Ten zawód jest dla mnie

Rozmowa z Andrzejem Sewerynem

- Wizja teatru, który służy wyłącznie reżyserowi i ujawnianiu jego problemów, to wizja teatru, który mnie nie interesuje, chociaż bardzo często go szanuję. Zresztą funkcja reżysera, o jakiej mówimy - gdy reżyser staje się centrum przedstawienia - obecnie dominuje na całym świecie. Miło mi jest być w mniejszości - rozmowa z Andrzejem Sewerynem, aktorem Comédie-Française i dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie.

Iwona Kłopocka-Marcjasz: Rozmawiamy przed próbą, w garderobie. Właśnie w głośnikach zabrzmiał komunikat inspicjenta, że jest półgodzinna obsuwa z powodu kłopotów z elektryką. Ucieszyłam się, Ucząc na więcej czasu na rozmowę. Pana obsuwa złości?

Andrzej Seweryn: Gdybym miał się złościć z tego powodu, oznaczałoby to, że jestem młodzieńcem 20-letnim, nic mam zaufania do moich pracowników i że jestem naiwny. W sztuce teatru dwa plus dwa nie równa się cztery. W przemyśle obsuwa może mieć dramatyczne konsekwencje. U nas oznacza korekty, które trzeba wprowadzić, np. w związku z tym, że teatr opolski operuje lepszymi reflektorami niż my w Warszawie. Moim zdaniem nie ma żadnej obsuwy.

Ale to zawsze strata czasu, a słyszałam, że dla pana cenna jest każda minuta.

- Ja nie potrafię tracić czasu. Dlatego kwestia konsekwencji obsuwy w postaci straty czasu mnie nie dotyczy.

Czy jest coś ważniejszego od teatru?

- Oczywiście. Np. woda jest ważniejsza, bo bez wody nie można żyć, słońce jest ważniejsze, powietrze, miłość. No i zdrowie.

Pan swoje życie poświęca teatrowi.

- Niczego nie poświęcam. Po prostu pracuję w moim zawodzie.

A ten zawód jest dla pana...?

- Słyszę te trzy kropki w pani pytaniu, a ja powiem tak: Ten zawód jest dla pana. Kropka.

Mieszka pan zaledwie 80 metrów od teatru. Pewnie gdyby były warunki, zamieszkałby pan w samym teatrze.

- Mieszkałem tak przez rok.

Spędza pan w teatrze kilkanaście godzin dziennie i mówi, że prawdziwym dramatem jest nie móc pójść na piwo.

- Tak powiedziałem? To był żart. W życiu dwa plus dwa też nie zawsze równa się cztery. Jeśli kiedyś tak powiedziałem, to znaczy, że tego dnia, o tej godzinie, w tych warunkach, przy tej temperaturze uważałem, że tak się wyraża moja sytuacja. Dzisiaj odpowiadam: Tak, mam czas na piwo. A pracuję jeszcze bardziej intensywnie.

Z tego powodu do dyrektorskiego gabinetu kazał pan wnieść kanapę?

- Niestety, nie zawsze mi się udaje zdrzemnąć w ciągu dnia

W 1993 roku został pan - jako trzeci cudzoziemiec w historii - aktorem Comédie-Française, jednej z najbardziej prestiżowych scen świata. Czy ten związek wciąż trwa?

- 15 lutego przestałem być członkiem societe aktorów Komedii Francuskiej, ale Komitet Administracyjny powołał mnie na stanowisko societariusza honorowego. Przyjąłem to z radością, bo to oznacza, że mogę dalej grać w Komedii Francuskiej. Tak więc te związki, które wydawało się, że już ustaną, mają możliwość kontynuowania - jeśli takie propozycje nadejdą, a ja będę miał na to czas.

Od prawie trzech lat kieruje pan Teatrem Polskim w Warszawie. Wrócił pan z Paryża po ponad 30 latach. Powód?

- Uznałem, że moje doświadczenie może być tutaj pożyteczne.

Od powrotu wiódł pan życie między dwoma teatrami, z napiętym kalendarzem i nieustannymi podróżami na lotnisko i z lotniska. Teraz zyska pan więcej oddechu?

- Zobaczymy. Niedawna premiera "Zemsty" była moją ostatnią w tym roku. To dla mnie istotne jako dla dyrektora-aktora. Już zyskuję jakiś oddech, bo mając próby musiałem dyrektorować przed próbami, w czasie prób i po próbach, a to jest trudne i wyczerpujące.

Andrzej Wajda mówi, że jest pan niezwykle odpornym człowiekiem. Jakim przymiotnikiem pan sam określiłby siebie?

- Niech mnie inni opisują, ja nie potrafię.

Inni najczęściej mówią - oprócz tego, że wybitny - także: pracoholik i perfekcjonista. To prawda, że na przedstawieniach swojej córki, Marii Seweryn, robił pan notatki?

- Tak, robiłem. Rozmawiamy o jej pracy, kiedy jest taka okazja

Kiedy mówią: perfekcjonista - to dla pana komplement czy oczywistość w tym zawodzie?

- Nie odnoszę wrażenia, że jestem jakimś szczególnym przypadkiem. Chciałbym, żeby obraz, o który pani pyta, był obrazem kogoś bardzo zwyczajnego. Chyba że zwyczajna praca ma być czymś niezwykłym. Pracuję z ludźmi, którzy też starają się być precyzyjni i perfekcyjni, żeby to, co robią, miało sens, żeby było na czas, żeby było słyszalne w ostatnim rzędzie, żeby było w zgodzie z autorem, reżyserem, partnerem na scenie, światłem, muzyką.

W zgodzie z widzem również?

- Tak. W tym sensie, że ja mu służę, jestem dla niego, a z tego wynikają konkretne konsekwencje. Jeśli mam służyć widzowi, muszę tak wykonywać moją pracę, żeby to było zrozumiałe i odczuwalne przez niego, żeby myśli autora docierały do widza dzięki mnie. Ja jestem tylko przekaźnikiem.

Ostatnio coraz częściej stykamy się z teatrem, w którym autor i jego dzieło to tylko pretekst dla reżysera, który skupia się sam na sobie, na swoich przemyśleniach, skojarzeniach, książkach, które przeczytał.

- Wizja teatru, który służy wyłącznie reżyserowi i ujawnianiu jego problemów, to wizja teatru, który mnie nie interesuje, chociaż bardzo często go szanuję. Zresztą funkcja reżysera, o jakiej mówimy-gdy reżyser staje się centrum przedstawienia - obecnie dominuje na całym świecie. Miło mi jest być w mniejszości.

Przedstawienia, w których reżyser opowiada słownie o sobie, często są dla widza niezrozumiałe, więc z nich ucieka, nie czekając nawet na przerwę. Kazimierz Kutz niedawno mówił, że taka niekomunikatywność obróci się przeciwko teatrowi, bo samorządy finansujące teatry nie będę dawały pieniędzy na takie przedstawienia.

- O, to bardzo ciekawa i ważna opinia. Bardzo mi to odpowiada Nie jestem w stanie oglądać wszystkiego, co się gra na polskich scenach, ale z informacji, które do mnie docierają, wynika niepewność, czy twórcy zdają sobie w wystarczającym stopniu sprawę z problematyki finansowej instytucji, w których pracują.

Joanna Szczepkowska parę miesięcy temu zaprotestowała przeciwko "niegotowości", jaką teatr daje widzowi, udając, że daje dzieło gotowe. W proteście na premierze przedstawienia Krystiana Lupy obnażyła pośladki. Rozumie pan jej gest?

- Rozumiem wyjaśnienia, które podała w mediach. Wydaje mi się jednak, że planując jakiś gest wobec reżysera, powinna wziąć pod uwagę to, że zakłóci pracę innych kolegów. Konflikty w teatrze były, są i będą. Nic wiem, czy nic lepiej byłoby dokonać aktu rozejścia się z reżyserem wcześniej lub później, nawet po ukłonach, po prostu poza spektaklem.

A co by pan zrobił, gdyby pana aktor spóźnił się na przedstawienie 40 minut?

- Zostałby ukarany, regulamin pracy to przewiduje. Oczywiście zbadałbym najpierw całą sprawę. Takie rzeczy się zdarzają.

Panu też?

- Raz, dawno temu. Spóźniłem się, bo zaspałem po próbie. Na szczęście zbudził mnie kierowca, którego wysłano, by sprawdził, co się ze mną dzieje. Śnił mi się dzwonek do drzwi, w końcu dotarło do mnie, że on faktycznie dzwoni. Nie pamiętam, czy dostałem naganę, ale byłem absolutnie godzien kary przewidzianej przez regulamin pracy.

Pytam o to, bo ciekawi mnie, jakim jest pan szefem. Olgierd Łukaszewicz nazywa pana "dyrektorem totalnym".

- Jestem dyrektorem naczelnym, więc jestem odpowiedzialny za wszystko, co dzieje się w teatrze. Kiedy dzieją się złe rzeczy, to biorę odpowiedzialność na siebie, a kiedy dzieją się dobre, to jest to zasługa całego zespołu.

Aktorstwo, teatr jest dla pana misją. Mało kto teraz używa słowa "misja".

- Proszę spytać, co o tym myślą najbardziej znani polscy reżyserzy - Warlikowski, Lupa, Jarzyna, Strzępka, Garbaczewski. Używałem tego terminu, gdy wracałem do Polski z zagranicy i kiedy zetknąłem się z odejściem zupełnie od etosu pracy w teatrze. Teraz to się zmieniło. Ludzie nie lubią używać tak wielkich słów. To drażniło nawet niektórych moich przyjaciół, a ja chciałem tylko przypomnieć, że jesteśmy artystami, a nie np. pracownikami banku.

Czy etos pracy w teatrze we Francji jest inny niż w Polsce?

- Dla nas teatr był przez wiele lat niewoli elementem walki. Teatr we Francji takiej historii nie ma i takie pojęcie jak etos nie jest tam stosowane. W Polsce przed 1989 rokiem teatr był miejscem obrony kultury i myśli narodowej w najszerszym tego słowa znaczeniu. Tą obroną były nawet dobrze wypowiadane po polsku zdania. Kiedyś mieliśmy poczucie, że grając przedstawienia opowiadające naszą historię bierzemy udział w procesie obrony narodowej, że pod pretekstem mówienia o przeszłości staramy się mówić o przyszłości i teraźniejszości. To dawało siłę i sens naszej pracy. Często nawet dominowało to sztukę, jednym słowem niekoniecznie robiliśmy dobre przedstawienia, za to słuszne. Taka była pułapka tego czasu.

Od prawie ćwierć wieku żyjemy w wolnym kraju.

- Teatr szuka teraz nowych zadań, nowych misji właśnie. Misja to przecież zadanie, tylko, że niepotrzebnie brzmi bardziej pompatycznie. Młodzi twórcy zajęli się rewolucją obyczajową, inni problematyką społeczną, jeszcze inni zwrócili się do przeszłości. To wszystko jest naturalne. Chodzi o to, by nie było tak, że tylko jeden model teatru jest słuszny. Może młodym to się marzy, bo oni nie wiedzą, czym jest totalitaryzm, ale nie jest dobrze, gdy tylko jeden model teatru uznaje się za obowiązujący i najlepszy, a każda inna faktura teatralna jest krytykowana

Przekonaniu, że teatr może zmieniać życie, dawał pan wyraz nie tylko na scenie, ale także na ulicy, gdy w 1968 roku bronił pan Dejmkowych "Dziadów", a potem protestował przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Spędził pan cztery miesiące w więzieniu. Miał pan 22 lata, stał pan u progu kariery. Wszystko mogło się skończyć, zanim się zaczęło. Czy jak ma się 22 lata, to się o tym nie myśli?

- Myśli się o wszystkim. Jak ktoś uważa, że młody człowiek nie zdaje sobie z niczego sprawy i nie myśli o przyszłości, to jest naiwny. Oczywiście, że zdawałem sobie sprawę, ale uważałem, że nie wolno milczeć, kiedy czołgi polskie wchodzą do Hradec Kralove. Koniec, kropka.

Nie chce pan być postrzegany jako bohater?

- A czym jest demonstracja, którą organizowałem po "Dziadach" w porównaniu z bohaterstwem ludzi, którzy naprawdę cierpieli, byli torturowani, przesiedzieli wiele lat, czy poprowadzili wielkie strajki. W porównaniu z ludźmi, którzy drukowali książki, ulotki, w porównaniu z tymi, którzy obejmowali potem władzę w kraju, w porównaniu z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem i wieloma innymi. Jest mi miło, że mogę taki fakt umieścić w swoim życiorysie. Uważam, że dobrze się stało, żeśmy coś takiego zrobili, ale nie mogę na tym fakcie opierać mojej biografii ani zasług.

To dlatego w 2009 roku odmówił pan przyjęcia Nagrody Specjalnej im. Zbyszka Cybulskiego, przyznanej przez Fundację Kino?

- Chciano mi dać nagrodę za to, że mnie nie nagrodzono, co było dość zabawne, więc odmówiłem.

Fundatorzy tłumaczyli, że to nie było za zasługi patriotyczne, tylko artystyczne, bo nie mógł pan być nagrodzony w PRL.

- A skąd oni wiedzieli, że ktokolwiek chciał mnie nagradzać, albo powinien nagradzać? Nie, to była nagroda za to, że działałem politycznie, a ja za to, że działałem politycznie nie chcę otrzymywać nagród artystycznych.

W grudniu 1980 roku znalazł się pan w Paryżu, rozpoczynając pracę z Wajdą nad "Onymi" Witkacego. Chwilę potem w Polsce wprowadzono stan wojenny. Czy decyzja o pozostaniu we Francji była trudna?

- Nie, to było logiczne. Ponieważ miałem pracę, nie mogłem jej przerywać. Druga sprawa - było oczywiste, że trzeba działać i założyliśmy komitet koordynacyjny związku zawodowego "Solidarność" w Paryżu. Przez kilka miesięcy działałem tam bardzo intensywnie, potem trochę mniej. Doszedłem do wniosku, że w takiej sytuacji nie będzie mi łatwo wrócić do kraju. Zacząłem więc szukać pracy i ona się znalazła. Nie wiedziałem wtedy, że to będzie trwało 33 lata

Co pan robił 15 kwietnia?

- Niestety grałem, a nocą wyjechałem do Ostrowa Wielkopolskiego.

To kiedy zaprosił pan bliskich na urodzinowy tort?

- Dwa dni później.

Skończył pan 67 lat. Myśli pan o emeryturze?

- Entuzjastyczne przyjęcie naszej "Zemsty" przez publiczność opolską nie pozwala mi dziś o tym myśleć. Ale wszystko będzie zależało od mojego zdrowia - to ono kiedyś powie dosyć albo kontynuuj. Uważam, że praca, którą wykonuję w Teatrze Polskim, ma swój sens, ale na razie los nie dał mi szansy zorganizowania normalnego sezonu. W tym teatrze ciągle był remont. A obniżka budżetu powoduje zachwianie toku naszej pracy i gdyby nic pomoc dr. Jana Kulczyka, który jest mecenasem Roku Jubileuszowego (z okazji 100-lecia Teatru Polskiego - dop. red.), to tego jubileuszu po prostu by nie było...

- I znowu jesteśmy w pracy, więc wnioskuję, że emerytura ani panu w głowie. Dziękuję za rozmowę.

Iwona Kłopocka-Marcjasz
Nowa Trybuna Opolska
4 maja 2013
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia