Tragedia narodowa

Recenzje: "Być jak Steve Jobs" , "Wanda" i "Bitwa Warszawska 1920"

Krakowski Teatr Stary porwał się na wielkie przedsięwzięcie - wystawienie trzech premier w ciągu jednego weekendu. Końcówka sezonu nazwana tak nowocześnie, jak enigmatycznie - BIO.S, miała ostatecznie nas oczarować, sprowokować, poruszyć i skłonić do refleksji nad tzw. polskością.

Ta polskość w wydaniu zaproszonych do realizacji swoich projektów artystów, to nasze narodowe widzenie historii, którą, jak wiemy, należy zrewidować, odmitologizować i obedrzeć z fałszywych przekonań o własnej wielkości i heroizmie. A także oddać cześć tym, którzy w jej tworzeniu (post factum) zostali wykluczeni i pominięci - kobietom, mniejszościom.

Cele to szczytne i muszę przyznać, że bardzo bliskie również mojemu sercu. Problem polega jednak na tym, że teatr polityczny i zaangażowany to nie to samo co felietony w prasie codziennej i publicystyka. A rewizja historii nie równa się krytyce arbitralnie dobieranych wydarzeń z przeszłości i zastępowanie ich obrazami wybujałej, niedorzecznej i nie do końca zrozumiałej wyobraźni kilku dramaturgów.

Niestety, twórcy ani jednej z trzech (a nawet sześciu) ostatnich premier Starego, tego rozróżnienia nie zauważają.

Nie było mi dane wytrzymać do końca na pierwszym z prezentowanych spektakli - "Być jak Steve Jobs" Marcina Libera. Czy mam prawo pisać o przedstawieniu, którego nie widziałam w całości? Wydaje mi się, że tak. Trudno o bardziej wymowną recenzję niż stwierdzenie, że po półtorej godziny zastanawiania się, do którego końca rzędu mam bliżej, wreszcie pojawił się zbawienny antrakt, podczas którego można było się wymknąć i nie tracić więcej czasu na oglądanie tego, co 21-letni autor tekstu ma do powiedzenia na temat transformacji ustrojowej i ekonomicznej oraz biografii ich bohaterów (prawdziwych albo wymyślonych, co daje efekt już zupełnego miszmaszu i kiczu, który bardzo szybko zastępuje obiecujący, również pod względem scenograficznym, początek). Oglądanie zestawienia wszystkich warstw społecznych zjednoczonych w alkoholu ochoczo rozdawanym przez Matkę Courage, mimo silenia się na sytuacyjną ironię i cięty, polityczny dowcip, jest nudne jak flaki z olejem i po kilkunastu minutach już poważnie irytuje. Wniosek, który jest przewidywalny już od pierwszej minuty - że było źle, a teraz jest jeszcze gorzej, a za chwilę to już w ogóle będzie koszmar, tylko na szczęście go nie dożyjemy, jest wnioskiem poddawanym konsekwentnej próbie zawoalowania. Niestety, ten banał, nawet spod warstwy pokawałkowanej paplaniny, jest nie do ukrycia. Szkoda jedynie świetnych aktorów, którzy pokładają się pod wpływem na kręcącej bez końca scenie.

W głowie się kręci również dzień później. Słynny duet: Monika Strzępka i Paweł Demirski zafundowali nam 3-godzinną jazdę bez przerwy. Podczas gdy wszyscy palacze umierają przez ten czas w męczarniach, a pęcherze innych pękają, bo przecież Jan Klata jeszcze wczoraj zapowiadał zmodyfikowanym głosem, że wyjść w trakcie nie można, bo nie ma powrotów, na scenie znów się pije na umór. Tym razem sięgamy prawie 100 lat wstecz i odkrywamy, że Cud nad Wisłą to wielka ściema i zwykły fart, bo Piłsudski zamiast planować i działać spał, a jego współpracownicy wypijali hektolitry wódki siedząc bezczynnie, co według artystów nas właśnie uratowało. Wiadomo, że lepiej nie robić nic, niż na wstępie spieprzyć. Bardzo dziwi ta potrzeba dosłowności, rzucanie już dawno nieśmiesznych sloganów znanych wszystkim z polskiego, współczesnego życia politycznego, dziwią też zdjęcia "elit" wyświetlane na ścianie, nie bardzo wiadomo po co. Nużą za to dłużyzny, przeciąganie scen w nieskończoność i sprawianie, że nawet to, co zabawne, po dziesięciu minutach i setnym powtórzeniu, takie być przestaje. Jednocześnie pomieszanie konwencji, niebezpieczna gra z zabijającym ostatecznie przedstawienie patosem sprawiają, że rozmywa się manifest, który twórcy chcieli nam sprzedać. A przecież to teatr niemal propagandowy - wystarczy poczytać opis spektaklu, który chętnie wydrukowałaby po kilku przeróbkach np. Krytyka Polityczna.

Jedynym ciekawym pomysłem wydała mi się "Wanda" Pawła Passiniego. Próba oddania głosu kobiecie niemal symbolicznej i wydobycia z obiegowego określenia "Wanda, co Niemca nie chciała" całej diagnozy sytuacji kobiety w patriarchalnych układach społecznych i politycznych (w tym przypadku monarchii). Bardzo interesujący był tu powrót do metafory Polski-kobiety-matki oddającej się w ofierze na ołtarzu wojny. Z jednej strony - figury martyrologii narodowej, a z drugiej - poświęcenia, wymuszonego na kobiecie w imię dobra ojców Narodu.

Niestety, pomysł się spalił na poziomie realizacji. A szkoda, bo przewrotna scenografia (dosłownie, bo widzimy obrócony o 90 stopni, "pęknięty" pokój), oniryczne światła, lekkość kostiumów są w tej realizacji po prostu czarujące. Zostały jednak przygnieciony przez zdumiewająco słaby tekst, skądinąd bardzo dobrej przecież autorki - Sylwii Chutnik. W efekcie na scenie niewiele się kleiło, a zamiast eklektycznego stylu mieliśmy do czynienia z bełkotliwymi monologami, stylizowanymi na strumień świadomości i frazesami w rodzaju "Wszyscy jesteśmy Wandą". Nie do końca tylko wiadomo dlaczego. Nie do końca jasne, uprawnione i dobrze wykorzystane wydaje mi się też zestawienie historii Wandy z "Hamletem", nie tylko recytowanym po niemiecku ze sceny, ale pojawiającym się w motywach, oczywiście głównie tych "topielczych".

Z trudem przychodzi mi pisanie o tym nowym Starym Teatrze. Mam poczucie, że narodowa scena zmienia się powoli w scenę eksperymentalną, na której próbuje się przekraczania kolejnych granic i budowania nowego na zasadzie opozycji do tego, co było/jest. Ta droga, niestety, nigdy nikomu nie wyszła jeszcze na dobre. I nie chodzi tylko o podważanie i brak szacunku dla tego, z czego się wyszło i na czym zbudowało się to swoje "świeże i młode". Zastępowanie uniwersalnego języka sztuki teatralnej, słowa, gestu i aluzji, hermetyczną impresją zrozumiałą tylko w nadużywanych, aktualnych sloganach i arbitralnie stosowanej dosłowności, to skazywanie tego, co nazywamy mianem sztuki na sezonowość i szybkie zapomnienie. Szkoda, że coraz rzadziej możemy być w teatrze wzruszani i oczarowani. I że coraz rzadziej musimy w nim myśleć - bo nie ma sensu zastanawiać się nad tym, co ktoś nam bezmyślnie sprzedaje.

Niestety, spodziewałam się, że przedsięwzięcie Starego może być masową produkcją miernoty, ale naprawdę nie sądziłam, że okaże się to tragedią. Tragedią narodowego i tragedią narodu, któremu chyba pora dramatycznie obwieścić śmierć teatru.

Aleksandra Sowa
Teatr da Was
3 lipca 2013

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia