Trzecia droga

Rozważania o teatrze Wojciecha Kościelniaka

Wojciech Kościelniak z pewnością jest jednym z najciekawszych twórców współczesnego polskiego teatru muzycznego, podąża konsekwentnie od lat ścieżką, który sam określa "trzecią drogą". Nie można mu odmówić odwagi, choć jego działalność ma raczej znamiona ewolucji niż rewolucji.

Artystyczny życiorys

Kościelniak to dzisiaj już swego rodzaju marka - gdy oddawano po przebudowie do użytku gmachy dwóch wiodących scen teatralnych w Gdyni i Wrocławiu w 2013 roku, to właśnie jego spektakle wybrano na ich inaugurację. Niektórzy mówią, że w Polsce gra się musicale i "kościelniaki", czyniąc tym samym z jego dzieł jakieś osobne zjawisko w dziedzinie rodzimego teatru muzycznego. Ciekawe jest to, że Wojciech Kościelniak z wykształcenia jest aktorem, zawodu reżysera uczył się zaś podpatrując przy pracy mistrzów - Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupę, Andrzeja Wajdę, Krzysztofa Warlikowskiego. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie, Wydziały Zamiejscowe we Wrocławiu w 1988 roku. Na scenie debiutował jeszcze jako student, w 1987 roku w "Balu w Operze" Juliana Tuwima, w reżyserii Mieczysławy Walczak-Doleżyńskiej i Jerzego Kozłowskiego, w Teatrze im. Cypriana Norwida w Jeleniej Górze. Od 1988 roku był zatrudniony na etacie aktora w Teatrze Polskim we Wrocławiu, tutaj rozkwitła i dobiegła końca jego kariera aktorska. To właśnie tu współpracował z najwybitniejszymi reżyserami powojennej Polski, Jarockim, Grzegorzewskim, Lupą. Stosunkowo wcześnie zaczął też zbierać szlify w dziedzinie reżyserii, najpierw jako asystent Waldemara Zawodzińskiego (w 1988 roku), potem także Jana Szurmieja i Andrzeja Wajdy. Równolegle pracował jako pedagog w PWST, zaczął reżyserować egzaminy z piosenki aktorskiej i tak zaproponowano mu współpracę z Przeglądem Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. W 1995 roku wyreżyserował recital "Rybi Puzon", rok później zaś "Księżyc frajer". Za drugi z wymienionych spektakli otrzymał Nagrodę im. Aleksandra Bardiniego.

W 1999 roku powierzono mu reżyserię prapremierowej realizacji musicalu "Hair" w Teatrze Muzycznym w Gdyni, był to jego debiut reżyserski na scenie teatralnej. W 2001 roku ostatecznie pożegnał się z zawodem aktora. W latach 2002 - 2006 był dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Muzycznego - Operetki Wrocławskiej (w 2004 roku zmienił on nazwę na Teatr Muzyczny Capitol). Był również dyrektorem Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Ma na koncie wiele realizacji - reżyseruje spektakle muzyczne nie tylko na scenach teatrów muzycznych, ale i dramatycznych. Jest laureatem wielu nagród, otrzymał też nominację do Paszportu "Polityki". W 2015 roku odebrał z rąk Prezydenta RP tytuł profesora belwederskiego sztuk teatralnych.

Specjalista od klasyki. Trzy realizacje, trzy kamienie milowe

Gdy pod koniec sezonu 1998/1999 Maciej Korwin zapowiedział prapremierę "Hair" w gdyńskim Teatrze Muzycznym, w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, nikt nie przypuszczał, że właśnie zaczyna się nowy, niezwykle ciekawy rozdział w historii polskiego teatru muzycznego. Przyznać trzeba, dyrektor gdyńskiego teatru wykazał się tutaj niemałą odwagą i intuicją. Powierzył przygotowanie inscenizacji kultowego musicalu debiutantowi, postaci zupełnie wówczas anonimowej dla środowiska. Wiele lat później, po śmierci Macieja Korwina, Kościelniak wyznał:

"Maciek był najważniejszą osobą w mojej karierze. Zaufał mi, jako nieznanemu reżyserowi. Bez niego najprawdopodobniej nie miałbym możliwości tak szybkiego wejścia na profesjonalną scenę" 1.

Do pracy nad realizacją przystąpiła grupa młodych zapaleńców, Leszek Możdżer zajął się kierownictwem muzycznym, Jarosław Staniek choreografią, a Grzegorz Policiński scenografią. Na drodze castingu wyłoniona została obsada, inscenizacja odkryła szereg talentów, okazała się prawdziwą ich kopalnią dla teatru muzycznego - poza samymi realizatorami, wymienić można tu Justynę Szafran, Martę Smuk, Jakuba Szydłowskiego czy Cezarego Studniaka. Prapremiera love-rock musicalu Galta MacDermota, Jamesa Rado i Gerome'a Ragniego odbyła się 16 października 1999 roku, była olbrzymim sukcesem realizatorów i całego zespołu teatru. Okazało się, że chociaż od pierwszej inscenizacji "Hair" na Off-Broadwayu minęło ponad trzydzieści lat, musical nadal ma wielką siłę rażenia, a hasła o wolności, równości, pokoju i miłości wcale się nie zestarzały, są ciągle aktualne. Twórcom udało się osiągnąć autentyczność, krytyka doceniła szczególnie sceny zbiorowe - które staną się później wizytówką Kościelniakowych realizacji. Mimo to nie można powiedzieć, że przed Kościelniakiem od razu otworzyły się wszystkie drzwi i został zasypany propozycjami. Niemniej jednak to pierwsze doświadczenie z teatrem muzycznym, klimat, który wytworzył się wokół spektaklu, swego rodzaju magia, o której opowiadał później wielokrotnie, zaważyły na decyzjach zawodowych. Wkrótce podjął decyzję o porzuceniu na zawsze zawodu aktora - okazało się bowiem, że to właśnie teatr muzyczny jest drogą, którą chce podążać, tyle, że już w roli reżysera. Niewątpliwie to właśnie realizacja "Hair" otworzyła świat teatru muzycznego dla Kościelniaka i odwrotnie.

Zaledwie rok po swoim reżyserskim debiucie Kościelniak, wraz z resztą realizatorów, pracować zaczął nad musicalową wersją "Snu nocy letniej". Twórcy spektaklu podeszli do adaptacji z niezwykłym pietyzmem i ambicją. Niemal cały tekst dramatu znalazł się na scenie, wybrano jedno z piękniejszych tłumaczeń - Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Reżyser podkreślał w wywiadach, że punktem odniesienia przy interpretacji "Snu" stały się dla niego eseje Jana Kotta. Na scenie widzowie ujrzeć mieli swoisty traktat o ciemnej stronie natury ludzkiej, drzemiących w niej namiętnościach. Dzieło określono mianem "trans-opery", było to czytelne nawiązanie do gatunku rock-opery, twórcy sygnalizowali zatem, że poszukują kolejnej formy, następnego etapu w rozwoju musicalu, choć jednocześnie deklarowali zerwanie z "fabularną naiwnością i kiczowatą estetyką amerykańskich wzorców" 2. Słowo "trans" w ogóle okazać się miało kluczowe dla inscenizacji. Prapremiera "Snu nocy letniej" odbyła się zatem 27 października 2001 roku w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Powiedzieć trzeba, że dopiero ta realizacja stanowiła eksplozję talentu tercetu Kościelniak - Możdżer - Staniek. Twórcy pozwoli sobie na nieskrępowaną inwencję twórczą, choć może zabrakło im nieco umiaru, to jednak osiągnęli jakość dawno niewidzianą w polskim teatrze muzycznym. Kościelniak stał się tym samym spadkobiercą Danuty Baduszkowej, która ze wszystkich sił starała się udowadniać, że teatr muzyczny w rodzimym wydaniu jest możliwy, dokonało się to zresztą w teatrze noszącym imię legendarnej dyrektorki. Poczynił tą inscenizacją krok w kierunku swojej koncepcji "trzeciej drogi", pierwszy raz zmierzył się też z adaptacją arcydzieła literatury, samodzielnym przełożeniem go na język teatru muzycznego. W kolejnych realizacjach zachowywać będzie już nieco większy umiar w rozwiązaniach scenicznych, jego temperament zostanie okiełznany. Niemniej jednak ta pierwsza, śmiała próba stanowi do dzisiaj jedną z najwybitniejszych inscenizacji w historii polskiego teatru muzycznego. Kościelniak powtarzał potem zresztą, że to jego ulubiony spektakl. Wracał do niego dwukrotnie - pierwszy raz w krakowskiej PWST w 2007 roku, drugi w Teatrze Nowym w Poznaniu (rok 2008). Te kolejne, kameralne i znacznie bardziej okrojone wersje, nie miały już takiej siły wyrazu, chociaż sam fakt przeniesienia tytułu do innych teatrów godny jest odnotowania.

Niedługo po premierze "Snu nocy letniej" Wojciech Kościelniak objął stanowisko dyrektora wrocławskiego Teatru Muzycznego - Operetki Wrocławskiej. Razem z nim do teatru przyjechało kilkoro aktorów, stanowiących trzon wcześniejszych realizacji. Niejako na inaugurację swojej bytności w tym teatrze zrealizował zjawiskową "Operę za trzy grosze" Bertolta Brechta (premiera odbyła się 24 października 2002 roku). Od razu realizować zaczął też swoją koncepcję nowoczesnego teatru muzycznego, która okazała się rewolucją dla zespołu, środowiska i publiczności. Na pewno był to dla niego - jako twórcy - trudny okres, zresztą dyrektorowanie też nie przychodziło mu łatwo. Inna rzecz, że postawił przed sobą ambitne cele i to właśnie jego dyrekcja pozwoliła później wypłynąć wrocławskiemu teatrowi na zupełnie inne artystyczne wody. Najciekawszą premierą z tego czasu był "Scat, czyli od pucybuta do...", z muzyką Leszka Możdżera, który okazał się pierwszym ponoć na świecie musicalem bez słów. Odbyła się ona 14 kwietnia 2005 roku. Dość niespodziewanie, w 2006 roku Kościelniak zrezygnował z funkcji dyrektora teatru. Dzisiaj mówi o tym okresie bez żalu: "nie sądzę, by dyrektorowanie było tym, co lubię i potrafię robić najlepiej" 3. Wówczas jednak na jego artystycznej drodze pojawił się wyraźny zakręt. Pożegnał się z Wrocławiem, rozpoczął pracę nad kolejnym tytułem, ale nie było jasne, czy w ogóle gdzieś uda się go wystawić. I znowu pomocną dłoń wyciągnął do niego Maciej Korwin - znalazł miejsce w repertuarze dla "Francesca", musicalu o świętym Franciszku. Jego prapremiera miała miejsce 29 września 2007 roku w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Autorem muzyki był Piotr Dziubek - tak rozpoczęła się ich wieloletnia, trwająca zresztą do dziś, współpraca. Tworzą oni chyba najbardziej płodny duet w dziejach polskiego teatru muzycznego.

Z gąszczu tytułów, jakie obaj panowie zrealizowali w teatrach muzycznych i dramatycznych całej Polski, wyróżnić trzeba jeden, stanowiący ich najdojrzalszą i chyba najlepszą dotąd produkcję - mowa o "Lalce", na podstawie powieści Bolesława Prusa, której prapremiera odbyła się 27 lutego 2010 roku, także w gdyńskim Teatrze Muzycznym. Kościelniak wcześniej mierzył się już z wielką literaturą, jak choćby we wspomnianym "Śnie nocy letniej", zrealizował "Ferdydurke" w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu w 2008 roku i "Idiotę" w wrocławskim Capitolu w 2009 roku, ale dopiero "Lalka" pozwoliła uświadomić, jak ogromny potencjał dla polskiego teatru muzycznego stanowi literatura. Nie jest to znowu szczególnie odkrywcza teza, zarówno w polskim, jak i światowym musicalu nie brakuje przecież spektakli inspirowanych klasyką literacką. Niemniej jednak, od realizacji "Pana Zagłoby" w Teatrze Muzycznym w Gdyni w 1972, w reżyserii Danuty Baduszkowej, nie było na rodzimym gruncie odważnego, który podjąłby się adaptacji kanonicznej polskiej powieści na deskach rozrywkowego teatru muzycznego. Kościelniak w między czasie zgromadził wokół siebie zespół sprawdzonych realizatorów, do którego, oprócz wspomnianego Piotra Dziubka, należy Rafał Dziwisz, autor piosenek, Damian Styrna, autor scenografii i animacji, Katarzyna Paciorek, odpowiedzialna za kostiumy i Beata Owczarek, autorka choreografii 4.

Wielu zastanawiało się przed premierą, w jaki sposób realizatorzy przenieść chcą tak złożoną i wielowątkową powieść na scenę teatralną. Okazało się jednak, że choć konieczne były cięcia, to treść dzieła dość wiernie oddana została na scenie. Kościelniak przed premierą mówił, że "Lalka" dla niego jest "opowieścią o człowieku, który próbuje osiągnąć coś niemożliwego. Wyjść z piwnicy na pierwszy poziom. Dla mnie najciekawsze jest pokazać, jak wygląda ta droga" 5. Opowiadał, że jednym z kluczy do interpretacji powieści stał się tytuł i jego znaczenie. Zarówno scenografia, jak i kostiumy, charakteryzacja, choreografia, a także warstwa muzyczna akcentowały uniwersalny wymiar powieści, skoncentrowany wokół uwikłania wszystkich postaci w konwenanse, pogoń za sukcesem i pieniądzem, każdy tu kimś steruje, jednocześnie sam będąc marionetką. Realizacja okazała się gigantycznym sukcesem. Wzbudziła uznanie krytyki i publiczności, otrzymała również wiele nagród i wyróżnień. Gdyński Teatr Muzyczny został zaproszony wraz z "Lalką" na 30/31 Warszawskie Spotkania Teatralne, pierwszy raz gościem przeglądu stał się spektakl musicalowy. Kościelniak właśnie za reżyserię "Lalki" nominowany został do Paszportu "Polityki". Tak naprawdę dopiero ta premiera otworzyła mu drogę do polskich teatrów, od niej rozpoczął się triumfalny pochód, przypominający prawdziwą kanonadę tytułów. Od 2009 roku twórcy pojawili się na afiszach w Warszawie, Krakowie, Łodzi, a nawet Bielsku-Białej.

Kościelniak uchodzi dzisiaj za specjalistę od adaptacji literatury - przeniósł na deski teatru "Mistrza i Małgorzatę", "Ziemię obiecaną", "Chłopów", "Operetkę", "Braci Dalcz i S-ka", "Cyberiadę", a nawet "Złego".

Nie zamyka się jednak wyłącznie w obszarze fascynacji literaturą, pasjonuje go również film - przedstawił swoją wersję PRL-owskiego hitu "Hallo Szpicbródka", ale także amerykańskiego "Frankensteina" (to musical oparty co prawda o powieść, ale to przede wszystkim film na jej podstawie utkwił polskiemu reżyserowi w pamięci i stał się inspiracją dla musicalu). Realizuje też spektakle oparte o scenariusze oryginalne ("Scat", "Francesco"). W 2016 roku nieoczekiwanie zwrócił się w kierunku teatru dramatycznego, wystawił w gdańskim Teatrze Wybrzeże "Czyż nie dobija się koni?".

Koncepcja "trzeciej drogi" w teatrze muzycznym

Wojciech Kościelniak definiuje swoje spojrzenie na teatr muzyczny w następujący sposób:

"Szukam trzeciej drogi. Tak to nazywam, bo staram się poruszać między tradycją opery i operetki, a tym wszystkim, co wiąże się z amerykańskim musicalem. Nie znaczy to, że nie cenię tamtych dróg. Jednak wydaje mi się, że możemy szukać własnej drogi opartej o muzykę i literaturę, i sposób grania, i inscenizację o europejskich a nawet polskich korzeniach" 6.

Przyznawał, że manifestacją owej "trzeciej drogi" stał się Idiota, zrealizowany we wrocławskim Capitolu. Mniej więcej w tym okresie zresztą zaczął określać swój teatr, jako poszukujący "trzeciej drogi". Najpełniej wyraził to chyba jednak w "Lalce", choć akurat ta miała się bardziej zbliżyć do wzorców amerykańskich, stała się jednak najdojrzalszą egzemplifikacją jego poszukiwań.

Muzyka, scenografia, animacje, oświetlenie, charakteryzacja, ruch sceniczny, choreografia - realizatorzy pełnymi garściami czerpią z dostępnych środków teatralnych, zawsze jednak są one podporządkowane wizji reżysera. Praca nad musicalem zaczyna się od tekstu, to baza, która prowadzi dalej - następuje selekcja tematów i wątków, choć Kościelniak podkreśla, że celowo nie ma jednej metody, pozwala mu to uniknąć powtarzalności. Ze swoim ulubionym kompozytorem, Piotrem Dziubkiem, rozumieją się doskonale, przez blisko dziesięć lat współpracy, udało się im wypracować pewien sprawdzony schemat. Zaczyna się zawsze od propozycji dyrekcji teatru i rozmów z Kościelniakiem. Dopiero potem twórcy przechodzą do rozmów o koncepcji. Co ciekawe, poza "Mistrzem i Małgorzatą" wszystkie kompozycje powstały na bazie znajomości zaledwie szkicu scenariusza. Dziubek przyznaje, że nie czyta w ogóle scenariuszy, potrzebny mu jest tylko "rytm słowa" 7. Z kolei scenografia zawsze wynika z klucza, którego Damian Styrna poszukuje dla całej historii, czasem wpływa on na decyzje reżysera, a nawet prowadzenie spektaklu. To specyficzne wykorzystanie przestrzeni, tak charakterystyczne dla spektakli Kościelniaka, w istocie nadaje opowiadanym historiom szczególnego rysu. Cechuje je minimalizm, oszczędne, aczkolwiek bardzo przemyślane wykorzystanie rozmaitych elementów. Twórcy wielokrotnie zaskakują w inscenizacjach swoimi pomysłami: gdy Boryna zarzyna krowę, z jej wnętrza wypadają sznury lśniących, czerwonych korali, Dyzma jeździ po scenie w zawieszonym na szelkach, "wysmukłym Torpedo", któremu dyndają nogawki od spodni.

W jednym z wywiadów Kościelniak powiedział:

"staram się powołać sceniczny gatunek, który wypełnia istniejącą lukę. To luka między teatrem dramatycznym i muzycznym. Ten pierwszy często nie docenia drugiego, ten drugi nierzadko godzi się na zbyt daleko idące uproszczenia" 8.

W swoich spektaklach umiejętnie łączy elementy teatru muzycznego i dramatycznego, muzykę, śpiew i taniec ze specyficznym budowaniem postaci, pracą nad aktorem, wykorzystaniem scenicznej przestrzeni, budowaniem akcji, dramaturgią. Wydaje się, że jego trzecia droga, wypełnianie pustego miejsca, to właśnie poszukiwanie środka pomiędzy rozrywkowym teatrem muzycznym, a teatrem dramatycznym i polską tradycją.

Dzisiaj wyraźnie podkreśla, że nie tyle odcina się od anglosaskich wzorców, co chce po prostu budować polską odmianę gatunku. Wszystko zaczęło się jednak od buntu, sprzeciwu wobec mocno skostniałej konwencji wypełniającej polskie teatry muzyczne przełomu XX i XXI wieku. Pracując nad "Snem" mówił: "odżegnujemy się od musicalu, bo chcemy coś ważnego powiedzieć, a musical kojarzony jest z błahą fabułką" 9. W kolejnych latach potrzeba przeciwstawiania się jednak wyraźnie wyhamowała, widać było, że nie chodzi o coś zamiast, ale obok, a może pomiędzy. Premiera "Snu" zamknęła ten pierwszy, buntowniczy okres. Być może zresztą trwałby on dłużej, gdyby Kościelniak nie został dyrektorem wrocławskiego teatru. Zetknięcie się z biurokratyczną machiną, budżetami, pozwami sądowymi, protestami związków zawodowych, listami "w obronie" - wszystko to spowodowało, że o ile do teatru przyjechał ekscentryczny, pewny siebie buntownik, to cztery lata później odchodził z niego doświadczony realiami, chyba nieco złamany twórca. Stanął jednak na nogi, ale nie wrócił już więcej do tych pierwszych, szalonych prób, choć to właśnie one ukształtowały w nim umiejętności pracy z zespołem, a przede wszystkim kierunek, w jakim będą szły jego realizacje. Pogodzeniem się ze sobą i światem był chyba musical "Francesco". Wiele mówił wówczas o poszukiwaniu dobra i piękna, miłości do drugiego człowieka, jej duchowym wymiarze, zrozumieniu, po co jesteśmy i dokąd zmierzamy. Wybrał się nawet do Asyżu.

Powtarza często: "Staram się zawsze opowiedzieć o czymś, co mnie głęboko dotyka i co jest dla mnie ważne, natomiast, czy to jest z obszaru światopoglądu, sposobu opowiadania, czy jeszcze innego - różnie z tym bywa" 10. Nie tworzy scenariuszy obok tekstu, nie wykorzystuje ich jako pretekstu do opowiedzenia zupełnie innej historii. Przedstawia, zaskakująco starannie, wyraźną fabułę literacką, w jego przedstawieniach odczuć można szacunek dla pierwowzoru, zawsze jednak widoczna jest jakaś własna interpretacja. Jego odczytania klasyki pozwalają niemal zawsze na pewną uniwersalną konstatację: o Polakach, jako o zbiorowości ("Chłopi"), o brutalnym kapitalizmie ("Bracia Dalcz i S-ka"), o potrzebie sukcesu, awansu, nieustannego pięcia się w górę ("Lalka"). Cechą charakterystyczną jego realizacji są szeroko komentowane, dodatkowe postaci, wprowadzane do fabuły - Śpiewak Podwórkowy ("Opera za trzy grosze"), Tancerka ("Idiota"), Magazynier ("Lalka"), Anioł ("Chłopi"). To one naddają jakiegoś dodatkowego sensu, wymiaru, widzowie mają szansę dzięki nim na własną interpretację teatralnej opowieści.

Wojciech Kościelniak nie bez racji podkreśla, że jego spektakle mieszczą się w szeroko pojętej formule gatunku, jakim jest musical. Niektórzy szukają nazwy dla jego koncepcji, ponieważ jednak polski teatr muzyczny nie wypracował dotąd lepszego określenia, wydaje się, że słusznie sam reżyser trzyma się musicalu, dodając nawet w podtytułach swoich realizacji to określenie. W 2014 roku otrzymał Nagrodę Specjalną miesięcznika "Teatr", za "stworzenie w Polsce nowej formuły musicalu, wprowadzając na scenę muzyczną polskiej i europejskiej klasyki". Kto wie, czy symbolicznie nie oznaczała ona, że w warunkach polskiego teatru muzycznego osiągnął już wszystko. W niedawno udzielonym wywiadzie mówił, o tym, że przyjęta przez niego koncepcja powoli zużywa się i że "zbliża się czas odrzucenia" 11. Imponujące tempo realizowanych spektakli musiało w końcu przynieść pewne zmęczenie materiału. Przygotowanie trzech - czterech premier rocznie, biorąc pod uwagę, że niemal wyłącznie są to oryginalne dzieła, graniczy wręcz z szaleństwem i prowokuje do pytań, o granice twórczych możliwości. Nie wszystkie realizacje spotkały się zresztą z pozytywnym przyjęciem krytyki i publiczności, potknięcia były chyba nieuniknione. Z rzadka wraca do sprawdzonych już tytułów, jeszcze rzadziej sięga po musicale zachodnie, podjął się reżyserii zaledwie trzech tytułów - "Hair", "Opery za trzy grosze" oraz "West Side Story". Wiadomo, że będzie realizował na Słowacji musical o Janie Pawle II, w gdyńskim Teatrze Muzycznym "Wiedźmina" wg powieści Andrzeja Sapkowskiego. Zapowiedział też realizacje w Operze Nova w Bydgoszczy i wrocławskim Capitolu.

Przyjęta przez Kościelniaka formuła być może faktycznie ulega wyczerpaniu, powoli zaczyna brakować też chyba ciekawego materiału literackiego, wystarczająco nośnego, a jednocześnie pozwalającego na pewną bardziej uniwersalną, ogólną refleksję, do jakiej - jak się wydaje - zawsze zmierzają jego realizacje. Jaka będzie czwarta droga? To pytanie pozostaje na razie otwarte, jednak w którąkolwiek stronę by się on nie zwrócił, jego wpływ i znaczenie dla polskiego teatru muzycznego jest niepodważalne.

___

1. K. Fryc, Maciej Korwin, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni, nie żyje, "Gazeta Wyborcza - Trójmiasto", 11. 01. 2013 r.
2. J. Chojka, Trans nocy letniej, "Teatr", nr 1, 2002, s. 70.
3. J. Ciosek, Musicalu nie da się zamordować. Ja jedynie szukam jego polskiej drogi. Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem, "Dziennik Polski", 13. 10. 2014 r.
4. Właściwie wszystkie spektakle od premiery Ferdydurke, aż do chwili obecnej tworzone są przez kwartet Kościelniak - Dziubek - Dziwisz - Styrna.
5. K. Fryc, Wokulski wychodzi z piwnicy, "Gazeta Wyborcza - Trójmiasto"", 26. 02. 2010 r.
6. J. Wester, Trzecia droga Kościelniaka i "Lalka" po gdyńsku. Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem, "Polska Dziennik Bałtycki" - dodatek "Antrakt", 9. 11. 2009.
7. P. Sobierski, Nadworny kompozytor Kościelniaka. Rozmowa z Piotrem Dziubkiem, "Bliza - Kwartalnik Kulturalny", nr 3, 2013 r.
8. J. Ciosek, Kocham w teatrze magię. Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem, Dziennik Polski", 22. 09. 2011 r.
9. Cyt. za: www.pub700.pl, [dostęp z dn. 13.03.2003]
10. P. Wyszomirski, Nie jestem mordercą musicalu. Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem, "Gazeta Świętojańska online", 29.04.2011 r., [dostęp z dn. 30.04.2016 r.]
11. P. Wyszomirski, "W teatrze powinna być silna, ortodoksyjna awangarda, która niczym się nie przejmuje". Rozmowa z Wojciechem Kościelnikiem, "Gazeta Świętojańska online", 1.04.2016 r., [dostęp z dn. 30. 04.2016 r.]
""Trzecia droga". Rozważania o teatrze Wojciecha Kościelniaka"

Aleksandra Zając-Kiedysz
Autograf
13 sierpnia 2016

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia