Totalne dzieło życia

"Tannhäuser" - reż. Laco Adamik - Opera Krakowska w Krakowie -

U Laco Adamika nie znajdziemy wyraźnych podziałów na dobre i złe, grzeszne i święte - to raczej dwie strony jednego medalu. Kocha się go albo nienawidzi, ale jednemu zaprzeczyć nie można: każda premiera jego utworu to wydarzenie w operowym świecie. Bywa, że wydarzenie artystyczne - zawsze zaś dowód odwagi, ambicji, pracowitości i umiejętności strategicznych. W Krakowie na takowe czekaliśmy długo: "Tannhäuser" to pierwsza powojenna krakowska inscenizacja wagnerowska (w roku 1934 operę tę pokazał Bolesław Wallek-Walewski z Adą Sari jako Elżbietą, kilkanaście lat temu do Krakowa z gościnnymi występami z tym tytułem przyjechała Opera Śląska).

"Tannhäuser" i turniej śpiewaczy na Wartburgu stanowi środkowe ogniwo tak zwanych oper romantycznych Richarda Wagnera, które odznaczają się obecnością trzech motywów: świata nadprzyrodzonego, wędrowca-tułacza oraz zbawczej kobiety. Minnesinger, czyli rycerz-śpiewak Tannhauser, to postać historyczna (żył w latach ok. 1205-1270): jego sztuka wyróżniała się Heinowską w duchu ironią - jakże odmienną od modnej podówczas strzelistej afektacji - oraz ogromnym poetyckim kunsztem, co najprawdopodobniej przyczyniło się do powstania w XV wieku legendy o jego konszachtach z ciemnymi mocami, czyli pobycie w grocie Wenus oraz daremnej pielgrzymce do papieża Urbana IV. Wagner dodatkowo utożsamił tę postać z Heinrichem von Ofterdingenem - uczestnikiem autentycznego, opisywanego między innymi przez E.T.A. Hoffmanna, słynnego turnieju śpiewaczego, jaki odbył się na turyńskim zamku Wartburg w roku 1206 lub 1207. W turnieju owym walczyli też inni sławni bohaterowie opery: wśród nich Wolfram von Eschenbach (twórca umuzycznionego później przez kompozytora eposu Parsifal) i Walter von der Vogelweide.

Jaki jest ideowy sens "Tannhäusera" i jakie daje on możliwości interpretacyjne? Wagner w tej kwestii gubił się w zeznaniach i zmieniał je na różnych etapach życia. Niewątpliwie mamy tu do czynienia z grą przeciwieństw, nośnym dramaturgicznie dualizmem. Najsilniej między szeroko pojętą cielesnością człowieka - grzeszną, nieokiełznaną i (jak chcą niektórzy) poniżającą a jego duchowością - innymi słowy: między naturą a kulturą. Sam Wagner nieustannie zmagał się ze sobą na tym polu, miotany ambiwalentnymi skłonnościami. Zapewne też - co łączy się poniekąd z poprzednim - między pogaństwem a chrześcijaństwem. Tu jednak kwestia nie jest już tak klarowna, wydaje się nawet momentami, iż imię Marii jest efektownym naddatkiem, bowiem imię Elżbiety wystarczyłoby Wagnerowi w zupełności. Można zatem skonstatować, iż dualizm dotyczy postaci Wenus i Elżbiety - jako dwóch stron miłości - oraz sensów, jakie za sobą pociągają. To jednak nie wszystko! Między Wenus a Elżbietą wędruje wszakże do końca swych dni Tannhäuser. Owa wędrówka zdaje się właśnie sednem krakowskiej inscenizacji, której autor - Laco Adamik - mierzy się z tym tytułem już po raz drugi (w roku 2001 zrealizował tę operę w Bytomiu i przywiózł wówczas do Krakowa). "Tannhäusera" odczytuje on przede wszystkim z egzystencjalnego punktu widzenia: jako manichejską opowieść o tym, iż pełnię człowieczeństwa osiągnąć można tylko poprzez pełne poznanie dobra i zła. Tylko poszukując sensu życia i przeglądając się w oczach innych możemy uzyskać ludzką samoświadomość; tylko wchodząc na mylne drogi i doznając cierpienia możemy docenić wartość dobra i szczęścia; wreszcie -tylko kochając ciałem i duszą możemy kochać naprawdę. Cena za tę wolność jest wysoka, najwyższa - to śmierć. Dlatego też u Laco Adamika nie znajdziemy wyraźnych podziałów na dobre i złe, grzeszne i święte - to raczej dwie strony jednego medalu. Co więcej: awers i rewers nie zawsze zdają się być na swoich miejscach. Świat groty Wenus - z jej grzeszną czy też grzechu wartą zmysłowością - to zatem świat całkowitej bieli: jakby antycznego snu o zatopionej Atlantydzie. Świat Elżbiety i cnót zamku Wartburg to z kolei świat kompletnej czerni: czy dlatego, że ostatnim ziemskim aktem, jaki się w nim rozegra, będzie śmierć, która zbawia? Co ciekawe: jedynym wyłomem w tym porządku jest Wenus odziana na czarno, jak Elżbieta - druga strona zbawczej "wieczystej kobiecości".

Kształt plastyczny spektaklu, za który odpowiada Barbara Kędzierska, jest nie tylko szalenie konsekwentny, ale i oszczędny - wręcz ascetyczny. To życzenie reżysera, który z wiekiem coraz mocniej hołduje zasadzie "mniej znaczy więcej" - zwłaszcza w przypadku konfrontacji z muzyką tak gęstą jak Wagnera. Ta wizja nie jest efekciarska, rzekłabym nawet: nie jest efektowna - w powierzchownym tego słowa znaczeniu (choć niepozbawiona pięknych momentów - jak ten z wędrującymi po dolinie pastuszkiem i pielgrzymami). Scenografia, której bazę stanowią antyczne ruiny, ma coś z przygnębiającego krajobrazu postindustrialnego: tchnie smutkiem i śmiercią (Tannhäuser wyzna parokrotnie: "Śmierć i grób noszę w sercu") - przypominając, że, jak pisał Nietzsche, Wagner to "Orfeusz wszystkich wewnętrznych męczarni".

Spektakl, niestety, zawiera kilka nietrafionych pomysłów. Primo - niemal wszyscy palą (łącznie z czyszczącym żyrandol Sługą); secundo, dużo istotniejsze - przeniesienie trzonu akcji w okres międzywojnia, co (abstrahując od artystycznej celowości) wydaje się niezręczne historycznie. Nie przekonały mnie też przypominające taniec św. Wita bachanalia autorstwa odpowiedzialnej za ruch sceniczny Katarzyny Aleksander-Kmieć. Ascetyczna wizja pozwala wszakże na wyrazistsze wyeksponowanie istotnych znaków scenicznych: w tym przypadku przewijających się stale czerwonego krzesła thonetowskiego (symbolu cielesności) i białej chusty (symbolu duchowości) oraz końcowego confetti z zakwitłego na pielgrzymich laskach listowia. Tymi rekwizytami otoczony będzie w finale martwy Tannhäuser dowodząc, iż tylko wgryzając się w owoce z drzewa poznania dobra i zła, stworzymy prawdziwe - co więcej, zwieńczone zbawieniem - Gesamtlebenswerk: totalne dzieło życia.

Jak poradzili sobie z wagnerowskim wyzwaniem wykonawcy? Przede wszystkim na brawa zasługuje fakt, że głównych solistów skompletowano spośród zespołu Opery Krakowskiej, co dobrze świadczy o jej obecnej kondycji. Premierowa obsada, przynajmniej w czołowej szóstce, wypadła imponująco. Tomasz Kuk jako tytułowy Tannhäuser potwierdził, że od dłuższego już czasu wznosi się na fali. Mimo że z Wagnerem zmierzył się po raz pierwszy, jego głos - prawdziwie bohaterski tenor - naprawdę satysfakcjonował. Nie można tego natomiast powiedzieć o monotonnej interpretacji - zabrakło świadomości sensu wyśpiewywanych słów (np. kończące akt I "Do niej!" nie miało w sobie nic z oczekiwanej namiętności). Wioletta Chodowicz jako Elżbieta zachwycała zwłaszcza tym, czego zabrakło jej rycerzowi: subtelnością i zniuansowaniem interpretacji, oddającej każde poruszenie serca - szczególnie wzruszająco zabrzmiała "mowa obronna" podczas turnieju. Doświadczona w Wagnerze Ewa Vesin z postaci Wenus umiejętnie wydobyła dramatyzm i zmysłowość, wyśpiewane pewnie i wyraziście.

Jedną z najpiękniejszych kreacji, wokalnie i aktorsko, zaproponował Mariusz Godlewski jako Wolfram - szlachetnie oddający sercowe pole Tannhäuserowi. Jedną z najwyrazistszych zaś, mimo epizodyczności, Andrzej Lampert jako Walter - chapeau bas! Największym zgrzytem drugiej obsady okazał się odtwórca tytułowy: Janusz Ratajczak, który nie powinien zbaczać ze swojej głównej specjalizacji, jaką jest operetka i jej okolice. Jeszcze bardziej wyraziście w porównaniu z premierą zabrzmiały panie: zwłaszcza Magdalena Barylak jako Elżbieta, z kolei mezzosopranowa barwa głosu Moniki Ledzion-Porczyńskiej przydała postaci Wenus tajemniczego mroku. Porównywalnie do Godlewskiego postać Wolframa oddał Adam Szerszeń - szlachetnie brzmiący (choćby w Pieśni do gwiazdy) i interpretacyjnie świadomy. Z prawdziwą czułością, choć niestety niedostatkiem technicznym - zaprezentowała się Agnieszka Kuk jako trzecia Elżbieta. Całości dobrze dopełnili Wołodymyr Pankiv i Aleksander Teliga (Landgraf) oraz Monika Korybalska (Pastuszek).

Szacunek należy się orkiestrze pod batutą Tomasza Tokarczyka oraz chórowi (wzmocnionemu o artystów gościnnych) przygotowanemu przez Zygmunta Magierę - już za samo okiełznanie gigantycznego materiału. Co prawda fałsze smyczków i wysokich dętych oraz nieprecyzyjności rytmiczne pokazują, że zespół czeka jeszcze sporo pracy, jednak momenty tutti takie jakie finałowy motyw pielgrzymów rekompensują niemal wszystko.

Monika Partyk
Ruch Muzyczny
18 sierpnia 2016
Portrety
Laco Adamik

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia