Trybiki w maszynie

"Koprofagi, czyli znienawidzeni ale niezbędni" - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Spektakl "Koprofagi, czyli znienawidzeni, ale niezbędni" Jana Klaty w krakowskim Teatrze Starym to próba spojrzenia na zasady działania radykalnych organizacji oraz zdefiniowania ich miejsca w mechanizmie historii. W oparciu o prozę Conrada Klata pokazuje, że, niczym koprofagi w ekosystemie, terroryści okazują się niezbędnym trybikiem w wielkiej maszynerii świata

Spektakl Klaty, podzielony na dwie części, opiera się na dwóch powieściach Josepha Conrada – odpowiednio: „W oczach Zachodu” i „Tajnym agencie”. Obydwie historie zawierają wątki dotyczące terroryzmu, aparatury wywiadu, radykalnych organizacji politycznych oraz osobistego cierpienia jednostek uwikłanych w ich działalność. „W oczach Zachodu” opowiada o losach studenta Razumowa (Juliusz Chrząstowski), który wydając w ręce policji zamachowca Haldina (Zbigniew W. Kaleta) skazuje się na współpracę z carskim wywiadem. Jako tajny agent trafia do Genewy, gdzie w środowisku radykalnych lewicowców tragicznie zakochuje się w Natalii (Anna Radwan-Gancarczyk), siostrze straconego wskutek jego donosu Haldina. „Tajny agent” to historia Verloca (Krzysztof Globisz), który działa jako tajny agent angielskiej policji wewnątrz londyńskiej grupy lewicowych radykałów. Popchnięty do zorganizowania zamachu bombowego na obserwatorium w Greenwich, Verloc postanawia posłużyć się swoim upośledzonym umysłowo szwagrem Steviem (Wiktor Loga Skarczewski), który ginie w wybuchu. Niedługo później Verloc zostaje zabity przez swoją żonę Winnie (Ewa Kaim), zrozpaczoną po śmierci ukochanego brata.

W obu częściach przedstawienia do głosu dochodzą lęki związane z terroryzmem i zamachami bombowymi. Szczególnie zamach w Greenwich nabiera przerażającego, groteskowego wymiaru – rozmawiające ze sobą agentki policji wyjawiają, że porozrzucane szczątki Steviego długo zbierano na taczki. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się jednak schemat funkcjonowania lewicowych organizacji. W przedstawieniu Klaty rewolucjoniści to zbieranina kolorowych ptaków, przywiązujących wielka wagę do zachowywania awangardowych póz, a jednocześnie całkowicie niewydolnych w działaniu. Anarchiści zgromadzeni w Genewie poubierani są w barwne, dziwaczne stroje; nieustannie pusząc się i nadymając, porozumiewają się jedynie przy pomocy nowomowy. Wszelkie projekty dotyczące podjęcia jakichkolwiek działań nieodmiennie kończą się jednak wyjściem na „herbatę i ciasteczka”. Co znamienne, główny ideolog grupy, Piotr Iwanowicz jest niewidomy, a jego bełkotliwy sposób mówienia niemal uniemożliwia zrozumienie każdej wypowiedzi. Według podobnego schematu zachowuje się grupa londyńska: „rewolucjoniści” spotykają się tam dzień po dniu, wykrzykując dokładnie te same slogany i koncentrując się głównie na kręceniu barwnymi kołami hula-hoop.

Co więcej, w obu wypadkach środowiska radykałów pozostają całkowicie inwigilowane przez policję. Ich plany i działania są doskonale służbom znane, a w niektórych wypadkach (zamach w Greenwich) wręcz przez nie inicjowane, by posłużyć do realizowania nieokreślonych politycznych celów. Okazuje się, że – choć teoretycznie zupełnie odmienne – służby specjalne i organizacje terrorystyczne są sobie nawzajem niezbędne do funkcjonowania. Jedne nie mogą istnieć bez drugich; napędzają się wzajemnie niczym tryby wielkiej maszynerii, która przez cały spektakl wisi nad sceną. Powoli, ale w nieunikniony sposób koła zębate obracają się, posuwając do przodu czas i historię i mieląc jednostki, które mają nieszczęście dostać się do środka: Haldina, Razumowa, Verloca, Steviego, Winnie. Choć z pozoru destruktywna, działalność terrorystów okazuje się być niezbędnym elementem systemu; ich obecność jest potrzebna, tak jak obecność koprofagów w łańcuchu pokarmowym.

Drugim po gigantycznym mechanizmie elementem dominującym scenografię pozostają wyświetlane na wielkim białym ekranie czarno-białe projekcje, składające się z urywków różnych nagrań i tworzące zupełnie odrębną narrację. Chwilami pokazywane zdjęcia zbiegają się tematycznie z toczącą się na scenie akcją, a czasem pozornie nie mają z nimi nic wspólnego. Zasada ich funkcjonowania w przedstawieniu pozostaje niejasna, ich zestawienie z treścią spektaklu wydaje się przypadkowe. Niestety, analogiczne wrażenie można odnieść analizując połączenie ze sobą dwóch powieści Conrada.

Choć niewątpliwie poruszają podobne problemy, historie opowiadane w obydwu częściach spektaklu nie wchodzą ze sobą w dialog, nie zazębiają się – raczej powtarzają pewien narracyjny schemat bez szczególnego efektu. Również metody inscenizacyjne zastosowane w pierwszej i drugiej części nie różnią się zbytnio. Gimnastyczne równoważnie zostają zastąpione przez kolorowe hula-hoop, zmieniają się fantazyjne kostiumy. Gigantyczna maszyneria ponad głowami aktorów nie przestaje się kręcić. Wydaje się, że nie bez powodu Klata i współpracujący z nim przy opracowaniu tekstu Sebastian Majewski postanowili zamienić Conradowski sklepik Verloca (handlującego przysłowiowym mydłem i powidłem) na warsztat zegarmistrza. Cały spektakl w Teatrze Starym przypomina bowiem precyzyjny mechanizm zegarka. Toczące się w równym rytmie, dopracowane, bardzo dobrze zagrane przedstawienie Klaty pozostaje niczym zegarowy mechanizm: metodyczne i pozbawione większych emocji. Jeśli miała to być w założeniu bomba zegarowa, to niestety nie zadziałała. „Koprofagi…” przypominają raczej miarowo tykający stoper.

Aleksandra Kamińska
Dziennik Teatralny Kraków
12 grudnia 2011

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia