Temperatura pokojowa

"Biesy" - reż: Krzysztof Jasiński - Teatr Scena STU w Krakowie

Ilekroć przejeżdżałam czy przechodziłam krakowskimi Alejami, nigdy nie mogłam oderwać oczu od jednego teatralnego afisza. Widniała na nim postać może dziesięcioletniej dziewczynki ubranej w białą sukienkę do ziemi, z długimi czarnymi włosami opadającymi na ramiona, wpatrzonej w jakiś punkt ponad naszymi głowami. W ręce trzyma wielki czerwony młot. Niesamowitość tej wizualizacji często nie dawała mi spokoju. W końcu jednak mogłam naocznie przekonać się, co się z nią stało w spektaklu wyreżyserowanym przez Krzysztofa Jasińskiego.

Każdy z nas nosi w sobie swojego biesa. Jedni mają to wypisane na twarzy, drudzy zakopali go w otchłaniach pamięci. To niesamowite studium zła autorstwa Fiodora Dostojewskiego na scenie Teatru Stu opakowane jest w swój XIX-wieczny kostium. Stroje z epoki, złota porcelana, kryształowy żyrandol. Tylko czy to wystarczy? Setki powieściowych stron w scenicznym wyborze przeważnie tracą swój potoczyście soczysty charakter. Co może go uratować?

Po pierwsze: atmosfera. W blasku cienkich białych świec stworzy ją wspaniały ukraiński chór, który stanie się wehikułem dla owej sławetnej wschodniej duszy: bogobojnej a zarazem namiętnej. Będzie idealnym tłem, momentami narratorem komentującym sceniczną akcję. To chyba rzeczywiście jedna z nielicznych okazji, by usłyszeć prawdziwą muzykę zza naszej wschodniej granicy. Okadzona przestrzeń sceny sugerująca wnętrze cerkwi szczelnie wypełniona zostaje mozaiką głosów, które niwelują czas i przestrzeń dzielące nas od dramatycznej psychomachii rozgrywającej się na naszych oczach.

Po drugie: siła namiętności. Najlepiej chyba oddaje ją demoniczna postać Piotra Wierchowieńskiego, opętanego swoją ideą fixe, pędzącego po trupach do celu. Jego dusza to siedlisko żmij, które połyskują w każdym jego spojrzeniu, syczą z każdym następnym słowem. Jego diabelskie monologi wprowadzają swego rodzaju aurę niesamowitości w tym i tak już odrealnionym świecie. Kusi, zapętla, ale przede wszystkim wie, co robi. Jego niewysoka, drobna, przygarbiona postać idealnie wpisuje się w szatański obraz, który tworzy słowami, podszeptami, knowaniami. Potencjał pozostałych postaci wypada przy tym dosyć blado, choć niewątpliwie poprowadzone są one poprawnie, każda z nich posiada wyraźnie zarysowany charakter, czymś się wyróżnia, ale osiągnięte to zostaje w głównej mierze technicznie. Oprócz makiawelicznego Wierchowieńskiego, rzadko który bohater czy bohaterka dosięgnie poprzeczki psychologicznego skomplikowania umieszczonej tak niebotycznie wysoko przez Dostojewskiego. Nie byłabym jednak sprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o niezwykłej postaci Tichona wykreowanej przez Jerzego Nowaka. Wcale nie musi wypowiadać potoku słów, sama jego obecność wystarczy, aby mu uwierzyć.

Dziewczynka z afisza nie pojawiła się na scenie ani razu. Przynajmniej fizycznie, bo jej duch krążył natarczywie w wypowiedziach postaci, zwłaszcza Stawrogina. Akustyczną przenośnią jej obecności była dziwna, niepokojąca sekwencja dźwięków, które przypominały trochę aurę Kalkwerku w reżyserii Krystiana Lupy. Jednak tutaj wydawały się trochę zbyt nachalne i oczywiste. Tworzyły swego rodzaju zgrzyt. Zapewne efekt był zamierzony, ale praca mojej wyobraźni, która została uruchomiona podczas oglądaniu afisza, poszła jednak trochę dalej.

"Biesy" na scenie to wyzwanie. Na pierwszy rzut oka miejsce akcji zostało zarysowane nader sugestywnie przy pomocy właściwie niewielu środków. Jednak samo wrażenie estetyczne to nie wszystko. Temperatura namiętności musi być doprowadzona do wrzenia. Tutaj chyba tego zabrakło.

Magdalena Talar
Dziennik Teatralny Kraków
1 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia