Tropem bytomskiej dziołchy z gitarą

"Karin Stanek" - reż. Alina Moś-Kerger - Teatr Korez w Katowicach.

"Malowana lala", "Jedziemy autostopem", "Chłopiec z gitarą" - znacie? Hity lat sześćdziesiątych wbrew pozorom są znajome także współczesnym nastolatkom. Ale kto je śpiewał? To już pytanie nie dla tego pokolenia. Śladami "sekskapiszona bigbitu" z Agnieszką Wajs i Aliną Moś-Kerger, przed premierą spektaklu o dziewczynie z Bytomia, spacerowała Magdalena Nowacka-Goik zPolski dziennika Zachodniegp.

Ponad pół wieku temu na punkcie nastolatki z czarnymi warkoczami, w białej koszuli, spodniach dzwonach i z gitarą w ręku oszaleli dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie. Dziewczyna z dymiącego od kopalń Bytomia dała czadu. Muzycznego. 15 lutego minęły dwa lata od jej śmierci. W podróż śladem Karin wybraliśmy się z Aliną Moś-Kerger, która napisała scenariusz do spektaklu "Karin Stanek", i z Agnieszką Wajs, która wciela się w rolę piosenkarki.

Tu kopała piłkę i marzyła

Urodziła się w typowo śląskiej rodzinie. Do dziewiątego roku życia Karin mieszkała w domku babci Trudy przy ul. Chorzowskiej (dziś już go nie ma). Potem przeniosła się z rodziną do domu przy ul. Wolności 54 - dziś Piłsudskiego. I od tego miejsca zaczynamy nasz spacer. Najpierw zaglądamy na podwórko. Wygląda... nieszczególnie. No okropnie, co tu kryć. Ale Agnieszka bez problemu może sobie wyobrazić Karin właśnie na tym podwórku. - Widzę ją, jak kopie tu piłkę z chłopakami, a potem bierze gitarę i śpiewa. Tak zwyczajnie, jeszcze nie wie, że będzie gwiazdą... - mówi i próbuje odgadnąć, które okno wychodzące na zniszczone podwórko, było oknem Karin. Alinie podwórko się podoba. Ma klimat. W końcu to nie Mazury, tylko Górny Śląsk. Musi być trochę szorstko, mocno.

- Od początku chciałam wyreżyserować spektakl, który opowiadałby o Górnym Śląsku. Ale nie przez pryzmat ludowych strojów czy plebiscytów. Chciałam czegoś bardziej współczesnego. Rok po śmierci Karin, przeglądałam notatki w prasie na jej temat. Oczywiście kojarzyłam ją, ale nie wiedziałam, że mieszkała w Bytomiu. I grom z jasnego nieba. Miałam swój temat i swoją bohaterkę - opowiada.

Bigbit i leniwe pierogi

Wchodzimy do kamienicy, w której mieszkała piosenkarka. I tu niespodzianka - na parterze bar "Express". A na ścianie wycinki z gazet na temat dziewczyny z Bytomia. Nawet wisi gitara. Bar skromny, ale przytulny. Właściciel ma ruch i nie może za bardzo z nami rozmawiać. - Tak, wiem, że tu mieszkała Karin Stanek. Chciałem to podkreślić, stąd te informacje - rzuca w przelocie.

A dla tych, którzy przy leniwych pierogach chcieliby dowiedzieć się o bytomiance czegoś więcej - ma książkę.

Można ją przejrzeć , czekając na obiad.

- Czuję się szczególnie w tym miejscu - przyznaje Agnieszka. Po prostu słyszę jej głos, jak mówi: No to co? Jadymy z tym koksem - śmieje się. Przyznaje, że to pomaga jej w identyfikacji z artystką. - Nie miałam okazji jej poznać, więc przygotowując się do tej roli, poznawałam ją śledząc informacje prasowe, nagrania z koncertów. A przede wszystkim, opierając się na opowieściach jej bliskich znajomych, współpracowników - podkreśla.

A ci mówią zgodnie, że ten "wulkan energii" poza sceną był skromną i cichą dziewczyną. Lubiącą czytać książki, relaksującą się przy muzyce Chopina! Na scenie przechodziła metamorfozę. - Głośny śpiew, głośna muzyka i głośny aplauz publiczności - mówi reżyserka Alina. A wszystko charyzmatyczne. - O Jimmy Joe, ja kocham ciebie - Agnieszka spontanicznie zaczyna śpiewać. Klienci w barze patrzą z zaciekawieniem. A my idziemy dalej.

Muzyka - tak, matma- nie

Za rogiem, przy ul. Strażackiej, szkoła podstawowa, do której chodziła Karin. Skończyła siedem klas i przerwała naukę, żeby pomóc finansowo mamie i zająć się młodszym rodzeństwem. - Spektakl zaczyna się, kiedy Karin ma 17 lat i do szkoły już nie chodzi. Dużo pomaga mamie, z którą do końca życia będzie się czuła bardzo związana. I do niej ma największe zaufanie - mówi Agnieszka. I od pomagania mamie zaczynają się pierwsze sceny w spektaklu. Wchodzimy do szkoły. Pusto, bo są ferie. Budynek stary, na pewno niewiele się tu zmieniło od czasu, kiedy uczyła się tu przyszła gwiazda. Alina z Agnieszką bez problemu wcielają się w nastoletnią dziewczynkę z warkoczykami, która zwierza się koleżance, "że kto ma talent muzyczny, ten jest antytalentem matematycznym". Ale Karin była ambitna. Po latach zaocznie zrobiła maturę.

Węgiel i Czerwono-Czarni

Niestety, w szkole nie znajdujemy żadnych pamiątek czy nawet zdjęcia, które byłoby pamiątką po Karin. Ale damy sobie ręce uciąć, że zjeżdżała po tych poręczach. - Takie były czasy, że musiała zarzucić naukę, aby pomóc rodzinie. Zwłaszcza że w historii Karin nie ma mowy o ojcu. Ona była najstarsza i musiała pomóc mamie w utrzymaniu domu - mówi Alina. Jak wspomina Anna Kryszkiewicz, wieloletnia menedżerka i przyjaciółka Karin, dziewczyna podrobiła datę urodzenia i zgłosiła się do pracy jako goniec w Przedsiębiorstwie Instalacyjnym Przemysłu Węglowego.

Ale grać nie przestała

To chłopak Karin namówił ją do wzięcia udziału w konkursie "Szukamy młodych talentów", zorganizowanym przez zespół "Czerwono-Czarni". Był rok 1962. Komisja w szoku po występie dziewczyny. A Karin zjawia się w pracy i składa rezygnację. Ma angaż w "Czerwono-Czarnych" jako solistka. Naturalna i szczera. Nie wstydzi się swojego akcentu, o którym "warszawka" mówi "dziwny".

Zaglądamy na plac Sobieskie-go. To tutaj odbywały się koncerty. Karin, zanim wystartowała w konkursie, ze swoją gitarą przychodziła podglądać artystów. Była typowym samoukiem. W spektaklu usłyszymy wszystkie jej najbardziej znane przeboje. Ale będzie też z pewnością kilka zaskoczeń. Na przykład utwór po niemiecku. Kierownictwem muzycznym zajął się Piotr Górka, a poza gitarą trzech muzyków zagra na pianinie, perkusji, kontrabasie. Przeboje bigbitu większo-ści kojarzą się jednoznacznie z rock'n'rollem i żywiołowością. Ale okazuje się, że świetnie brzmią także w rytmach bossa novy, jazzu, a nawet fado. I w takich interpretacjach też je usłyszmy.

Jak wspomina Anna Kryszkiewicz, Karin nigdy nie grała gwiazdy. Nie biegała po imprezach, nie balowała, nie zabiegała o popularność. Miała grono swoich zwolenników, wspaniałe poparcie w prasie ze strony Stefana Kisielewskiego czy Jerzego Waldorffa, ale miała też przeciwników.

Wyjazd i... powrót?

- W 1969 roku musiała odejść z "Czerwono-Czarnych", ponieważ otrzymała najwyższą stawkę za koncert, co nie bardzo podobało się zespołowi - wspomina Anna. Od tej pory Karin zaczęła sama troszczyć się o swoją karierę. Łatwo nie było. Rodzina Karin wyjechała do Niemiec w 1976 roku. Ona jeszcze nie chciała. Wyjechała później. Wcześniej śpiewała jeszcze w Wiedniu i Chicago, zanim ostatecznie osiadła w Niemczech.

Plac Karin Stanek przy Bytomskim Centrum Kultury nosi jej imię dopiero od roku. Od dwóch lat Liga Kobiet Nieobojętnych stara się upamiętnić tę wyjątkową bytomiankę, zbierając pieniądze na rzeźbę, która ją przedstawi. Projekt jest już gotowy i rzeźba być może pojawi się latem, w sierpniu, na rocznicę urodzin artystki. - Cieszę się, że mogę grać Karin. Najbardziej podoba mi się energetyczność tej postaci, prostota i naturalność. To była swojska, bezpośrednia dziewczyna - mówi Agnieszka. Spektakl, chociaż oparty na faktach, jest przede wszystkim autorską wizją jej losów. Wśród znanych piosenek pokazane zostaną sytuacje, które być może nigdy się nie zdarzyły - choć mogły - rozmowy, które nigdy się nie odbyły. Premiera już dziś w Teatrze Korez, a 24 lutego w bytomskim Beceku. Mamy dla Was bilety - sprawdźcie w dodatku "Będzie się działo".

Magdalena Nowacka-Goik
Dziennik Zachodni
25 lutego 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...