Tekst versus widowisko

"Bolesław Śmiały" - reż. Paweł Świątek - Małopolski Ogród Sztuki

W ubiegłym tygodniu miałam okazję być na premierowym przedstawieniu „Bolesława Śmiałego" Stanisława Wyspiańskiego, wystawianym przez Teatr im. Juliusza Słowackiego na deskach sceny Małopolskiego Ogrodu Sztuk. Widowisko reżyserowane przez Pawła Świątka, reprezentującego młode pokolenie teatralnych twórców, mającego na swoim koncie realizacje sceniczne wystawiane przez Narodowy Teatr Stary, wzbudziły we mnie oczekiwanie na co najmniej ciekawą interpretację dramatu Wyspiańskiego.

I rzeczywiście. W sensie kreacyjnym, zwłaszcza w zakresie scenografii (Marcin Chlanda) i wizualnym (kostiumy i charakteryzacja – Marta Wieczorek i Maciej Czuchryta) widowisko było doskonałe. Problem tylko w tym, że owa doskonałość w żaden sposób nie łączyła się z wizją reżysera, jeśli jakąś wizję miał, bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wystawił dramat, który go zwyczajnie przerósł.

Wykorzystana w widowisku scenografia jest interesująca. Centrum niewielkiej sceny Małopolskiego Ogrodu Sztuk zajmuje stos kaset wideo przypominający grobowiec, podłoga wysypana jest ogromną ilością monet, a z sufitu nad kasetami zwisają nagie szable. Jeśli do tej wizji dodamy podstawowy przekaz dramatu Wyspiańskiego, który przede wszystkim dotyczy władzy: możliwości jakie daje, poświęceń i ofiar, których wymaga, przesłanie Chlandy staje się w zasadzie jasne i klarowne. Tematem wiodącym widowiska jest władza i to, co się z nią wiąże: seks (wspomniane kasety, co widać tylko z bliska, są filmami porno) i pieniądze. Biorąc zaś pod uwagę pozostałe rekwizyty znajdujące się na scenie: karuzelę, zjeżdżalnię, ławeczki i postać didżeja (Dominik Strycharski), który towarzyszy bohaterom spektaklu niemal przez cały czas jego trwania, sugeruje też związaną z władzą zabawę, przy tym pamiętać należy, że pojęcie to w kontekście władzy jest dwuznaczne. Ma też wpisane w siebie potencjalne zagrożenie (wiszące, ostrza zawsze mogą opaść) oraz nieprzewidziane, często dramatyczne zakończenie.

Biorące udział w widowisku postacie mają wyraźną niepowtarzalną charakteryzację, przy czym mimo, iż każdy z kostiumów świetnie współgra z rolą odtwarzanej postaci jest jednocześnie dziełem samym w sobie, charakterystycznym i niepowtarzalnym, co nie tylko doskonale informuje widzów o roli i funkcji pojawiających się na scenie osób, ale też sprawia, że zarówno scenografia jak i charakterystyczne postaci stają się doskonałą oprawą, w którą reżyser mógł wpisać przesłanie dramatu.

No właśnie, mógł, ale nie wpisał. Dla nikogo, kto choć raz w życiu sięgnął po którykolwiek z dramatów Wyspiańskiego nie jest tajemnicą, że jego język jest trudny, a co za tym idzie jego zrozumienie i interpretacja wymagają nie tylko skupienia, ale też często ponownej lektury. Jest to dramat trudny do interpretacji scenicznej nie tylko ze względu na kształt jaki nadał mu młodopolski twórca, ale też ze względu na temat, który został w nim podjęty. Wyspiański sięgnął tu po wydarzenie historyczne, które miało nie tylko istotne konsekwencje dla losów osób biorących w nim udział, ale też określone skutki polityczne i społeczne dla państwa. Co istotne, wydarzenie, którego przyczyny i tło społeczno-polityczne do dzisiaj pozostaje tajemnicą. Wyspiański z tematem sobie poradził i uchwycił w tekście dokładnie to, co chciał. Nie sugerował jasnych i precyzyjnych rozwiązań i nie dawał odpowiedzi. Nie opowiadał się za żadną ze stron, ale też nie o to mu chodziło. Pokazał władzę niejako w zawieszeniu. Jako zjawisko, w którym udział wymaga nie tylko silnego i bezwzględnego charakteru, ale też wizji, którą się chce zrealizować i gotowości na konsekwencje, a także koszty jakie podjęta gra ze sobą niesie. Odnosząc się do konkretnego wydarzenia historycznego, nadał mu jednak wymiar uniwersalny, który odnaleźć można w każdych czasach i wśród różnych ludzi. Co chciał przekazać w swej wizji scenicznej reżyser nie wiem.

Widowisko pozostaje jedynie ciekawym i doskonale zrobionym przekazem wizualnym. Ale przekaz językowy płynący ze sceny pozostawia już wiele do życzenia. Nie tylko dlatego, że język autora dramatu okazuje się, o zgrozo, dla aktorów zbyt trudny. Zrozumiałe dla widza są tylko wypowiedzi Bolesława (Michał Majnicz) i Krasawicy (Pola Błasik), pozostali mówią bez przekonania i – nazywając rzeczy po imieniu – niewyraźnie, co przy tempie wypowiedzi i ilości osób przewijających się przez scenę jest komunikacyjnym problemem. Dodatkowo, nie wiem jak pozostali widzowie, ja miałam też chwilami problem z ustaleniem, kto zabera na scenie głos, a to prowadzi do pytania, czy rzeczywiście wystawienie „Bolesława Śmiałego" na scenie MOS-u zostało przez twórców widowiska przemyślane. Nowa widownia jest wprawdzie bardzo wygodna niemniej jednak, w stosunku do wcześniejszych realizacji całkowicie zmienia perspektywę spojrzenia widza na to, co się przed nim dzieje. Dotąd był on na tym samym poziomie, co aktorzy, przy tym granica między widownią a sceną była w zasadzie umowna. W praktyce widz miał z jednej strony wrażenie brania udziału w toczących się zdarzeniach, z drugiej zaś widział co dzieje się w każdym miejscu sceny. Teraz punkt widzenia uległ diametralnej zmianie. Taką perspektywę jak wcześniej mają tylko widzowie zajmujący kilka pierwszych rzędów. Pozostali patrzą na scenę z góry i z oddalenia, co sprawia, że na stosunkowo niewielkiej scenie, gdzie znajdują się liczne przedmioty, miedzy którymi poruszają się postacie i chwilami jest ich sporo, widzom trudno uchwycić zmieniające się źródło głosu i nadążyć za przytaczanymi racjami. W związku z tym, lepiej by jednak było, jak sądzę, wystawiać ten dramat na scenie usytuowanej na tym samym poziomie co widownia lub wyżej.

Podsumowując, nowoczesna (a właściwie ponowoczesna) oprawa młodopolskiego dramatu mi nie przeszkadza. Więcej, uważam, że w tak perfekcyjnej odsłonie, jaką zaprezentowali autorzy scenografii, charakteryzacji i kostiumów, mogła być wstępem postmodernistycznej odsłony dramatu odnoszącej problem władzy nie tylko do tego, co działo się w przeszłości, ale też tego, co dzieje się we współczesnym świecie.

Niestety, reżyser (Piotr Świątek) i dramaturg (Mateusz Pakuła) najwyraźniej zapomnieli, że żeby dostosować tekst dramatu do wymogów scenicznych nie wystarczy go pociąć. Trzeba mieć jeszcze wizję całości (nie tylko językowej), której owo poszatkowanie oryginału ma służyć. Mnie niestety, po obejrzeniu premiery 9. listopada, mimo ogromnego zachwytu dla wizualnej oprawy widowiska, pozostał głęboki niesmak. Ujmując rzecz wprost, przekaz płynący ze sceny jest niekomunikatywny, a żeby nie było niejasności i niedomówień, znam i rozumiem tekst Wyspiańskiego, więc nie jest to problem jego przekazu, lecz raczej tego, że Świątek i Pakuła zwyczajnie sobie z młodopolskim dramatem nie poradzili. Gwoli ścisłości, nie oni pierwsi, ale czasem jednak warto mierzyć siły na zamiary i zastanowić się, dlaczego akurat ten dramat tak rzadko na tle innych dzieł Wyspiańskiego bywa wystawiany.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
18 listopada 2017
Portrety
Paweł Świątek

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...