To nasze miejsce wciąż się tworzy

Rozmowa z Marią Seweryn

rozmowa z Marią Seweryn.

Po pierwszych kilku miesiącach, które spędziła w Och-teatrze, nie ma już wątpliwości: to miejsce stało się dla niej sensem życia. Maria Seweryn debiutuje właśnie jako reżyser spektaklu "Zaświaty, czyli czy pies ma duszę?". 

Dorota Wyżyńska: "Zaświaty" to jak - zapowiadacie - komedia filozoficzna...

Maria Seweryn: To przede wszystkim komedia, czarna komedia, ale nie pozbawiona elementów filozoficznych. Już sama historia jest zabawna. Punkt wyjścia, kontekst powodują, że mam nadzieję, będziemy się dobrze bawić. Są też mocne, wyraziste charaktery. I to ogromna zaleta sztuki. Trzy striptizerki, jeżdżą całą noc od klubu do klubu, z występu na występ, chcąc zarobić jak najwięcej pieniędzy. Giną w wypadku samochodowym. Na drogę wbiegł im pies, a one chciały go ocalić. Samochód uderza w latarnię. Bohaterki trafiają do poczekalni przed Sądem Ostatecznym, do "sektora 22" dla osób zamieszkałych między Bugiem a Odrą Są tam drzwi np. dla rowerzystów, artystów, gejów...

Jedna z bohaterek ma problem, ponieważ jest ateistką. Okazuje się, że ateiści też trafiają do poczekalni przed Sądem Ostatecznym. Między śmiechem pojawiają się pytania poważne, filozoficzne. Jest też cała masa humoru w warstwie literackiej tekstu. Nagle wszystkie popularne formułki typu: "Ja się zabiję!" albo "Będziemy tu siedzieć do końca życia", nabierają innego wymiaru

Debiutujesz jako reżyser! Już od jakiegoś czasu miałaś na to ochotę, prawda? 

- Tak, ale tu sytuacja była wyjątkowa. Po dużej inwestycji, jaką był Och-teatr, po kilku zdarzeniach losowych, kiedy z powodu żałoby narodowej, choroby aktorów musieliśmy odwoływać nasze spektakle, nasza sytuacja finansowa nie była najlepsza. Na dodatek na kilka dni przed rozpoczęciem prób do spektaklu "Trzy razy Kalina" okazało się, że nie możemy tego wystawić, bo wycofał się jeden z aktorów. Zostały nam za to trzy wspaniałe aktorki, które już zarezerwowały sobie czas na próby.

U mojej mamy w gabinecie w Teatrze Polonia jest stos tekstów teatralnych przeróżnych autorów. Czytamy je powoli, po kolei. Ale tu sytuacja była nagła. Wtedy mama znalazła sztukę Jerzego Andrzeja Masłowskiego. Natychmiast do mnie zadzwoniła, żebym ją przeczytała. Nie zdążyłam jej jeszcze skończyć, kiedy usłyszałam ze słuchawki: "Wyreżyserujesz ją?". 

Sama widzisz, że moje reżyserowanie jest tu małym szaleństwem. Ale dla mnie cennym doświadczeniem. Wierzę w takie przypadki. Na szczęście cały czas mam przy sobie mamę.

A jak "Zaświaty..." wpisują się w wasz program Och-teatru? 

- Zdradziłam ci tę historię przypadku, więc teraz trudno dorobić do tego ideologię (śmiech). Ten spektakl jest bardzo aktorski. Sama inscenizacja jest skromna. To, co najważniejsze, jest w rolach, w spotkaniu na scenie czterech osobowości aktorskich. A właśnie surowość tego przedstawienia wpisuje się w program Och-teatru.

Mamy tu trzy wyraziste typy kobiet. 

- To są striptizerki, więc w pewnym sensie są to osoby niejednoznaczne, kontrowersyjne. A poza tym... każda z nich dostała od życia w kość, a pod wyzywającym kostiumem i makijażem ukrywa ogromną wrażliwość. Wszystkie trzy wchodzą na scenę "zrobione" - przecież jechały na występ. A potem się "rozpadają".

Ale są bardzo różne. Paulina Holtz gra typ kobiety, który lubię. Pomimo wielu przejść jest wciąż pozytywnie nastawiona do świata. Bezkompromisowa, bezwstydna, silna i z ogromnym poczuciem humoru.

Małgosia Bogdańska gra striptizerkę neurotyczną, znerwicowaną, starszą od dwóch pozostałych, która w trudnych momentach łyka "luzaczki" na uspokojenie. 

Bohaterka Violi Arlak to typ Baby Doll. Ubarwia swoje wypowiedzi włoskimi słowami, jest katoliczką i ma wielkie gorące serce. Jest aktorką, którą wyrzucono z teatru, bo nie pasowała do polskiego współczesnego repertuaru (śmiech). 

To sztuka o kobietach, o miłości i o mężczyznach. Co chwilę zastanawiają się, czy tam w zaświatach są jacyś normalni mężczyźni. Martwią się, bo " przecież w ogóle nie ma normalnych mężczyzn!". Spotykają tam Anioła - Selekcjonera granego przez Krzysztofa Pluskotę. 

I jest jeszcze Lulu... 

- Pies, suczka, sprawca wypadku. Bo gdyby Lulu nie pojawiała się na ich drodze, nasze bohaterki nadal cieszyłyby się wzięciem w swoich klubach nocnych.

Lulu prywatnie też wabi się Lulu i dostała tę rolę po znajomości.

- Tak, Lulu jest moim psem. Psem niezwykłym. Mieszka z nami od dziesięciu lat. Jest psem ze schroniska wybranym przez moją córkę. Mieliśmy z nią wiele przygód. Wiele razy nam znikała, wsiadała do tramwaju i odjeżdżała, ale potem wracała. 

Zabieram ją do teatru od dawna, ale dopiero teraz na próbach okazała się rzecz zabawna, która nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy - że pies przecież nie rozróżnia sceny od widowni. To rodzi wiele niespodziewanych i zaskakujących sytuacji.

Musisz jej wybaczyć. W Och-teatrze to nie jest takie oczywiste...

- Tak, widownia po dwóch stronach. Takie stworzenie na scenie, które jest w naturalny sposób prawdziwe, obnaża w pewnym sensie "fałsz" i sztuczność teatralnej sytuacji.

Rozmawiałyśmy o Och-teatrze pół roku temu, jak zaczynałaś tu swoją pracę. Jak rzeczywistość zweryfikowała marzenia i plany?

- Był taki moment, ten najtrudniejszy tydzień, kiedy z repertuaru spadła "Kalina", kiedy nie wiedzieliśmy co dalej. Usiadłam wtedy z mamą i dyrektorem Romanem Osadnikiem i dowiedziałam się, że Och-teatr może nie przetrwać lata. Trudno mi opisać, co wtedy poczułam. Ten teatr stał się sensem mojego życia. A dodatkowo musiałam tę informację przekazać wszystkim osobom, które tu pracują. I wtedy usłyszałam zdanie, które dodało mi sił: "Zamknąć to my się możemy w teatrze, ale nikt nie będzie zamykał tego teatru".

Wiem, że to miejsce wciąż się tworzy. Że trzeba o nim przypominać. Przed nami jeszcze remont. Musimy wymienić kaloryfery, bo nie przetrwamy zimy. Zrobimy to w sierpniu. Mam nadzieję, że przez 20 dni, kiedy nie gramy, to się uda. A potem bierzemy się do pracy.

Och-teatr potrzebuje jeszcze mocnych pozycji w repertuarze. Takim jest wspaniała "Biała bluzka". Mamy w planach premierę francuskiej farsy "Weekend na wsi", w której wystąpią m.in.: Krystyna Janda, Piotr Machalica, Sonia Bohosiewicz. W sierpniu próby "Kozy, czyli kim jest Sylwia" Albee\'ego rozpoczną Kasia Adamik i Olga Chajdas. Szkoła Andrzeja Wajdy ma przygotować u nas premierę bergmanowskich "Scen z życia małżeńskiego". 

Jest tu też kawiarnia czynna przez cały dzień... 

- ...a latem kawiarniany ogródek, który powoli, nieśmiało zapełnia się gośćmi. To nasze miejsce pod mirabelką. Czasem wychodzimy z prób w szale twórczym, w amoku totalnym zaaferowani coś opowiadamy, dyskutujemy i orientujemy się nagle, że siedzą sobie tu nasi widzowie. To taka cecha tej kawiarni. Ma swój urok.

Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Stołeczna
28 czerwca 2010
Portrety
Maria Seweryn

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia