Trojanie z Gwiezdnych wojen

"Trojanie" - reż. Carlus Padrissa - Opera Narodowa w Warszawie

Carlus Padrisa jest głównym reżyserem hiszpańskiej grupy La Fura dels Baus. Powiedzieć, że to trupa teatralna, byłoby i niewystarczająco, i mało trafnie. La Fura zaczynała jako awangarda performance\'u, działająca w przestrzeniach otwartych, na ulicach i placach miejskich. Jej język artystyczny ukształtowały elementy cyrku i akrobatyki, body artu i rytuału. Od literackiego tekstu zawsze ważniejsza była akcja

Kilka lat temu La Fura dels Baus wystąpiła na poznańskim festiwalu Malta, który prezentuje teatr rozumiany jako widowisko. Widowiskowość i rozmach przedsięwzięć stały się w pewnym momencie wizytówką hiszpańskich artystów, którym nie przypadkiem powierzono przygotowanie ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.

Od czasu powstania w 1979 roku La Fura dels Baus bardzo się zmieniła, rozbudowała do kilku niezależnych zespołów, które pracują równolegle w różnych miejscach na świecie. Od teatru alternatywnego, przez widowiska masowe, La Fura dels Baus przeszła do opery. Pierwszy spektakl operowy wyreżyserowała w 1996 roku. Dziś w swym repertuarze ma kilkanaście monumentalnych, kunsztownych opraw scenicznych, m.in. do tetralogii Wagnera, "Męczeństwa św. Sebastiana" Debussyego, "Le Grand Macabre" Ligetiego, "Potępienia Fausta" Berlioza, "Zamku Sinobrodego" Bartoka i wreszcie - fragmentów z "Licht" Stockhausena. Już dobór tytułów pokazuje, w czym La Fura dels Baus się specjalizuje. To artystyczne kolosy, dzieła ogromnych rozmiarów, wymagające nie lada kunsztu scenicznego, wyobraźni w kreowaniu niesamowitych obrazów z pogranicza jawy i snu, fantastyki i historii. Tematyka tych dzieł jest specyficzna: zwykle opowiadają one o znaczeniach mitycznych, mroczno-surrealistycznych albo futurystycznych. Sięgają do najważniejszych symboli europejskich, chrześcijańskich, śródziemnomorskich, germańskich, popkulturowych. Nierzadko ociekają krwią, epatują okrucieństwem, ale i zdumiewają siłą wizji, pięknem scen. Z gruntu obca Hiszpanom jest chyba tylko poetyka realizmu.

"Trojanie" Hektora Berlioza to świetny przykład widowiska w stylu La Fury. W styczniu opera ta miała polską premierę w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Stało się to po ponad stu dwudziestu latach od światowej premiery dzieła w Karlsruhe. Rozbudowana forma i środki muzyczne do dziś stwarzają problemy, z którymi nie każdy teatr operowy jest w stanie się zmierzyć. Czterogodzinna epopeja na podstawie fragmentów "Eneidy" Wergiliusza nazywana jest muzycznym arcydziełem - i rzeczywiście, partytura Berlioza zapiera dech w piersiach. Zwłaszcza gdy można ją smakować w mistrzowskim wykonaniu, o które nie jest przecież łatwo. To przede wszystkim kłopoty ze skompletowaniem odpowiedniej obsady sprawiają, że "Trojanie" tak rzadko pojawiają się na afiszach.

Trudno jest dobrać odpowiednią obsadę śpiewaków dobrze władających francuskim, a jest to szczególnie ważne ze względu na libretto. Wychowany na dramatach Jeana Racine\'a i Pierrea Corneille\'a Berlioz przywiązywał do tekstu słownego wielką wagę. Oprócz solistów znaczącą rolę odgrywają w operze chóry: "Trojanie" to niemal oratorium, zbudowane w dużej mierze na scenach zbiorowych. No i wreszcie rozbudowana orkiestra, dodatkowo rozmieszczona w przestrzeni (Berlioz chętnie bawił się przestrzenią!), na balkonach i poza sceną, grająca kilka godzin muzyki, która obfituje w rozmaite fajerwerki techniczne.

Zacznijmy więc od muzyki, która sprawiła wielką niespodziankę. Poziom wykonania trzeciego spektaklu (16 stycznia) był doprawdy imponujący. Orkiestra Opery Narodowej w Warszawie zagrała tego dnia (ale wiem, że wcześniej było podobnie) tak pewnie, tak precyzyjnie, z takim napięciem dramatycznym, że partytura Berlioza - jednego z największych kolorystów w historii muzyki - promieniując swym pięknem, po prostu niosła słuchaczy przez zawiłe dzieje wojen trojańskich. Premierowy spektakl (11 stycznia) poprowadził Valery Gergiev ("Trojanie" to koprodukcja prowadzonego przez rosyjskiego dyrygenta Teatru Maryjskiego w Moskwie i Palau de les Arts Reina Sofia w Walencji). Ja miałam przyjemność słuchać wykonania pod batutą jego asystenta Michaiła Tatarnikova.

Wspaniałe kreacje wokalne stworzyły zwłaszcza Sylvie Brunet (Kasandra) i Anna Lubańska (Dydona), ale niesprawiedliwością byłoby nie docenić pozostałej obsady spektaklu, ponieważ wszyscy artyści mogą się uważać za współtwórców sukcesu "Trojan". Wysoki poziom muzyczny zagwarantowali też - by wymienić jeszcze choć dwa nazwiska - Sergey Semishkur (Eneasz) i Ałexander Gergalov (Korebus). Nie po raz pierwszy Chór Opery Narodowej, przygotowany przez Bogdana Gola, pokazał się w znakomitej formie. Rozbudowane i dynamiczne sceny zbiorowe, w których każdy członek chóru miał do odegrania indywidualną rolę, nie wpływały w żaden sposób na bałagan czy desynchronizacię. Rój ludzi zgodnie falował na scenie w rytm muzyki, a śpiewane przez niego partie brzmiały jak nagrane w studiu.

I wreszcie inscenizacja - dla porządku dodajmy, że powstała ona w 2009 roku w Walencji, skąd przyjechała do Warszawy. Jak można było się spodziewać, Carlus Padrissa poszedł typowym dla siebie tropem. Przeniósł akcję opery do przyszłości, czyniąc z "Eneidy" nową część "Gwiezdnych Wojen" (przed premierą publiczność witały w hallu Teatru Wielkiego postaci z filmów!). Pomysł sam w sobie wydaje się ciekawy, bo rzeczywiście wojny trojańskie i wojny gwiezdne - ich przyczyna, ale także skomplikowane losy herosów-półbogów - oparte są na podobnym wzorze fabularnym. Futurystyczna saga George\'a Lucasa to zaledwie nowy, popkulturowy (ale równie nośny) wariant rzymskiej legendy. W inscenizacji "Trojan" wiele było czytelnych aluzji do "Gwiezdnych Wojen", a także atrybutów technologicznej nowoczesności: chórzyści obsługiwali kilkadziesiąt laptopów, które wykorzystywane były m.in. do tworzenia intrygujących instalacji wideo. Trójwymiarowe projekcje świetlne oraz niezwykle kunsztowne konstrukcje przestrzenne (z ogromnymi dmuchanymi rurami, które są podobno jedną z artystycznych sygnatur La Fury, powracającą w różnych inscenizacjach) składały się na scenerię iście kosmiczną, doskonale odpowiadającą dylematom historycz-no-fantastycznych bohaterów. Ich stroje w typowy dla sagi sposób łączyły nowoczesność z archaicznością. Znów te same wzory twórcy spektaklu odnaleźli w antycznej ikonografii, filmach fantasy i starej operowej garderobie. Długie szaty przemieszano z syntetycznymi trykotami a la Klony.

Punktem wyjścia dla koncepcji inscenizacji Carlusa Padrissy było jednak inne skojarzenie, mianowicie "Trojan" z wirusami komputerowymi, które zagrażają cywilizacji współczesnej, tak samo jak niegdyś zagrożeniem były najazdy antycznych plemion, których nienawiść i chęć zemsty podsycały kaprysy bogów. Prawdę powiedziawszy, nie do końca jest dla mnie zrozumiałe to przełożenie. Podstęp z koniem trojańskim wymyślili przecież Grecy, którzy w ten sposób zdobyli Troję. Trojanie są więc ofiarami Greków, wygnańcami, a "Eneida" to przecież opis tułaczki bohatera trojańskiego Eneasza! Opera Berlioza rozpoczyna się od proroctw Kasandry dotyczących konia trojańskiego, a kończy na rzuceniu przez Dydonę klątwy na Eneasza i Trojan, którzy opuścili Kartaginę i udali się do Italii... Wątek wirusów komputerowych zaznaczył się wyraźnie właściwie tylko w scenie z koniem trojańskim, z którego wyskoczyli greccy żołnierze, powodując "system error", migający na kilkudziesięciu ekranach laptopów. Opadła kurtyna i przez około minutę publiczność oczekiwała - niby w niepewności - na dalszy ciąg przedstawienia... Później wątek wirusów był już praktycznie nieobecny i ja sama zupełnie o nim zapomniałam. Wnioskując z treści recenzji, które ukazały się po premierze Trojan, nie byłam wyjątkiem.

Nie należy chyba przeceniać znaczenia tego wątku dla koncepcji opery. W spektaklu La Fura dels Baus było coś więcej, coś pociągającego, co kazało śledzić wydarzenia sceniczne bez względu na to, czy mają żelazną logikę i wielki sens. Interpretuję to jako świadome działanie, jako przejaw języka teatralnego hiszpańskich artystów. "Trojanie" są jak sen, halucynacja, w której nie wszystko się zgadza, ale jesteśmy przekonani, że tak właśnie powinno być.

Oglądając warszawski spektakl, myślałam intensywnie o zbliżającej się światowej premierze opery "Sonntag" Karlheinza Stockhausena (kwiecień, opera w Kolonii). Kilka lat wcześniej La Fura dels Baus inscenizowała Michaels Reise um die Erde, fragment z opery "Donnerstag". Siedmioczęściowy cykl operowy Stockhausena to także rodzaj monumentalnej (dwadzieścia osiem godzin!) kosmicznej sagi, ukazującej dzieje mieszkańców wszechświata w cieniu galaktycznej wojny Michała i Lucyfera. Na ile są mi znane treści oper Stockhausena oraz jego sugestie rozwiązań scenicznych, po obejrzeniu Trojan nabrałam pewności, że La Fura dels Baus to wymarzony zespół do ich realizacji.

Fantastyka, mitologia, sen, baśń, epos to gatunki, które domagają się szczególnego potraktowania. Osadzanie akcji w realnym świecie, próba przełożenia emocji bogów na emocje współczesnych ludzi nie zawsze zdają egzamin; i nie jest to głos w sporze o reżyserię operową na korzyść purystówczy konserwatystów. "Trojanie" La Fury są ostatnim spektaklem, który ci byliby skłonni zaakceptować. Od jakiegoś czasu mocno utrwalił się jednak wzór interpretacyjny, w którym greccy herosi ubrani są w garnitury od Armaniego, siedzą rozparci na skórzanych sofach w nowoczesnych apartamentach, popijają szampana w towarzystwie bogiń ubranych w szykowne kostiumiki bizneswoman... Tego rodzaju "nowoczesne" interpretacje zaczynają powoli nużyć, stają się schematem do łatwego powielania, przede wszystkim pozbawiają operę zjawiskowości, choć ta nierzadko domaga się barokowych wręcz sztuczek w dziedzinie machinerii i swoistego przepychu. Wiadomo, że łatwiej i taniej jest zaaranżować na scenie minimalistyczny apartament niż zbudować nieprawdopodobną, wizjonerską przestrzeń. Dlatego z zaciekawieniem oglądałam "Trojan" Berlioza w inscenizacji La Fura dels Baus i z niecierpliwością oczekuję ich inscenizacji Sonntag Stockhausena.

Monika Pasiecznik
Odra
19 lipca 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia