Toast za zbrodnię

"Zabójstwo przy Rue Morgue" - reż. Maciej Masztalski - Teatr Ad Spectatores we Wrocławiu

Teatr Ad Spectatores słynie z wyrafinowanych gier z publicznością - od porozumiewawczych mrugnięć do widza po bezpośrednie włączanie go w sceniczną dyskusję. W "Zabójstwie przy Rue Morgue", spektaklu opartym na motywach opowiadania Edgara Allana Poego, aktorzy zdają się przyjmować jednak skrajnie odmienną strategię - mogliby się doskonale obejść bez odbiorcy: świetnie się bawią w swoim towarzystwie, nieustannie racząc się napojami wyskokowymi

Pierwsza scena przedstawienia początkowo irytuje sposobem gry aktorskiej. Trzej pojawiający się na scenie panowie (Arkadiusz Cyran, Marcin Chabowski i Michał Wielewicki) plączą się i zacinają w tekście, wypowiadają kolejne zdania z podniosłą manierą, recytują rymowane kwestie, sztucznie akcentując końcówki wersów dla podkreślenia współbrzmień, przesadnie gestykulują. Gdy widz już zaczyna się zastanawiać, czy aktorzy aż tak kiepsko znają swoje role, okazuje się, że mamy do czynienia z ciekawym rozwiązaniem „teatru w teatrze”. Otóż bohaterowie hobbystycznie wystawiają jednoaktówki podczas towarzyskich spotkań. W czasie spektaklu powtórzą ten chwyt dwukrotnie, co tym skuteczniej ukaże postaci jako kompletne dramatyczne beztalencia.

Reżyser, Maciej Masztalski, sięga po XIX-wieczny klasyczny tekst kryminalny, nie czytając go bynajmniej na kolanach. Historia brutalnej zbrodni popełnionej na dwóch kobietach w paryskiej kamienicy staje się przedmiotem rozmowy i dedukcyjnych dociekań detektywa i jego dwóch przyjaciół. Dla zapewnienia sobie rozrywki panowie zapraszają do siebie również dwie aktorki. Jedna z nich (Anita Balcerzak), z pseudointelektualnym zacięciem dołącza do dyskusji, druga zaś (Dorota Łukasiewicz-Kwietniewska) jest zbyt pijana, by logicznie myśleć (a nawet reagować na coraz mniej subtelne zaloty mężczyzn). Alkohol leje się strumieniami, a dążeniu do rozwiązania kryminalnej zagadki towarzyszy erotyczna gra. Samo ujawnienie mordercy, którym okazuje się wystraszony orangutan, ma postać wieszczego szału Renégo (Chabowski). Fabularne pomysły Poego wypadają na scenie śmiesznie i nieprawdopodobnie. Podkreśla to zwłaszcza ostatnia scena rekonstrukcji zbrodni, w której jeden z kolegów odgrywa rolę orangutana, lokaj zaś – jego właściciela (rozpaczliwie wzywającego zwierzę imieniem „Fafik!”).

Akcja popychana jest przez bohaterów w iście żółwim tempie, dialogi bohaterów przypominają leniwe kawiarniane rozmowy, alkohol rozwiązuje języki i skłania do niewybrednych żartów (jak choćby szalona piosenka o paryskich prostytutkach z refrenem „jak ja kocham k...y”). Interesującym rozwiązaniem jest wprowadzenie zeznań świadków w formie krótkiego filmu w kolorze sepii wyświetlanego na ceglanej ścianie – wśród zeznających rozpoznać można innych aktorów Ad Spectatores (jak choćby świetny, przemawiający tonem eksperta Paweł Kutny), a nawet samego reżysera. Aktorzy zdają się grać jakby od niechcenia, ze wspomnianym wyżej dystansem do obecności widza. Najlepiej z męskiej trójki wypada Marcin Chabowski, ze swobodą przeskakujący od wulgarności do twórczo-dedukcyjnego uniesienia.

Spektakl oferuje widzowi przede wszystkim łatwą i lekką rozrywkę. Składają się nań ciekawe epizody, jak jednoaktówka bohaterów o kopaniu grobu czy oparta na wyraźnym flircie gra w szachy. Przedstawieniu brak jednak spójnej konstrukcji i dynamizmu. Widz podgląda bohaterów w ich towarzyskim spotkaniu jako obserwator bezpiecznie ukryty w ciemności. Wydarzenia rozgrywają się powoli, aktorzy każą nam czekać na każdy swój ruch. „Zabójstwo przy Rue Morgue” wzięte w gruby nawias humoru nie ma w sobie napięcia i grozy literackiego oryginału. Spektakl ogląda się wprawdzie przyjemnie, lecz równie szybko o nim zapomina.

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
10 grudnia 2011

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Proces
Pia Partum
19 stycznia 2019 roku na scenie pojaw...