Trup w fortepianie

"Chopin kontra Szopen" - reż: M. Grabowski - Stary Teatr w Krakowie

Rok Chopina co prawda już się skończył, ale to nie powód, żeby o Chopinie zapominać. Teatr Stary proponuje nam podróż sentymentalną. Artystyczny duet Agnieszki Fryz-Więcek i Mikołaja Grabowskiego każe mówić postaciom z papieru: bohaterom listów, naukowego bełkotu, biografii, plotek. Temat w sam raz na szkolną akademię. Kiedy jednak jako para eleganckich prezenterów zostają obsadzeni Marta Ojrzyńska i Krzysztof Zarzecki, wiadomo już, że od sztampy będzie daleko. Jeśli dodamy jeszcze do tego, że Chopinów było dwóch, to nasze teatralne oczekiwania mogą już tylko, razem z kurtyną, pójść w górę

Niewątpliwym atutem spektaklu jest oszczędna scenografia. Twórcy bezbłędnie operują teatralnym skrótem, który tak łatwo mógł się zgubić w nawale dziewiętnastowiecznych falbanek. Za tło służy wielki biały ekran, dwuwymiarowa średnica obracającej się sceny. Płótno rozciągnięte w tych prostokątnych ramach delikatnie faluje, sprawiając, że obrazy na nim wyświetlane zyskują na czarowności. W takt kolejnych obrotów sceny pojawiają się na nim to odrealniony obraz zza okna, wychodzącego na fontannę, która co jakiś czas jakby ożywa, to znów pokrywa się ono szkarłatem w jakimś rozognionym momencie opowieści, innym znów razem obserwujemy realistyczny obraz ostatnich chwil Chopina w otoczeniu zdruzgotanych najbliższych autorstwa Felixa-Josepha Barriasa. Akurat ta ostatnia projekcja staje się niejako przyczynkiem do swego rodzaju polemicznego tableau vivant, który na jego wzór utworzą postacie dramatu obecne na scenie.  

Pomysł na podwojenie tytułowej postaci, a także jego kochanki, George Sand, oddany został właściwie w najprostszy sposób. Szopen w starych dekoracjach, w kostiumie z epoki, w każdej pozie romantyczno-tragiczny, papierowy bohater licznych wierszy panegirycznych wymaga wręcz dziewiętnastowiecznego opakowania, które tchnie naftaliną. Dodatkowo, para jego miłośników recytująca owe panegiryki to także jakby relikty dawnego teatru. Obowiązkowo w centralnym punkcie sceny jest fortepian. Wbrew pozorom, Szopen na nim nie gra, za to jedną z najbardziej sugestywnych scen stanowi moment, kiedy pianista mości sobie posłanie w jego otwartym pudle rezonansowym, jakby instrument dawał mu schronienie przed namiętnościami, które nim targają, a poniekąd tworzył z nim swego rodzaju jedność. Trudno oprzeć się też skojarzeniu z trumną, do której dobrowolnie kładzie się kompozytor.

Kontrastuje z nim Chopin w zwykłym ubraniu, kochający bez patosu, zmagający się z chorobą w bezdusznym szpitalu, chyba bardziej ludzki. Nie musi go właściwie dookreślać żadna wymyślna dekoracja. Wystarczą najprostsze rekwizyty – drewniane stołki, stół, fotel, światło. Dystans między widzem a postacią zostaje zminimalizowany, bo teoretycznie każdy może w niej znaleźć jakąś część siebie, co nie było właściwie możliwe przy Szopenie otoczonym nimbem admiracji.

Przez koleje życia Chopinów dwóch wiedzie nas, wspomniana na początku, para prezenterów. W swoich szarych, wyprasowanych ubraniach z białym kołnierzykiem, z przygotowanym wcześniej scenariuszem wydarzeń na pozór starają się zachować powagę, jednak temperamenty i zaangażowanie dwojga aktorów w prowadzoną przez nich sceniczną narrację co rusz dają o sobie znać. Zbyt starannie modulowany głos, hamowane w ostatnim momencie spontaniczne gesty, wszystko to sprawia, że, oczywiście, patrzymy na nich z przymrużeniem oka. Swobodnie nawiązują kontakt wzrokowy z publicznością i zdecydowanie odciążają powagę sytuacji. Wprowadzają na scenę nie tylko główne postacie dramatu, ale także upostaciowione komentarze do historii Chopina. Najbardziej udaną kreacją jest chyba pani Chopinolog, która zdaje się żywcem wyjęta z poprzedniej epoki: staromodnie ubrana, najprawdopodobniej stara panna, z okularami w rogowych oprawkach. Z koślawo ułożonymi nogami siedzi przy biurku nad stertą książek przy szklance herbaty w metalowym koszyczku z łyżeczką w środku. Sepleniąc, wyrzuca z siebie grad przemądrych słów, wymachując do tego palcem i w powietrzu zaznaczając cudzysłowy. Oprócz niej na scenie pojawia się także biczujący Gombrowicz, schizofrenicznie bałwochwalcza Paulina Czernicka czy ślepo oddany Chopinowi przyjaciel Fontana. Wszystkie te postacie, dodając swoje nienatrętne trzy grosze, nadają tej historii nowych punktów widzenia.

Spektakl ogląda się właściwie jednym tchem, dosyć szybki rytm akcji to zasługa trzymających ręce na pulsie prezenterów. Forma, w którą ubrana została szkolna wiedza na temat kompozytora, zdecydowanie ożywia znaną wszystkim opowieść. Opowieść nie tylko o Chopinie, który Wielkim Pianistą był, ale także o teatrze zasuszonych w książkach kwiatów, teatrze starych dekoracji, papierowych postaci i wielkich gestów; teatrze który musi wygonić trupa z szafy.

Magdalena Talar
Dziennik Teatralny Kraków
13 maja 2011

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia