Trochę strasznie, trochę śmiesznie

"Wij. Ukraiński horror" - reż. Łukasz Kos - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Najnowsza premiera Teatru Zagłębia „Wij" w reżyserii Łukasza Kosa nie pretenduje do roli dramatu psychologicznego ani nie rości pretensji do wnikliwości w przenikaniu zagadnień społecznych. To raczej efekciarsko opowiedziana baśń dla dorosłych, w której jest trochę strasznie i trochę śmiesznie. A czasem, niestety, nudno.

Jak zamienić gawędziarski styl Gogola na język teatru? Jak opowiedzieć historię, aby ani na chwilę nie stała się martwa? By pulsowała powolnie i łagodnie tętnem ukraińskiej dumki? „Wij" - jak słusznie przewidywali twórcy - nadaje się do najciekawszych inscenizacyjnych i malarskich eksperymentów. Zgubiło ich mniemanie o obrazowości dzieła, równie prostej, co trafnej.

„Wij" to słowiański demon, który zabija wzrokiem, posiada rzęsy do ziemi, a powieki tak ciężkie, że prawie cały czas śpi. I psuje ludzi. Kiedy człowiek czegoś się lęka i traci wiarę, dzieją się straszne rzeczy. Opowiadanie Gogola z zasady pozbawione zostało morału. A widownia przecież go łaknie. Starszych interesuje życie, młodszych - użycie. Na szczęście dla twórców zarówno jedni, jak i drudzy poddają się solidarnie wzruszeniom sztuki. O ile wcześniej nie posnęli z nudów.

Tematem „Wija" są dzieje upadku biednego, głupiego, ale uczciwego (trudno znaleźć w nim coś szlachetnego) Choma. Aby zdeprawować seminarzystę, Gogol wprowadza w ruch całą machinę zła: począwszy od starej wiedźmy, niewinnego dziewczęcia i wszystkich ludzi, których napotyka w podkijowskim chutorze. Spektakl generalnie jest udany. Jeśli starano się nas rozśmieszyć, to bez uciekania do trywialności, jeśli przestraszyć, to bez dosadności. Mamy piękne stylizacje, kozackie smaczki, dumki, przechwałki i przyśpiewki. W poszukiwaniu wrażeń twórcy nawiązują do estetyki filmów grozy. W amerykańskim wydaniu: z głośną muzyką, sporą (choć wdzięczną) dawką nagości, tajemniczymi animacjami. W finalnej scenie (zresztą jednej z lepszych) wykorzystany został efekt stroboskopowy (światło pulsujące z dużą częstotliwością) co dało efekt animacji poklatkowej. Wszystko to - choć porwie młodego widza - zaprzepaszcza (albo jedynie przyćmiewa) smaczki, jakie czekały na widzów w pierwszej połowie przedstawienia. A te są świetnie.

Historię o wiju zaczyna opowiadać nie kto inny, a sam Gogol. Ogolony, wymuskany, obowiązkowo w futrze, jest także aktywnym uczestnikiem wydarzeń. Zabieg ten, znany ze spektakli dla dzieci, wprowadza efekt baśniowości, lecz został niefortunnie zaplanowany. Reżyser zdecydował się pozostawić opowiadanie w jak najsurowszej formie, czyli bez obróbek dramaturgicznych. Mamy zatem czytanie nie sztuki, lecz opowiadania, które na dodatek jest gawędą. Posiada wiele barwnych opisów, soczysty język, ale także dłużyzny i formę, która w teatrze się nie sprawdza. „Wij" Gogola, to opowiadanie drogi, mnóstwo w nim przestrzeni. Jak zobrazować taką narrację, mając do dyspozycji naprawdę niewielką scenę?

Otóż można. I pokazują to początkowe sceny, które posiadają w sobie mistrzostwo z nastroju „Umarłej klasy" Tadeusza Kantora. Bezpretensjonalne, opracowane w szczegółach i dobrze zagrane. Zabawne i jednocześnie tajemnicze. Szalenie ciekawe są także sceny miłosne, w których gra światła, rekwizytów i samych aktorów łączą się widowiskowo w całość. Niestety, całość widowiska cierpi na znaną wielu horrorom przypadłość. Bywa kiczowata.

Tak, jak kiczowata jest kluczowa postać Choma. To najsłabszy punkt opowiadanej przez Łukasza Kosa historii. - Gdyby się nie bał, nic by mu się nie stało - komentują losy Chomy pozostali bohaterowie. Czy taka jest prawda? Sam reżyser przyznaje - „Dla mnie to raczej jakaś przeciętna, bezmyślna osoba, która się boi". I wygląda na to, że wcielający się w nią Aleksander Blitek nie wie, co ma grać. Jest bierny, podąża za biegiem wydarzeń, ale ich nie inicjuje. Gra trochę zbyt współcześnie, bez próby wystylizowania swojej gry, co na tle aktorów, świetnie wcielających się w role kozaków, wypada dość blado. Nie jest zuchwały i nie sprawia wrażenia lotniejszego umysłowo niż jego towarzysze. Czy nie warto było zaryzykować i pogłębić postać głównego bohatera?

O czym w zasadzie jest ten spektakl? O złu, które jest obecne w każdym z nas? O tym, czego bał się Choma i czego boimy się my? Wrażenia po obejrzeniu przedstawienia mają w sobie coś z halloweenowej bezrefleksyjności. I odwołują się do współczesnego sporu o tradycję obchodów Święta Zmarłych.

Alexandra Kozowicz
Dziennik Teatralny Katowice
27 listopada 2014

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia