Trzęsie się pod nami ziemia

Rozmowa z Beniaminem M. Bukowskim

Wydaje mi się, że budowanie jakichkolwiek społecznych diagnoz w perspektywie pokoleniowej bywa mocno zawodne. Bezpieczniej byłoby szukać pewnych ogólnych tendencji społeczno-politycznych. W tym sensie, jakkolwiek patetycznie by to brzmiało, każde społeczeństwo staje prędzej czy później przed podobnymi do mieszkańców Mazaganu dylematami. Musi odnieść się do takich tematów jak własna tożsamość, stosunek do wspólnoty, stosunek do obcych.

Z Beniaminem M. Bukowskim, dramatopisarzem, dramaturgiem i reżyserem, rozmawia Justyna Jaworska z Dialogu.

Justyna Jaworska: Trudno nam się było umówić na rozmowę, w ciągu dwóch tygodni zdążył pan być bodaj w sześciu miastach, a określa się pan jako "miłośnik herbaty z mlekiem" i (jeśli dobrze wyczuwam) domator. Czy pisanie "Mazaganu", sztuki o twierdzy, która przepłynęła ocean, nie było do pewnego stopnia odreagowaniem teatralnej tułaczki?

Beniamin M. Bukowski - Dla domatora konieczność częstego podróżowania zawsze będzie pewnym dyskomfortem. Istnieje całkiem sporo powieści o tym, że opuszczanie swoich czterech ścian i uporządkowanego trybu życia ma zawsze doniosłe konsekwencje - często okazują się one formujące, innym razem niszczące - ale nigdy nie są niewinne.

Czytam właśnie "Ambasadorów" Henry'ego Jamesa, który odmalował ten problem z niezrównanym psychologicznym wdziękiem. Jednak temat, który starałem się poruszyć w sztuce, jest bardziej złożony. Nasi protoplaści tworzyli społeczności wędrowne. Dziś migracja - i nie mówię tylko o najbardziej palącym zagadnieniu uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu - nasila się na dawno niespotykaną skalę: zmiana miejsca zamieszkania w związku z edukacją, pracą zarobkową lub zwyczajnym "poszukiwaniem własnego miejsca" stała się dużo łatwiejsza i powszechniejsza niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Dwa stulecia temu odwiedzenie sześciu miast oddzielonych od siebie o kilkaset kilometrów dzień po dniu nie byłoby możliwe. Ale nie chodzi przecież o zmienianie adresu. Mam dom, do którego nieustannie wracam, rodziców, przyjaciół, znajomych. Dzięki teatrowi tych ostatnich jest naprawdę sporo i są porozrzucani po najróżniejszych miejscowościach. To zawsze daje jakiś punkt zaczepienia, ilekroć przybywam do obcego miasta. Istnieje zresztą cały szereg miejsc, w których możemy znaleźć punkt referencyjny do naszego dotychczasowego życia, niezależnie od szerokości geograficznej. Dla osoby wierzącej będzie to świątynia; a w sferze dalekiej od sacrum (przepraszam za ten kontrastowo odmienny przykład) sieciowy sklep albo fastfood, wyglądający podobnie i oferujący te same produkty niemal na całym świecie. I jest oczywiście sieć internetowa, która przeformułowuje jeszcze bardziej nasz sposób funkcjonowania. Pytanie jednak brzmi: na jakim poziomie chcemy budować określające nas więzi, byśmy mogli uzyskać poczucie bezpieczeństwa?

Skoro z McDonalda nie uczynimy twierdzy...

- Sądzę, że do tego, aby się w pełni rozwijać, jest nam niezbędny tak lub inaczej zbudowany dom. Jeżeli miałbym wytłumaczyć, dlaczego sięgnąłem po ten temat właśnie teraz (a wszelkie tłumaczenia powstają skądinąd po fakcie), to powiedziałbym, że powszednieje poczucie bezdomności. Termin ten rozumiem możliwie szeroko: od tragedii ludzi, którzy musieli porzucić swoje domostwa, by uciekać przed wojną; przez dosłowną bezdomność osób, które mijamy na ulicach, aż po dramaty dłużników kupujących mieszkania na kredyt. Ale przecież dom to coś znacznie więcej niż jakaś zamknięta przestrzeń. Próbując ostatnio dokształcić się odrobinę z dziedziny biologii, czytałem o rozróżnieniu na lasy pierwotne i te, które powstały na skutek wtórnej działalności człowieka. W lesie pierwotnym drzewa są ze sobą powiązane systemem korzeni, zasilają i wzmacniają się nawzajem. Peter Wohlleben, który popularyzatorsko opisał to zjawisko, podaje przykład bardzo starego pnia, który, pozbawiony od stuleci korony, wciąż żył, karmiony przez inne rośliny w swoim otoczeniu. W lesie wtórnym nie ma już takich powiązań. My, ludzie, coś zepsuliśmy. Mam wrażenie, że w kwestii domów jest całkiem podobnie, łatwiej nam psuć niż budować. Pozbawić drugiego człowieka albo samego siebie poczucia zaufania i oparcia nie jest szczególnie trudno. A później każdy z nas pragnie tę pustkę w naturalny sposób zapełnić. Tę przestrzeń bardzo łatwo jest zagospodarować wszelkimi ideologiami, a zastąpienie trwałych relacji z innymi ludźmi ideologią ma wymiar nie tylko niebezpieczny, ale wręcz tragiczny, w najbardziej personalnym znaczeniu tego słowa.

Niebezpieczeństwo ideologii porusza Pański najnowszy spektakl o Janie Mosdorfie. W pana oczach to postać tragiczna? Ambiwalentna? Jaką pustkę chciał zapełnić jako ideolog?

- To przede wszystkim człowiek, z którym zasadniczo nie zgadzam się nam poziomie ideologicznym. Człowiek bardzo inteligentny, wykształcony, obdarzony wedle relacji współczesnych niesamowitym poczuciem humoru i bystrością, ale jednocześnie dokładający swoją cegiełkę do zbrodniczej ideologii, jaką był przedwojenny antysemityzm. Mosdorf jest dla mnie faktycznie postacią tragiczną, zbudowaną na sprzecznościach. Z jednej strony doktor filozofii i uczeń Władysława Tatarkiewicza, z drugiej założyciel ONR, ideolog nacjonalizmu, aktywny działacz polityczny. Wiele tez Mosdorfa, jakkolwiek nie zgadzam się z nimi na poziomie intelektualnym, może spokojnie mieścić się w standardzie demokratycznej debaty. Ale wiele - już nie. Współcześni narodowcy, ci bardziej świadomi swojej historii i starający się nadać swojej organizacji bardziej cywilizowaną twarz, nieustannie podkreślają, że jego antysemityzm miał "wyłącznie" naturę ekonomiczną i że ich ojciec założyciel nigdy nie wzywał do fizycznej eksterminacji żadnej mniejszości etnicznej. Ale przewodził przecież strukturze, której członkowie dopuszczali się morderstw, pobić i niszczenia mienia na tle etnicznym. Podpisał deklarację ideową ONR wymierzoną przeciwko mniejszościom żyjącym w II Rzeczypospolitej. Jako redaktor naczelny sygnował czasopismo "Sztafeta", przepełnione pełną nienawiści propagandą wobec Żydów, wietrzącą wszędzie masońskie spiski i chwalącą - mimo podkreślania politycznej wrogości - metody działania i etos nazistowskiej Rzeszy. Sam zaś w swoich pismach wzywał do wykluczenia Żydów z życia społecznego i zmuszenia ich do emigracji. Tragizm Mosdorfa polega w moim przekonaniu na tym, że we własnym przeświadczeniu działał "w słusznej sprawie". Jego antysemityzm wyrastał w znacznej mierze z uwarunkowań epoki, w której żył. Mosdorf, jako intelektualista, uwierzył w pewien zatrważający koncept, który w sferze idei mógł mu się wydać spójny i pociągający. A jednocześnie nie potrafił zobaczyć jego dalekosiężnych konsekwencji, stojącej za ideą ludzkiej krzywdy. Jednak gdy trafił do obozu w Auschwitz, zaczął pomagać współwięźniom niezależnie od ich pochodzenia i poglądów - został zamordowany na skutek anonimowego donosu za wspieranie ludności żydowskiej. Ludzkie życiorysy okazują się bardziej skomplikowane niż ideologie, które wyznajemy. W tym sensie postać Mosdorfa traktuję jako pewną odtrutkę dla tych, którzy chcieliby widzieć świat w sposób czarno-biały. Spektakl o nim miał być protestem przeciwko odradzaniu się zbrodniczego nacjonalizmu (to mocne słowa, ale należy ich użyć, skoro już teraz przez ten nacjonalizm giną na ulicach ludzie), ale też przeciwko wszelkiej ideologicznej skrajności.

W "Mazaganie" pokazuje pan starcie ideologii na przykładzie osiemnastowiecznej Portugalii.

- Nie jestem w tym pierwszy, by wspomnieć chociażby Jose Saramago, jednego z ulubionych pisarzy mojej mamy. Osiemnastowieczna Portugalia to doskonałe pole dla współczesnego opowiadacza, bo zderzają się tutaj ze sobą dwa radykalne światopoglądy: katolicki i oświeceniowy. Łatwo stąd wysnuć różne paralele, choć nie należy się z nimi rozpędzać. Radykalizm oświecenia nie musi wiązać się z gilotyną, tak jak radykalizm chrześcijański z inkwizycyjnymi stosami. Święty Paweł z Tarsu i Immanuel Kant byli radykalni. Można się z żadnym z nich nie zgadzać, ale też żaden z nich nie budował swojego gmachu na cudzej krzywdzie.

Pan przywołuje przede wszystkim Voltaire'a i jego poemat o trzęsieniu ziemi w Lizbonie.

- Długo zastanawiałem się, czy wykorzystać ten cytat, ale ostatecznie uznałem, że jest on ważny dla dramatu. Z jednej strony jest w nim coś poruszającego w kontekście samej historii Mazaganu. Oto otoczona przez wrogie terytoria podupadająca kolonia żyje wciąż mitem wielkiej i wspaniałej ojczyzny. Tymczasem Lizbona, serce Królestwa, nieoczekiwanie rozsypuje się w proch. Fizyczny rozpad miasta nie mógł nie mieć wpływu na trudniej uchwytny, ale nie mniej przejmujący rozpad społecznej tkanki osadników. Ale ten poemat ma też oczywiście szerszy kontekst. W epoce Voltaire'a żywe było zagadnienie teodycei, próba filozoficznego pogodzenia idei doskonałego, osobowego Boga z istniejącym w świecie cierpieniem i złem. Voltaire w tym sporze zagrał, patrząc z punktu widzenia standardów filozoficznych, nieco nieuczciwie, bo w poemacie o zburzeniu Lizbony zastosował emocjonalny szantaż: żywym, literackim językiem odmalował bezmiar cierpienia ofiar i zderzył je z bezduszną racjonalnością argumentów wysuwanych przez swoich przeciwników. Niezależnie od tego, czy zgodzimy się na ten retoryczny wybieg i niezależnie od naszych metafizycznych przekonań nie uciekniemy od pytania o naturę i bezmiar ludzkiego cierpienia.

Tylko że samo pytanie "unde malum" jest chyba retoryczne?

- Trzęsie się pod nami ziemia. A my, zamiast próbować się ratować, zajmujemy się szukaniem winnych.

Widzi pan swoje pokolenie jako nowych mazagańczyków?

- Wydaje mi się, że budowanie jakichkolwiek społecznych diagnoz w perspektywie pokoleniowej bywa mocno zawodne. Bezpieczniej byłoby szukać pewnych ogólnych tendencji społeczno-politycznych. W tym sensie, jakkolwiek patetycznie by to brzmiało, każde społeczeństwo staje prędzej czy później przed podobnymi do mieszkańców Mazaganu dylematami. Musi odnieść się do takich tematów jak własna tożsamość, stosunek do wspólnoty, stosunek do obcych.

Oraz perspektywa katastrofy?

- Obawiam się, że tu mogę mówić tylko za siebie. Patrząc na miejsce, w którym się znajdujemy, mam poczucie pewnej tymczasowości, pewnego zawieszenia. Przypuszczam, że podobne uczucia mogły towarzyszyć ludziom, o których piszę w swojej sztuce. Wszyscy wieszczą teraz koniec świata, a ja wcale nie jestem przekonany, czy on nastąpi. Wolałbym jeszcze mieć trochę czasu.

***

Beniamin M. Bukowski - urodził się w 1991 r. w Poznaniu, jest dramatopisarzem, dramaturgiem i reżyserem, doktorantem Wydziału Filozofii UJ. Reżyserował sztuki Alberta Camusa, Sławomira Mrożka, Anny Wakulik, a ostatnio w Teatrze Nowym w Poznaniu wystawił własny tekst "Mosdorf. Rekonstrukcja". Jego sztuka "Niesamowici Bracia Limbourg" (druk. "Dialog" 12/2015) zdobyła Gdyńską Alternatywną Nagrodę Dramaturgiczną i miała niedawno wystawienie w Teatrze Przy Krypcie w Szczecinie (reż. Daniel Jacewicz). Autor zdobył też drugą nagrodę w konkursie dramaturgicznym Teatroteki WFDiF za "Odkrycie Europy" (w tym miesiącu pokaz premierowy), drugą nagrodę w 27. Poznańskim Konkursie na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży za "Sztukę bez babci", a drukowany przez nas w tym numerze dramat "Mazagan. Miasto" został zauważony w Norymberdze, gdzie dostał III nagrodę w międzynarodowym konkursie dramaturgicznym Talking About Borders.

Justyna Jaworska
Dialog
10 marca 2017

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia