Ten system musi runąć

rozmowa z Janem Klatą

- W Krakowie tradycja służy jako młot na wszystko, co nowe - mówi Klata. - Swinarski jest młotem na potencjalnych nowych Swinarskich, Wyspiański - na nowych Wyspiańskich. Ja chcę się zastanowić, jaka była wtedy energia, dlaczego Swinarski był tak odkrywczy, odważny i zainspirować się tym do opowiadania o naszych czasach. Skorzystać twórczo z jego dziedzictwa. Swinarski mówił, że "dosyć powszechnie w recenzjach wyczuwa się niechęć do teatru, w którym trzeba myśleć". To motto naszego nowego sezonu

Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia... Jan Klata najlepszym dowodem. 

Ten widok wciąż wywołuje szok: dyrektor szacownego Narodowego Starego Teatru w Krakowie wygląda jak 40-letni punk. Jan Klata, z krótszym niż kiedyś, ale wciąż starannie pielęgnowanym irokezem na głowie, w wysokich czarnych butach, z opuszczonymi szelkami i koszulce z kościotrupem, wciąż jest jak zbuntowany nastolatek z dobrego liceum, który na złość rodzicom i nauczycielom postanowił nie wyrastać ze swojej pozy. Jakby chciał udowodnić, że "punk is not dead" - punk nie umarł. Nawet w 2013 roku.

Nowe przedstawienie w reżyserii Klaty, pierwsze po objęciu dyrekcji Starego - na podstawie "Do Damaszku" Augusta Strindberga - pokazuje, jaki jest jego obecny stosunek do buntu. Sztuka opowiada o przemianie Szawła w św. Pawła w drodze do Damaszku. Jednak Klata, znany z nowych odczytań klasyki - Szekspira, Gogola, Sienkiewicza - mówi, że czytając dramat Strindberga, dostrzegł w nim historię Bonnie i Clyde'a, "Dzikość serca" Davida Lyncha, nawet "Matrix". - To bardzo nowoczesny tekst - stwierdza. - Jest w nim wiele pięter.

O czym więc będzie jego "Do Damaszku"? - To sztuka zmusza do myślenia o buncie - mówi reżyser.

Każdy z nas lubi się dziś uważać za buntownika. Bunt się upowszechnił.

- A nie jest tak, że wszyscy przez kulturę masową stajemy się coraz bardziej podobni do siebie? - pytam. - Jesteśmy wygodnymi konformistami!

- Ja próbuję odpowiedzieć na pytanie, czy pojęcie buntu również się skonformizowało, czy bunt jest dziś czymś pokupnym, czy wciąż jest buntowniczy - kontynuuje Klata. - Co wart jest bunt, kiedy każdy uważa się za rebelianta. Nawet jeśli w korporacji musisz zrobić pewne rzeczy, pozostaje przecież szalony weekend. Bunt jest dzisiaj stadny: w pewnym wieku ten, kto może, kupuje harleya davidsona i nuci pod nosem "Born to be wild". Co taki bunt po godzinach jest wart? Czy nie staje się przypadkiem płynięciem z prądem?

- Czy w takim razie jest to też przedstawienie o panu: wielkim buntowniku polskiego teatru, który został ważnym dyrektorem?

- W przypadku spektaklu "Do Damaszku" nie będę odpowiadał na pytania osobiste - mówi Klata. - To chyba odpowiedź znacząca?

Gloryfikator Dzierżyńskiego?

Gdy pytam o codzienne powinności dyrektorskie, biurokratyczne i urzędnicze, Klata mówi: - Rzeczywiście, trzeba się bardzo dużo podpisywać.

Jednak tak naprawdę jest zadowolony, że został dyrektorem, bo - jak tłumaczy - może przy okazji ułatwić wybicie się w powietrze innym artystom i wziąć za nich odpowiedzialność, a to jest wspaniałe, piękne.

Osoba Klaty na stanowisku dyrektora Starego Teatru od początku wzbudzała kontrowersje. Nawet Krystian Lupa miał wątpliwości, zerwał współpracę ze Starym, przekonywał, że "charakterologicznie Klata nie nadaje się do pełnienia funkcji. Wspólnota teatralna powinna mówić różnymi głosami, a do tego Klata z pewnością nie dopuści, bo to twórca egocentryczny i despotyczny, nieznoszący sprzeciwu".

Klata nie chce komentować: - Nie będę się wdawał w pyskówki. Przez kilkanaście lat pracy w teatrze zdążyłem się przyzwyczaić do wrogów i przeciwników ideowych. Żadne pohukiwania nic nie dadzą.

Zdążyło się też już Klacie oberwać od recenzentów prawicowych za to, że pozwolił kontrowersyjnemu lewicowemu duetowi Monika Strzępka - Paweł Demirski wystawić w Starym spektakl "Bitwa Warszawska 1920". Sztuka., która zadaje prowokacyjne pytanie, czy w 1920 r. Polska, pokonując bolszewików, tak naprawdę wygrała, czy przegrała, została odebrana jako gloryfikacja Dzierżyńskiego i Sowietów, ich rzekomych zdobyczy socjalnych oraz dyskredytacja Piłsudsldego. Andrzej Horubała w "Do Rzeczy" pisał o "teatrze narodowej zdrady", dodając, że "można brzydzić się polskością, ale czy tacy twórcy muszą być dotowani przez państwo? Pół roku dyrekcji chyba starczy".

- Musiał pan wystawiać u siebie tak kontrowersyjną sztukę? - pytam.

- Teatr powinien w sposób interesujący artystycznie zmuszać widzów do myślenia i dyskusji - mówi Klata. - Tezy Strzępki i Demirskiego mogą być sprzeczne z moim światopoglądem, ale zrobię wszystko, by mieli możność wypowiedzi artystycznej, by ich śmiałe tezy mogły być wykrzyczane ze sceny.

Klata chciał dyskusji, to ją ma. Czy takie ataki i donosy do Ministerstwa Kultury go bolą? - Są na świecie ludzie, którzy nie mogą mnie obrazić - mówi Klata. - Martwi mnie tylko, że o tym, że niby gloryfikuję Dzierżyńskiego, czytają moi rodzice. Dla mnie taka krytyka jest raczej śmieszna niż straszna. Gorzej miał mój wielki poprzednik w Starym - Konrad Swinarski. Im więcej się o nim dowiaduję, tym większy podziw mam dla niego. Żył w państwie autorytarnym, w którym negatywna opinia Jarosława Iwaszkiewicza, że Swinarskiemu powinno się odebrać prawo wykonywania zawodu, rzeczywiście mogła wiele kosztować. Swinarski za wolność artystyczną mógł sporo zapłacić, ale mnie pewne epitety podrzędnych recenzentów niekoniecznie muszą pozbawiać pracy.

Klata odnosi się do Swinarskiego, bo to właśnie ów legendarny reżyser, który zginął w 1975 roku w katastrofie lotniczej, jest patronem nowego sezonu. Skąd ten pomysł?

- W Krakowie tradycja służy jako młot na wszystko, co nowe - mówi Klata.

- Swinarski jest młotem na potencjalnych nowych Swinarskich, Wyspiański - na nowych Wyspiańskich. Ja chcę się zastanowić, jaka była wtedy energia, dlaczego Swinarski był tak odkrywczy, odważny i zainspirować się tym do opowiadania o naszych czasach. Skorzystać twórczo z jego dziedzictwa. Swinarski mówił, że "dosyć powszechnie w recenzjach wyczuwa się niechęć do teatru, w którym trzeba myśleć". To motto naszego nowego sezonu - tłumaczy reżyser.

Przypomina też, że Swinarski nosił się z zamiarem wystawienia "Do Damaszku". Nie zdążył.

- Staramy się przejąć pałeczkę tam, gdzie Swinarski ją upuścił. Pracuję z aktorami, którzy nieśli jego trumnę, gdy zginął na pustyni pod Damaszkiem. Słyszeli uderzające w zaplombowanym aluminiowym wnętrzu kamyczki i zrozumieli, że Swinarskiego tam nie ma, że obrócił się w pył pustyni. Tej samej, którą przemierzał Szaweł, a później Paweł.

- Czy to, że wystawia pan teraz "Do Damaszku", świadczy także o pańskim kryzysie wiary? - pytam. - Kiedyś deklarował się pan jako katolik, wyjmował w czasie wywiadów różaniec...

- Nie mam ochoty na ten temat rozmawiać, zapraszam na spektal, niechaj przemówią działa!

Żonglowanie pustką

Klata dyrektoruje, reżyseruje "Do Damaszku", a jednocześnie pracuje nad premierą "Króla Edypa" inspirowanego Sofoklesem i Strawińskim. Pracoholizm? - Możliwość reżyserowania to przywilej - tłumaczy. - Przez 10 lat po studiach starałem się zostać reżyserem teatralnym, dostać szansę na cokolwiek, więc teraz potrafię to docenić.

Pamięta, że gdy nie miał pracy, ludzie ładowali w supermarketach pełne wózki produktów, a on z żoną i córkami mieli tylko chlebek oraz serek topiony na dnie koszyka. W desperacji pojechał pracować jako reżyser do teatru w Wałbrzychu: - To była dobra szkoła dla paniczyka z Warszawy po liceum Batorego. Wyjazd do Wałbrzycha wydawał się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Ale nie było wyjścia...

Czy nie boi się, że teraz prestiżowe stanowisko, władza i pieniądze zmienią go z artysty buntownika w konformistę?

- Brecht miał obywatelstwo szwajcarskie i konto tamże, a jednocześnie pisał wstrząsające lewicowe sztuki - odpowiada Klata.

- Wybrałem świadomie bycie w systemie: stanąłem w konkursie i wygrałem. Czy wygram jako dyrektor, okaże się za kilka lat. Chcę zmienić system od środka. Wcześniej, jako reżyser wolny strzelec, mogłem beztrosko funkcjonować w ramach systemu. Dwa, trzy spektakle rocznie w Polsce, dwa, trzy za granicą. Pieniądze niemieckiego, austriackiego czy szwajcarskiego podatnika to rewelacja! Żyć, nie umierać! Pracowałem przecież w Dusseldorfie, gdzie Adidas i Puma płacą podatki.

Żeby jednak nie powstało wrażenie, że artyści w Polsce to klasa próżniacza, szybko dodaje, że w jego teatrze średnia pensja to 2,6 tysiąca złotych za ciężką pracę.

- Nie jesteśmy pracownikami nowojorskiej Metropolitan Opera - mówi.

Tłumaczy, dlaczego polscy podatnicy powinni finansować teatry artystyczne, w tym jego: - Są rozmowy, które muszą się odbyć w teatrze. Traktuję to w kategorii trwania narodu, pamięci. Wielkie słowna, łatwo je wyśmiać, zaniedbać. Ale nie da się o wszystkim pogadać na kanapie u Kuby Wojewódzkiego.

W głębi serca wciąż jest więc buntownikiem lubiącym prowokować. Irokez na głowie to nie tylko moda. Wciąż nie ma w Klacie zgody na polską wersję kapitalizmu: - W Berlinie zawsze można wsiąść bez wstydu na rower i dojechać do pracy żywym. Ich hasło to: "biedny, ale sexy". A w Warszawie? Auto trzeba mieć dobre, terenowe, i adres zamieszkania też odpowiedni. W rozwoju społecznym mamy do Zachodu 20-letnie opóźnienie.

- Powiedział pan kiedyś: "Kiedy opadnie mgła reklam, promocji i marketingu, zobaczymy, gdzie jesteśmy" - mówię.

- Dalej pan w to wierzy?

 - Mam wrażenie, że pustką już dalej długo nie da się żonglować - mówi reżyser. - Ten system musi runąć...

Sebastian Łupak
Newsweek Polska
10 października 2013
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia