To my przeżyjemy renesans opery

rozmowa z Mariuszem Kwietniem

Aktualnie na deskach Opery Krakowskiej gości "Eugeniusz Oniegin" - opera Czajkowskiego, oparta na poemacie dygresyjnym Aleksandra Puszkina. Co o produkcji, o operze, i przede wszystkim o sobie samym mówi gwiazda Metropolitan Opera, odtwórca tytułowej roli - Mariusz Kwiecień?

Z Mariuszem Kwietniem, tuż przed premierą „Eugeniusza Oniegina” w Operze Krakowskiej rozmawiała Karolina Skrzyńska

Śpiewa Pan na „największych” scenach operowych świata. Metropolitan Opera, San Francisco Opera, Covent Garden... Gdzie dla Pana, między tak prestiżowymi teatrami operowymi, mieści się Kraków i krakowska scena operowa?

Ciężko mi ocenić gdzie mieści się Kraków, jeśli chodzi o poziom artystyczny dlatego, że cały czas mamy tutaj do czynienia z takim jakby rozkwitem Opery Krakowskiej. Jest coraz lepiej. W najlepszych teatrach świata bywa tak, że spektakl jest słaby albo, że spektakl jest świetny. Tak samo jest w Krakowie i innych operach w Polsce, zdarzają się super spektakle, ale są też i te słabsze. Natomiast na pewno Kraków i ta opera zajmują miejsce szczególne, jeśli chodzi o mnie samego – Krakusa urodzonego tutaj i mieszkającego w tym mieście tak po części, bo mieszkam gdzieś tam po całym świecie, w zależności gdzie śpiewam. Kraków ma dla mnie miejsce pierwsze, to nie ulega wątpliwości.

I właśnie w Krakowie możemy Pana podziwiać w roli Eugeniusza Oniegina. Ale które wcielenie „Oniegina”, bo nie pierwszy raz śpiewa Pan tę partię, jest Panu najbliższe?

Mój debiut jako Oniegina nastąpił w Graz Opera w Austrii. Był to piękny spektakl, taki bardzo artystyczny i romantyczny. Tak jak pierwsza miłość zostaje w pamięci, tak ten pierwszy spektakl tam pozostanie, i to właśnie do niego porównuje innych „Onieginów”. Chociaż czuje, że to krakowskie przedstawienie będzie miało jedno z pierwszych miejsc. Jest ono bardzo poetyckie, rysowane pięknie i zarazem odważnie przez reżysera. Jest poprowadzone w kierunku silnej energii europejskiej, ale z tym zabarwieniem rosyjskim. I to mi się bardzo podoba, że jest to teatr właśnie europejski, już nie stricte polski. Pewnie wynika to z tego, że spektakl powstał w koprodukcji z Operą Poznańska, ABAO z Bilbao i Teatro Argentyno La Plata. Reżyser miał utrudnione zadanie, bo musiał stworzyć coś ponadkulturowego, co przyjmie się w tych wszystkich teatrach. I wydaje mi się, że tego dokonał.

A nie boi się Pan nowoczesności tego spektaklu?

Nie, bo on nie jest bardzo nowoczesny. Jest wręcz w pewien sposób tradycyjny. Wie Pani, z punktu widzenia śpiewaka - my śpiewamy w operach naprawdę nowoczesnych, gdzie często na scenie jest jakaś figura, jakiś pręt, albo tylko dwa krzesła, biega się półnago po scenie i odgrywa niby wielki zamek, a nic na scenie przypomina tego gdzie jesteśmy i o czym śpiewamy. Tutaj na szczęście tego nie ma, natomiast jest troszeczkę wątku nowoczesnego, bo to jest młody reżyser, młody człowiek, który chce przekazać jakąś swoja informacje w tym przedstawieniu. Jest lód na scenie, woda... Ale spokojnie, proszę się nie nastawiać na teatr całkowicie
„nowoczesny”.

To chyba dobrze..?

Yhm.

Pomijając już jej elementy nowoczesne, a biorąc pod uwagę specyfikę oper rosyjskich i to, co dzieje się aktualnie na tle politycznym w naszym kraju, myśli Pan, że ta opera zostanie dobrze przyjęta?

Myślę, że tak. Ponieważ tutaj nie ma nic absolutnie politycznego. To jest czysta sztuka, czysty śpiew, czyste emocje, dużo energii, miłości i młodości – a to nie ma przecież nic wspólnego z Katastrofą Smoleńską, czy wizytą Miedwiediewa w Polsce. Myślę, że my Polacy... Boże, przecież jesteśmy europejczykami! Nie patrzmy przez pryzmat polityki na wszystko co dzieje się wokół nas. Myślę, że „Eugeniusz Oniegin” nie będzie wzbudzał żadnych kontrowersji. Za to ciepłe i miłe słowa.
A sam Oniegin. Postać. Jaka jego cząstka jest w Panu samym?
We mnie samym... To chyba ta romantyczna cząstka. Ta z drugiej części...

...ta nadtopiona?

(Śmiech) Tak. Ta, która się roztapia i cieszy serce moje. Więc ten romantyk gdzieś we mnie jest. Za to cynik z początku opery, nie szanujący ludzi z niższej klasy, bądź nie szanujący przyjaźni, odrzucający miłość – no to nie jestem ja. Ale trzeba w sobie znaleźć te pierwiastki wspólne dla postaci i mnie samego, żeby tą postać stworzyć. To jest też ta bajkowość całego teatru. Dzięki temu mogę zagrać kogoś kim nie jestem.
Ale wydaje mi się, że dla śpiewaka operowego nie jest to takie proste. Specyfika śpiewu klasycznego narzuca chyba wiele ograniczeń w samej grze aktorskiej?
Trudno mi to powiedzieć. My mamy chyba łatwiej, bo wszystko jest napisane. My nie możemy tak jak aktor zrobić dłuższej pauzy, czy zmodulować głosu i wyszeptać czegoś. My mamy napisany tekst muzyczny i musimy go przekazać, dając nasz głos, nasze ciało i energię. Jest to też trudne, bo w tej chwili opera nie jest już czasem wielkich, otyłych primadonn, które wychodzą na scenę i tylko stoją i zioną dźwiękiem. W tej chwili jest czas młodości, sprytu, dobrego aktorstwa, pięknego kostiumu. Im ktoś piękniej wygląda, śpiewa i istnieje na scenie, tym większą robi karierę. Dlatego teraz konkurencja jest ogromna. My śpiewacy jesteśmy trzymani w okowach utworu, metrum. Batuta dyrygenta pokazuje nam kiedy mamy wejść a kiedy skończyć. Wszystko robimy głosem. Jedynym mankamentem opery jest to, że może być zimno i ten głos nagle się gdzieś straci. Bo kiedy jeszcze, tym głosem, można powiedzieć coś na chrypce, to z pewnością już nic nie można nim zaśpiewać.

I co wtedy?


No i wtedy dramat! Dramat i tragikomedia! Szuka się zastępstwa, bo przecież ludzie zapłacili pieniądze i chcą zobaczyć spektakl. Albo śpiewak przygotowuje się tak, żeby wieczorem zaśpiewać. Może słabiej, ale publiczność, najczęściej wtedy poinformowana o niedyspozycji, wybacza to śpiewakowi.

Wybacza? Mnie się wydaje, że jednak wiele osób nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że głos śpiewaka to nie trąbka, która zawsze zagra.

No tak, ale jeśli osiąga się coś na świecie, przyjeżdża się z tym tu, do Polski, czy gdziekolwiek indziej i ludzie płacą za to pieniądze, to ich to nie interesuje. Ja się czuję źle, to ja się tak czuje, nie oni, więc muszę wyjść i zaśpiewać. Ale to jest podejście do wszystkiego za co płacimy. Jeżeli ktoś kupuje fantastycznej marki samochód, to żąda, żeby ta maszyna pracowała wiele lat bez awarii, a jeżeli się psuje - zwraca się go firmie.

Wspomniał Pan o osiągnięciu „czegoś” na świecie. No właśnie. Czy, może jak postać Oniegina, nie doznał Pan pewnego rozczarowania „wielkim światem”?

Teraz chyba tak. Ale na początku nie. Jak wyjechałem po raz pierwszy do Stanów, to było 14 lat temu, to byłem zachwycony. Pamiętam jak dzwoniłem do rodziny i mówiłem, że czuję się jak w niebie. Wszystko świeci, wszystko było piękne, na wyciągnięcie ręki. I ten wielki świat pochłaniał jeszcze młodego wtedy człowieka. Teraz dalej jestem młody, nie jestem przecież starcem, ale zwiedziłem już tyle krajów, widziałem tyle miejsc, że zobaczyłem, że dochodzi do komercjalizacji wszystkiego. Restauracje, sklepy – one wszędzie są takie same. Czy to jest wschód czy to jest zachód. Jedynie na czym można się skupić to kultura i sztuka. To tradycja, która gdzieś przetrwała w naszej krwi, naszych zachowaniach na co dzień. Ja jadąc gdziekolwiek zawsze szukam tych cech, które są właściwe danemu krajowi.

A jak to jest z operą światową? Bo czy, tak jak Pan powiedział, w dobie komercjalizacji, kultury masowej i elektroniki, opera ma jeszcze szansę bytu?

Jak najbardziej!

Opera nie umiera?

Opera nie umiera, czego dowodem są ciągle nowe produkcje we wszystkich teatrach i budowanie nowych oper. Mamy przecież nową Operę Krakowską, więc tu nie umiera, ale się rodzi. Ona nie umiera, ale musi przejść pewną transformację. Te stereotypowe „ciężkie kloce” wychodzące na scenę – to nie. Te fiszbiny i żaboty, ale w nowym ujęciu, to jest to, co mamy właśnie w „Eugeniuszu Onieginie” - tradycję w nowoczesnym ujęciu. Być może w takich spektaklach jak „Skrzypek na dachu”, który mówi dokładnie o danej kulturze, nie może tego być. Ale jak idziemy do teatru na sztukę, która jest ponadczasowa, jak na przykład „Don Giovanni” Mozarta, możemy spokojnie grać w siedemnastym, i osiemnastym, i dwudziestym drugim wieku. To jest tak ogromne pole do popisu dla reżyserów. Bo opera ma niespożyte energie do wykorzystania. Absolutnie nie umiera. Moim zdaniem właśnie my przeżyjemy renesans opery.

Karolina Skrzyńska
Dziennik Teatralny Kraków
11 grudnia 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia