce i krawata na zmianę. Bohaterowie co rusz wykorzystują aparat, zamierają w stylizowanych kompozycjach, opromienieni światłem, które na chwilę (dłuższą oczywiście, by wywołać nastrój kontemplacji) zmienia się i przypomina migawkę sprzętu fotograficznego. Tym sposobem rekwizyt zamienia się w wytrych, który przejmuje rolę, jaką powinni odegrać aktorzy.

Brak doświadczenia i odpowiedniej ilości lat na karku miało również zastępować wplecenie w spektakl sekwencji muzycznych ze znakomitego filmu Andrzeja Wajdy. Zabieg ten jednak bardziej zaszkodził, niż pomógł. Młodzi aktorzy, którzy na miarę swoich możliwości próbowali tworzyć własne wizerunki bohaterów Iwaszkiewicza, wpadają w tych scenach w koleiny metod poprzedników. Nie widać w tym ani dystansu, ani jasnego pomysłu, ani nawet mistrzowskiego skopiowania.

Udało się jednak stworzyć jedną postać wspaniałą i pełnokrwistą – niepodobną do filmowego pierwowzoru – Tunię. Grająca tę rolę Marta Kurzak wspaniale oddaje zarówno pierwsze budzące się w młodej dziewczynie uczucia i namiętności, jak również zdominowanie i podległość wobec starszych sióstr. Kreacja aktorki idzie nieco wbrew tekstowi oryginału, gdzie Tunia raczej szydzi z przelotnych uczuć Wiktora i jego nieustannych nawrotów wspomnień.  Nie jest to oczywiście zarzut, raczej atut w świadomej grze z tekstem.

Reszta obsady radzi sobie nieco gorzej. Gesty, które miały budować „tkankę scenicznej obecności” są raczej schematyczne i zbytnio wystudiowane, nastawione na komunikowanie abstrakcyjnych znaczeń, a nie bycie w roli. Być może to tekst nie o nich, być może to tekst nie dla nich, choć sama próba – trzeba przyznać – szlachetna.

Michał Rogalski
Teatrakcje
30 czerwca 2011
Prasa
teatrakcje

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia