To jest miłość!

Gwiazda Piwnicy pod Baranami i szef Teatru Stu.

Poznali się w teatrze. Pytani, co w związku jest najważniejsze: przyjaźń, zaufanie czy namiętność, mówią, że wszystko jednocześnie. Inaczej związek nie byłby w pełni szczęśliwy.

Ona z tradycyjnego domu, wierna zasadom. On uroczy kompan, w pracy tyran, w życiu kobieciarz... Na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli. A jednak są razem od lat. O rękę poprosił ją w święta wielkanocne.

DLA KOBIET Krzysztof Jasiński zawsze stanowił wyzwanie. Wiele próbowało się nim zaopiekować. Pozwalał na to, ale zawsze sam narzucał reguły gry. A do domowego życia po prostu nie był stworzony. Beata Rybotycka to typowa Ślązaczka z całym bagażem tradycji. Wierna sobie, wrażliwa, łatwo się wzrusza. Musi wypłakać dobre i złe emocje. Sentymentalna. Tradycjonalistka.

Facet z przeszłością

Kłopoty Krzysztofa zaczęły się po śmierci ojca, gdy jako 12-la-tek zamieszkał w internacie. Za włamanie do zbrojowni liceum i kradzież amunicji dostał pierwszy wyrok. Rok później drugi -za znieważenie popiersia Lenina. Dziewięć miesięcy spędził w poprawczakach, powtarzał klasę, był wyrzucany ze szkół. Maturę zrobił w końcu u księży Salezjanów w Łodzi, chciał nawet wstąpić do klasztoru.

Na przeszkodzie stanęły... dziewczyny. Z pewną blondynką zapomniał się ponoć tak, że przegapił egzaminy wstępne na studia. Zapisał się więc do studium nauczycielskiego. Kobieta sprawiła też, że romantycznych zapałów omal nie przypłacił życiem. Po randce nie miał jak dojechać do domu. Przysnął na mrozie. O świcie odratowało go pogotowie. Trzy miesiące później okazało się, że ma gruźlicę. W zakopiańskim sanatorium z nudów założył kabaret. Wtedy dyrektor, Jan Jaworski, wskazał mu drogę: nauczycielem nie będziesz - powiedział - idź do teatru. Krzysztof zdał więc do krakowskiej szkoły teatralnej i jeszcze na studiach założył Teatr STU, a zaraz potem zakochał się w Krystynie. Wzięli ślub, bo "uczucie uderzyło jak grom". Po kilku miesiącach mówił: "Zostałem pogoniony, bo pewnie byłem winny".

Z Marylą Rodowicz pracował nad musicalem "Szalona lokomotywa". - Fascynował mnie - przyznała w książce "Niech żyje bal". - Nie zapaliła się żadna czerwona lampka ostrzegająca o ewentualnym niebezpieczeństwie (...). Lazłam do niego jak każda inna. Przetrwali razem 7 lat, mają dwójkę dzieci - Jaśka i Kasię. Po rozstaniu Krzysztof uznał, że nie uda mu się zbudować rodziny. Zamieszkał w teatrze i rzucił się w wir pracy.

Kobieta z zasadami

Wszystko zmieniło się, kiedy do Teatru STU przyszła młoda aktorka, Beata Rybotycka.

- Aktorzy czuli przed nim respekt, pomieszany ze strachem - wspomina. - Nie daję się łatwo zastraszyć, ale zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo uwagi do mnie przekazywał wyłącznie przez inspicjenta. Przeznaczenie dogoniło ich w Zamościu, gdzie zwyczajowo Teatr STU kończy każdy sezon.

Wszyscy bawili się świetnie, tylko dyrektor siedział samotny i smutny. Zrobiło się jej go żal. Raz kozie śmierć, pomyślała i zaciągnęła go do tańca. Okazało się, że jest człowiekiem życzliwym, z fantastycznym poczuciem humoru. Skończyło się spacerem.

Bądź głupia, przyjedź

Prosto z Zamościa Krzysztof pojechał na Mazury, gdzie miał dom. Zostawił jej karteczkę z mapką okolic Szczytna i dopiskiem: bądź głupia, przyjedź. Nie sądził, że Beata go odwiedzi. Zjawiła się. Z bratem, bratową i namiotem. Na Mazurach zobaczyła człowieka, który łowi ryby, wyplata sieci, świetnie gotuje. Do Krakowa wróciła zakochana. Pobrali się po roku. Najpierw jednak on przyjechał do Gliwic, by poznać jej rodziców. Czarny krawat, czarny garnitur, czarne buty... W dodatku cały mokry, bo był śmigus-dyngus i ktoś dowcipny oblał go w pociągu wodą. W domu zapanowała nerwowa atmosfera. Mama wylała rosół na obrus, a kiedy kandydat na zięcia poprosił o rękę córki, powiedziała niezbyt przytomnie: niech pan bierze obie.

Jego mieszkanie, do którego Beata się wprowadziła, nie było przytulnym gniazdkiem: piec na węgiel, cieknące krany, gołe żarówki. - Zdobywałam swój teren po kawałku - wspomina Beata. - Najpierw własną szufladę, potem dostałam półkę, a później własny kąt.

We dwoje

Tworzą związek partnerski. On mobilizuje ją do podejmowania wyzwań, ona jego do okazywania uczuć. Mówią, że on jest głową domu, ona - jego sercem. Beata lubi powoływać się na śląskie korzenie, choć tak naprawdę Ślązaczką była tylko babcia Klara. Mama przejęła po babci szacunek tamtejszych kobiet dla tradycji i swoich mężczyzn. "Pamiętaj Beatko, chwal męża" - radziła córce przed ślubem. - Jestem do niej podobna - mówi Beata. - Chociaż mąż nazywa mnie czasem oszustem matrymonialnym. Nasłuchał się, że Ślązaczki bez przerwy pucują okna, piorą firanki, gotują kluski śląskie. A u mnie z tym nie najlepiej... W1991 roku na świat przyszła Zosia - dla obojga oczko w głowie. - To wielkie nieszczęście, gdy dzieciom nie poświęca się dość uwagi - mówi Krzysztof i przyznaje, że długo uczył się być ojcem. Ale dla córki zawsze ma czas.

Często mówi się, że niełatwo ułożyć sobie stosunki z dziećmi partnera z poprzednich związków. Beaty to nie dotyczy. - Miałam szczęście, że trafiłam na dzieci, które są świetnymi ludźmi. Nie musiałam z nimi walczyć i nigdy nie próbowałam niszczyć wizerunku ich matki. Przyjaźnimy się. Najszczęśliwsze chwile? W ich gospodarstwie agroturystycznym na Mazurach. Mają tam park, ogród, konie. Zapraszają przyjaciół, rodzinę. Beata i Krzysztof przyznają, że mają do losu jeszcze tylko jedną prośbę - żeby w ich życiu już nic się nie zmieniło.

(-)
Pani Domu
4 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia