Trochę inne streszczenie spektaklu

"Czarodziejski flet" - reż. Marek Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

Streszczenia w programach zwykle przepisywane są z zacnych przewodników operowych i często nie mają nic wspólnego z przedstawieniem, na które pokrzepiony lekturą widz się udaje. Od wielu lat sam streszczam swoje spektakle, nie tyle wiedziony pychą, że wiem coś lepiej od zacnych autorów przewodników, ile przekonany, że widz chce przede wszystkim zrozumieć spektakl, na który zdecydował się zakupić bilet

Ostatnie dzieło Mozarta w naszym tryptyku jest tak podatne na najróżniejsze interpretacje, że tym bardziej czuję się zobowiązany do wytłumaczenia się z naszej “Bałtyckiej” interpretacji. Zapraszam więc do teatru, gdzie taki oto tekst znajdziecie Państwo w programie:

"Czarodziejski flet" – trochę inne streszczenie spektaklu.

Tamino w swoich pierwszych słowach pyta – „czy to sen, czy jawa?” Status okoliczności, w których przebiega opowieść nie jest wyraźnie określony. Co jest przywidzeniem, a co wykrzywieniem rzeczywistości? W niektórych wersjach tekstu Tamino upiera się, że jest księciem, ale my nie przywiązujemy do tego wagi. „Jestem człowiekiem, jak ty” – odpowiada mu Papageno na pytanie o tożsamość. I tego w naszym spektaklu staramy się trzymać. Wszystko zaczyna się od złudzenia Tamina, że grozi mu pożarcie przez bestię, którą nazywa wężem. Nawet kolosalne stwory konstruowane przy okazji licznych inscenizacji tej opery budziły zawsze komiczne lekceważenie. A nam zależy przecież, by koszmar, jaki prześladuje Tamina był realny i konkretny. Może to osobnik, który lęka się kobiet? Wiele późniejszych wydarzeń uzasadnia takie przypuszczenie. Nie jest w tym odosobniony. Wielu z nas lęka się we śnie płci przeciwnej, bo wtedy nasza podświadomość wydobywa na wierzch dziecinne urazy, które tłumimy przez lata w poczuciu ich wstydliwego pochodzenia.

Trzy Damy, które przepędzają tłum rozpasanych samic przypominają działaczki Armii Zbawienia, czy innych zacnych ugrupowań stojących na straży moralności powszechnej. Jak większość tego typu działaczy, same mają problemy z utrzymaniem się w ryzach propagowanych przez siebie haseł.

Ocalony przez nie Tamino spotyka przyjaciela, który wydaje mu się kimś innym niż łowca ptaszków dla Królowej Nocy, za którego się podaje. Ale właśnie w taki sposób zarabia na swoje utrzymanie. Tamino zazdrości mu, że może obcować z gwiezdną władczynią. Papageno drwi sobie z niej i daje do zrozumienia, że ona też jest kimś innym, niż dostojna osoba, za jaką uchodzi. Zostaje za to natychmiast ukarany przez strażniczki prawdy i wszelkich cnót. Zaszywają mu usta zamiast zapiąć na nich tradycyjną kłódeczkę (w końcu żyjemy w czasach nieporównanie okrutniejszych, niż to się śniło Schikanederowi). Nadchodzi Królowa Nocy. Nie jest rzeczywiście tak dostojna jak się spodziewaliśmy, ale w naszej opowieści to nie jest władczyni nocy pełnej uciech, lecz nocy pełnej ciemnoty i zabobonu. Tu jesteśmy chyba bliżsi oryginałowi, niż tradycja operowa. Uwiedziony jej nieludzkimi koloraturami Tamino jest gotów spełnić jej wszystkie żądania. Papageno próbuje ostrzec przyjaciela, ale Damy wręczają im czarodziejskie oprzyrządowanie – flet i dzwoneczki, które gwarantują bezpieczeństwo w każdej przygodzie.

W naszej inscenizacji tytułowy flet niczym się na pierwszy rzut oka nie różni od fujarki Papagena. Jego czar polega na tym, że nie trzeba w niego dmuchać, ponieważ gra sam i spełnia marzenia bez wysiłku właściciela. Niebezpieczny to zatem instrument i wielce demoralizujący. No, ale pamiętać należy, kto go przysłał. Papageno i Tamino stają się więc parą niezwyciężonych wojowników, a ich przewodnikami mają być trzej chłopcy przywołani w tym celu przez Damy.

Fascynowało nas, dlaczegóż to Papageno bez przewodników dociera do uprowadzonej córki Królowej wcześniej, niż Tamino prowadzony przez zadufanych, ale omylnych chłopców. Więcej teoretyzują, niż konkretnie działają. Może to przedstawiciele tego męczącego gatunku mądrali, którzy zjadłszy wszystkie rozumy nie potrafią tak naprawdę niczego wyjaśnić, ani mądrze doradzić? Jako gatunek są nieśmiertelni i niereformowalni. Przedstawiliśmy ich pod postacią trójcy wielopokoleniowej, bo może ich istnienie zawdzięczamy jakiemuś błędowi genetycznemu. Mimo wszystko jednak, nasza sympatia jest po ich stronie, bo dziecinny optymizm i wiara w pozytywne rozwiązania ratuje nas przed rozpaczą, a w spektaklu ratuje życie nieszczęśliwie zakochanych samobójców.

Papageno, kiedy spotyka więzioną przez Sarastra Paminę, ma przy sobie jej portrecik, które Damy wręczyły Taminowi, ale ten zajęty głównie sobą, oddał beztrosko ten wizerunek Papagenowi, ponieważ to na nim zrobił on większe wrażenie. Paminy pilnuje Monostatos, w oryginale Murzyn, ale w naszych światłych czasach wiemy, że kolor skóry nie ma nic wspólnego z kolorem charakteru. Ważniejsze jest to, że ów podejrzany strażnik cnoty Paminy sam dybie na nią skrycie i wykorzystuje każdą okazję, by uszczknąć z jej dziewiczej fizyczności jakąś kropelkę rozkoszy dla siebie. Przepędzony przez uzbrojonego w dzwonki Papagena biegnie po pomoc.

Pamina znów wypowiada tę znaczącą sentencję „czy to sen czy jawa?” Spotkanie z Papagenem to wstrząs dla obojga. My ten wstrząs i wolę Mozarta, by właśnie oni zaśpiewali najpiękniejszy miłosny duet rozumiemy jako narodziny gwałtownego uczucia, które niebaczne na los, jaki obojgu przypadł w udziale opanowało w tej samej chwili ich serca. Świadomi, że Papageno jest tylko kurierem mającym dostarczyć Paminę właściwemu partnerowi, nie spieszą się w jego poszukiwaniach ciesząc się jak Tristan i Izolda każdą chwilą, jaką mogą spędzić ze sobą. Nawet nadejście Monostatosa z pomocnikami nie jest w stanie zakłócić ich radości. Mają ostatnią chwilę szczęścia. Ale los jest nieubłagany. Nadciąga sam Sarastro ze świtą. Zakochani zostają rozdzieleni i Pamina poznaje wreszcie swojego prawdziwego pana. Monostatos zostaje ukarany za nadużycia podczas wykonywania obowiązków. Klasyczna sprawa o molestowanie – tu karze się to przewinienie 70ma uderzeniami kija. Czy zatem Sarastro nie jest jednak okrutnikiem? Ależ skąd! Ludzki pan przerywa egzekucję i steruje życiem swoich poddanych w sposób oświecony i łagodny.

Drugi akt rozpoczyna się od rytuału przyjęcia Tamina i Papagena do masonerii.

Jej związki z dziełem Mozarta są równie skomplikowane jak sama historia wolnomularstwa. Ale uznaliśmy, że przesadne dbanie o realia masońskie przeszkodzą w naszej opowieści o zagrożeniach, jakie dla podstawowych wartości niosą skodyfikowane społeczne struktury. Nadaliśmy więc wolnomularzom trochę ironiczny cudzysłów i potraktowaliśmy ich wątek jako pretekst do teatralnej fantazji na temat naszej niechęci do wszelkich organizacji hodujących potencjalnych dyktatorów. Rytualne obrzędy uważamy za muzealne zabytki. To nic, że jesteśmy w tym odosobnieni. Pompatyczna powaga, jaka jest warunkiem ich powodzenia irytuje nas i śmieszy. Przyjęcie do masonerii wymaga jednak, między innymi, chwili medytacji w samotności na temat śmierci. Taka refleksja i powaga z nią związana jest nam bliska i dlatego cały drugi akt oparliśmy na rytuale próby jaką przejść musi Tamino i jego towarzysz, żeby przystąpić do grona wtajemniczonych. Ta wszechstronna próba ujawnia zasadnicze różnice w światopoglądzie i moralnej jakości charakterów naszych protagonistów. Scena molestowania Paminy przez Monostatosa potraktowana tu jest jako test na męską spolegliwość, z którego tylko Papageno wychodzi z naszą oceną pozytywną. Urodzony karierowicz, jakim wydaje nam się być Tamino, nie budzi naszej sympatii i rysujemy jego postać nieco tendencyjnie. Ma to służyć obronie jedynego pozytywnego bohatera naszego spektaklu jakim jest miłujący wolność „ptasznik”. Świadoma różnic pomiędzy nimi jest w naszym spektaklu również Pamina w jej przepięknej arii o wyższości śmierci nad życiem bez miłości.

Zarówno aria Królowej Nocy namawiającej córkę do morderstwa, jak i „oświeceniowa” aria Sarastra o utopijnej społeczności wydają nam się równie dwuznaczne. Przepiękny chór braci masonów witających szlachetnego Tamina w swoim gronie kończy rytuał próby i rozpoczyna rytuał przyjęcia, który zbudowany jest na dwóch sprzecznych ze sobą aktach rozdzielenia Paminy i Tamina i wreszcie połączenia ich razem. Pierwszy o mało co nie kończy się samobójczą śmiercią zrozpaczonej oblubienicy, a drugi Papagena, któremu odebrano wszelką nadzieję na szczęście. Oboje zostają uratowani dzięki interwencji trójki mądrali, którzy, jak się okazuje, są jednak potrzebni w tym zwariowanym świecie. Próbę ognia i wody będącą sednem rytuału zaślubin pokazujemy tak, by widoczna była niezbędna pomoc, jakiej udziela przyjacielowi Papageno, bez którego przecież to dostojne małżeństwo nie mogłoby istnieć. Mówi o tym również wieloznaczny plakat do naszego spektaklu. Cena, jaką za to płaci nasz bohater ukazana jest w jego szubienicznej arii zakończonej pozornym Happy Endem z Papageną, której seksualność ma zastąpić Papagenowi utratę miłości. Niepewna jest również optymistyczna nuta finału po chwilowym zwycięstwie Sarastra nad Królową Ciemności. Jej desperacka próba przejęcia świątyni przy pomocy zdradzieckiego Monostatosa, którego naturalna skłonność do kultu kobiecego ciała przywiodła w końcu do obozu właściwej władczyni, kończy się uwięzieniem toksycznej matki na ołtarzyku jej czciciela. Pointą całej opowieści jest spotkanie po latach naszych dwóch bohaterów z rodzinami. Czy to Happy End? Nie jesteśmy pewni. Ale w końcu to dzieło Mozarta, który był geniuszem i wiedział o życiu wszystko, z całą rozpaczą, jaka tej wiedzy towarzyszy.

Marek Weiss
Materiały Opery
24 marca 2010

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia