Tragedia?

"Beatrix Cenci" - reż: M. Sobociński - Teatr im.Słowackiego w Krakowie

Początek spektaklu "Beatrix Cenci" zaskakuje. Najpierw po scenie powoli poruszają się kolejne postaci z grupą dziewczynek na czele. W białych sukniach - symbolach niewinności - i z nieobecnym wzrokiem powoli zbliżają się ku widowni. W tle spokojny głos przedstawia nam przebieg losów włoskiej rodziny Cencich. Wprawdzie tak najłatwiej wprowadzić widzów w historię, lecz długość tego fragmentu powoduje obawy, że tak wyglądać będzie cały spektakl.

Te jednak szybko rozwiewają się wraz z krzykiem rozbiegających się i przerażonych dzieci. W sosób bardzo sugestywny, dosłowny i wulgarnie ukazana zostaje scena, gdzie na wpół rozebrany ojciec domu gwałci swoją własną córkę. Niedługo potem z jej ręki, przy w pełni świadomej współpracy ze strony brata i matki, jako pierwszego dosięgnie go kara. Niczym u Alfreda Hitchcocka napięcie już na początku sięga zenitu, by z każdą kolejną chwilą…opadać. 

Tak rozpoczyna się „Beatrix Cenci” Macieja Sobocińskiego. Dramat grany niezwykle rzadko, po części ze względy na liczne trudności inscenizacyjne, jakie ze sobą niesie, co podkreślane jest zresztą w materiałach Teatru. By zmierzyć się z tekstem Słowackiego zrealizowanym w teatrze jego imienia z okazji dwusetnej rocznicy urodzin, sięgnięto po liczne i zróżnicowane środki.  

Scena, którą ciężko uznać za kameralną, została jeszcze dodatkowo poszerzona. Co chwila operuje się tu światłem, zainstalowano także ruchomą podłogę, która nieustannie przybliża się i oddala od widza. Gdy zwrócimy jeszcze uwagę na umieszczony w tle ekran przedstawiający zarówno na bieżąco filmowane wydarzenia jak i różnego rodzaju wizualizacje myśli poszczególnych bohaterów, całość inscenizacji przedstawia się wręcz monumentalne. Chęć stworzenia takiego efektu najlepiej symbolizują dwie ogromne, przykuwające uwagę lampy umieszczone po obu stronach sceny. Ale ukazują także inną warstwę tego zagadnienia – niczemu szczególnemu bowiem, przez cały czas trwania spektaklu, nie służą. 

W tym dramacie Słowackiego pytanie o winę i karę dotyczy każdej postaci i to właśnie ten aspekt ogniskuje wszystkie kolejne wydarzenia. Po chwili zrozumiała jednak staje się podstawowa trudność, związana z warstwą fabularną – w historii losów rodziny Cencich dochodzi do tak wielu nieustających zmian, tak wielu momentów zaskoczenia i multiplikujących się zawiłości, iż niebywale trudne staje się zwiększanie i balansowanie napięciem, które już od początku osiągnąć powinno najwyższy poziom.  

Wydaje się, że „Beatrix Cenci” nie udźwignęła tego inscenizacyjnego ciężaru. Na kolejne rewelacje patrzymy z coraz większym spokojem, a więcej emocji niż gra aktorów wyzwalają w nas scenograficzne popisy. Próbą rozładowania napięcia, którego zresztą brak, mają być postaci trzech furii, granych przez mężczyzn przebranych w damskie fatałaszki. Ich role tak daleko odbiegają od reszty, że już z samego tego powodu mogą się podobać. Ale zagrane są też znakomicie - złośliwe, prymitywne, pełne wulgarności i nieokrzesania jednocześnie inteligentnie kierują poczynaniami swoich ofiar i emanują złem. W pozbawiony patosu i bezpośredni sposób furie wprowadzają na scenę naturalność, która sprawia, iż chwilami w „Beatrix Cenxi” więcej jest komedii niż nieodczuwalnej, choć tak mocno zarysowanej w tekście dramatu, tragedii.  

W przedstawieniu pojawia się kilka naprawdę dobrych i zapadających w pamięć scen (np. znakomicie zrealizowanej spowiedzi Beatrix), ale jako całość nie przekonuje. W najprostszy sposób ujmując zarzut wobec spektaklu – przez większość czasu nie wierzymy w nic, co dzieje się na scenie.

Michał Myrek
Dziennik Teatralny Kraków
4 maja 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia