Tradycyjnie - znaczy dobrze i odważnie

"Cyrulik sewilski"- reż.Jitka Stokalska - Warszawska Opera Kameralna

Teatr piórem Temidy.

W szaleńczej pogoni za obowiązującymi dziś nowinkami na scenie reżyserzy nierzadko gubią istotę prezentowanego utworu, wypaczają myśl autora i raczą widzów męką oglądania czegoś, co uwłacza ich poczuciu godności i estetyki. Użycie zaś terminu "tradycyjny" w odniesieniu do przedstawienia operowego, teatralnego, telewizyjnego czy jakiegokolwiek innego odbierane jest obecnie jako obraza reżysera. Mało kto ma dziś odwagę - bo to naprawdę jest odwaga - zrealizować przedstawienie w konwencji stricte tradycyjnej, bo gdyby nawet wyszedł z tego majstersztyk reżyserski, to i tak "postępowi" krytycy nie zostawią przecież na reżyserze suchej nitki. W tej sytuacji już tylko śladowo można trafić na przedstawienia utrzymane w tzw. konwencji tradycyjnej. Nie jest zatem wykluczone, że niebawem tego typu spektakle będą nazywane awangardowymi. Tak więc premiera "Cyrulika sewilskiego" w reżyserii Jitki Stokalskiej to szczyt odwagi ze strony zarówno pani reżyser, jak i Warszawskiej Opery Kameralnej, która wystawiła operę Rossiniego.

Odwaga opłaciła się stokrotnie. Bo jest to nadzwyczaj udane przedsięwzięcie artystyczne. I muzycznie, i wokalnie, i aktorsko, i inscenizacyjnie. Jitka Stokalska powróciła do "Cyrulika sewilskiego" wystawionego już na tej scenie kilka lat temu podczas Festiwalu Oper Gioacchina Rossiniego. I choć kształt inscenizacyjny obecnej premiery jest bardzo podobny do tamtego, to jest to zupełnie nowe przedstawienie, z nową, znakomicie funkcjonalną i estetycznie przystającą do całości scenografią Marleny Skoneczko (poprzednia, też znakomita, ale w innym stylu, bardziej kolorystyczna, była autorstwa Łucji Kossakowskiej) oraz z nową obsadą, wśród której są młodzi śpiewacy będący dopiero u początku swej drogi prowadzącej do kariery artystycznej. A że termin "kariera" w tym najlepszym, najszlachetniejszym znaczeniu będzie tu aktualny, możemy być pewni. Ci młodzi śpiewacy znakomicie poradzili sobie z niełatwymi przecież ariami. 
Młody tenor Sylwester Smulczyński zaśpiewał nawet finałową, niezwykle skomplikowaną arię hrabiego Almavivy, z której nierzadko rezygnują nawet najbardziej doświadczeni tenorzy z uwagi na jej stopień trudności. Sylwester Smulczyński odważnie i z ogromnym entuzjazmem podszedł do tego zadania, mając wiele atutów ku temu, by wykonać je najlepiej. I muzykalnie, i głosowo, i interpretacyjnie, a także jeśli idzie o zadania aktorskie. W tej sytuacji te nieliczne potknięcia wynikające przede wszystkim z braku warsztatowych doświadczeń, do czego mają przecież prawo ci młodzi śpiewacy, giną gdzieś i nie pamiętamy o nich. A hrabia Almaviva w takim wykonaniu nabiera dodatkowych cech i staje się postacią z krwi i kości, a nie papierowym kochankiem wyśpiewującym trele pod oknem ukochanej Rozyny. 
Młoda wykonawczyni partii Rozyny, Elżbieta Wróblewska, dysponująca głosem o pięknej barwie, sprawia wrażenie, jakby to właśnie dla niej napisano tę rolę. Właśnie rolę, ponieważ śpiewaczka, nie tylko wspaniale odnajduje się wokalnie w postaci Rozyny, radząc sobie doskonale z nadzwyczajnej urody zawijasami koloraturowymi, ale podejmuje też działania aktorskie, dając wyrazisty portret charakterologiczny jej bohaterki, panny sprytnej, bardzo urodziwej (tego akurat Elżbieta Wróblewska nie musi grać, bo po prostu to ma) i z uporem dążącej do celu. Mimo młodego wieku i niedużego doświadczenia zawodowego trzeba powiedzieć, że Elżbieta Wróblewska perfekcyjnie poprowadziła rolę. Ale najwięcej zadań aktorskich ma tu Robert Szpręgiel, tytułowy cyrulik, Figaro, którego jest pełno wszędzie, który ze wszystkimi dialoguje, który jest motorem całej akcji i który zgrabnie łączy wykonanie wokalne z interpretacją aktorską granej przez siebie postaci.
No i oczywiście nie mogło zabraknąć w tym spektaklu podpory artystycznej dla młodzieży śpiewaczej, którą stanowią Andrzej Klimczak, jako Don Bartolo, stary chytrus pragnący ożenić się ze swoją młodziutką i piękną wychowanicą, Rozyną. Oczywiście, wbrew jej woli. A majątek wychowanicy w oczach Bartola czyni Rozynę jeszcze bardziej atrakcyjną. Andrzej Klimczak znakomicie wokalnie i aktorsko oddaje postać swego bohatera. Drugą "podporą" artystyczną jest Sławomir Jurczak jako Don Basilio, nauczyciel śpiewu, bardzo przekupny jegomość, chytry na pieniądze, dzięki czemu pomysły cyrulika mogą być zrealizowane. Sławomir Jurczak wyraźnie dobrze czuje się w przyjęciu takiej charakterystyczności postaci, którą gra znakomicie, świetnie też śpiewa. Ową charakterystyczność podkreśla kostium i sposób bycia.
Koniecznie trzeba również wspomnieć o ruchu scenicznym, te postaci są przecież w ciągłym ruchu, scen statycznych jest tu jak na lekarstwo. I dobrze. Na dramaturgię przedstawienia składa się tu wiele elementów. Począwszy od strony muzycznej (orkiestra pod kierunkiem Rubena Silvy) i wokalnej, przez grę aktorską aż po ruch sceniczny. Wszystkie te elementy wchodzą ze sobą w logiczne relacje, tworzą w sumie harmonijną całość, która widzom sprawia prawdziwą przyjemność. A to, że w ostatnim czasie "rozmnożyły się" inscenizacje "Cyrulika sewilskiego" - bo to i w Łodzi, i w warszawskim Teatrze Wielkim, a nawet na scenie teatru stricte dramatycznego, czyli w Ateneum, gdzie premiera odbyła się w ubiegłym roku - nie tylko nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie: dzięki temu publiczność ma szansę porównania tych inscenizacji i dostrzeżenia różnych poetyk występujących w tych przedstawieniach. Bo przecież "Cyrulika sewilskiego" można grać jako operę, ale też jako sztukę teatralną autorstwa Pierre?a Beaumarchais?go, która tak spodobała się Rossiniemu, że zamówił według niej libretto i napisał operę. Beaumarchais nawet nie marzył o tym, że jego komedia grana będzie przez wieki na scenach wszystkich kontynentów świata. A stało się tak dzięki Rossiniemu, jego niezwykłej muzyce. Operowe arcydzieło Rossiniego przy okazji zapewniło sławę na całe wieki także Beaumarchais?mu. Podobnie stało się z jego inną komedią - "Weselem Figara", której sławę zapewnił sam Mozart, tworząc operę pod tym samym tytułem z librettem na podstawie właśnie tej sztuki.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
13 czerwca 2007

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia