To nie jest komedia

rozmowa z Agnieszką Więdłochą

Z Agnieszką Więdłochą, aktorką Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, bohaterką przedstawienia "Rowerzyści" rozmawiała Anna Broniszewska.

Anna Broniszewska: W tym roku skończyła Pani PWSTiTv w Łodzi, od razu zaangażowano Panią do kilku spektakli - m.in. „Nad” w Teatrze Jaracza, zatem już miała Pani zdobyte jakieś doświadczenie. Zatem proszę powiedzieć jak w porównaniu z wcześniejszymi projektami pracuje się z samą Anną Augustynowicz?

Agnieszka Więdłocha: Anka jest rewelacyjna. Na początku obawiałam się współpracy z nią, bo jak wiadomo, nie jest ona jakimś tam byle reżyserem. Jednak pozytywnie zostałam zaskoczona, bo okazała się być bardzo przyjaźnie i życzliwie nastawiona do ludzi, z którymi pracuje. Wiele mnie nauczyła. Bardzo cenię sobie współpracę z nią, ponieważ nie ma tu przysłowiowego „owijania w bawełnę”, jak coś jest nie tak, to mówi prosto z mostu. Właśnie dlatego stworzyła z nas bardzo zgraną grupę, choć przyznać muszę, że początki były trudne.

Czy ta trudność przejawiała się w tym, że przedstawienie jest grane przez dwa osobne zespoły z różnych, oddalonych od siebie teatrów?

Również dlatego. Pociągiem w jedną stronę jechaliśmy około siedmiu godzin, to dość wycieńczające. Wszystkie próby odbywały się w Szczecinie, dopiero tydzień przed premierą zjechaliśmy się wszyscy do Łodzi (ponieważ najpierw premierę mieliśmy w Łodzi, potem w Szczecinie). Anka włożyła naprawdę dużo pracy, żeby nas zgrać. Sama twierdzi, że sztuka dąży do harmonii, dlatego potrzebny jest balans w grupie, czasami poskromienie emocji, by wszystko odpowiednio brzmiało. Zresztą porównuje nas do instrumentów muzycznych, które jako reżyser musi nastroić tak, aby dobrze współbrzmiały i siebie słyszały. Myślę, że się jej to udało, bo naprawdę stworzyliśmy paczkę przede wszystkim zgranych i wrażliwych na siebie przyjaciół.

Całkiem niedawno zdobyliście nagrodę za zespołowość na 49. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, dziś zaprezentowaliście się z okazji IX Ogólnopolskim Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu. Jak Pani myśli, czy grani przez Was bohaterowie mogliby żyć wśród nas? Czy naprawdę jest to dosłownie – rzeczywistość przedstawiona?

Wiem, że to smutne, ale tacy ludzie żyją wokół nas i jest ich całe mnóstwo. Dlatego tak naprawdę nie odbieram tej sztuki, jak komedię. Sądzę, że tacy ludzie są „produktem ubocznym” naszych czasów. Wiem, że w przedstawieniu jest wiele zabawnych momentów, ale dla nas najważniejsze było to, żeby wydobyć coś więcej, żeby wskazać problemy tych ludzi. I przyznać trzeba, że taka jest rzeczywistość wielu z nich, nie tylko w sposobie życia, ale również w tym powściągliwym okazywaniu uczuć i dystansie przeszkadzającym w zdrowych relacjach.

Czy jest jakaś nadzieja dla takich ludzi?

Tak, oczywiście, że jest. Po to jest teatr, żeby dawać nadzieję. Tak naprawdę czasami życie jest jak teatr, dlatego naszym założeniem było odwrócić te role i pokazać jak jest naprawdę. Myślę, że nadzieją są też tacy ludzi jak my, jak Anka, którzy wierzą w to, co robią, są skłonni do poświęceń, cieszą się z tego co robią i starają się tym szczęściem dzielić z innymi.

Jest to budujące. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Anna Broniszewska
Dziennik Teatralny Katowice
26 października 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia