Trzy czwarte życia w teatrze

Rozmowa z Mariuszem Puchalskim

W porównaniu do wielu moich rówieśników, nie mam na koncie zbyt pokaźnej liczby ról filmowych, ale mam szczęście, bo zagrałem we wszystkich rodzajach sztuk, począwszy od sztuki antycznej, po współczesny teatr brutalistów.

Z Mariuszem Puchalskim, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawia Monika Nawrocka-Leśnik.

Monika Nawrocka-Leśnik: Niedługo stuknie panu 40-tka pracy artystycznej. Czy może pan zaśpiewać, że to 40 lat na scenie "minęło jak jeden dzień"?

Mariusz Puchalski: - Tak, absolutnie. Nie dłużyło mi się.

Czyli ciekawe jest życie artysty?

- Bardzo, a już na pewno artysty zajętego. Każdy na coś czeka, ale ja mogę powiedzieć, że się doczekałem i jestem artystą spełnionym. Kiedy zaczynałem pracę w latach 70. byłem hippisem i mało przychylnie myślałem o wszelkich jubileuszach i tych starych zgredach, których zdarzało mi się oglądać na scenie. Byłem cynikiem i kpiłem z tego. Z perspektywy czasu jednak myślę inaczej. Teraz to ja jestem po tej drugiej stronie i sam świętuję. Czuję się tym wręcz zażenowany, bo przyznam szczerze, że stałem się ostatnio buchalterem...

I co pan liczy?

- Nie zdawałem sobie sprawy, że będę kiedykolwiek coś liczył, sumował. Ale za dwa, trzy lata przejdę na emeryturę. I dlatego właśnie powiedziałem, że czuję się spełniony, bo wszystko mam już za sobą. Policzyłem, że zagrałem między 200 a 220 ról w życiu, że było to między 8 a 10 tysięcy spektakli.

To imponujące statystyki.

- Myślę, że tak. Ja jednak - w porównaniu do wielu moich rówieśników, nie mam na koncie zbyt pokaźnej liczby ról filmowych. Ale są i tacy, którzy mając tyle lat co ja, zagrali połowę z tych moich ról. Nie liczę ich jednak z powodu jakieś przewagi. Tak po prostu jest, tak mi się w życiu ułożyło. Mam szczęście, bo zagrałem we wszystkich rodzajach sztuk, począwszy od sztuki antycznej, po współczesny teatr brutalistów.

A która to rola życia?

- To w zasadzie kilka ról i z różnych okresów. Jedna z nich to rola w komedii "Sługa dwóch panów" w reżyserii Leszka Czarnoty, która zrealizowana została w Bydgoszczy. A druga to rola Fausta, którą zagrałem w Teatrze Nowym za czasów dyrektora Janusza Wiśniewskiego. Objechaliśmy z nim całą Europę. Ale to oczywiście tylko moje odczucia, bo publiczność może uważać inaczej. Dodam tylko, że to były w zasadzie przypadkowe spektakle. Bo to nie jest tak, że myślisz sobie - o zagrałbym...

To nie marzył pan w czasie studiów o żadnej konkretnej roli?

- Chyba nie. Ale udało mi się potem zagrać zarówno romantycznego, jak i tragicznego bohatera. Mogłem się sprawdzić w każdej roli. Ale dziś już takiego teatru się nie uprawia. Nie mogę jednak powiedzieć, że ten obecny mnie nie pociąga, bo jest wręcz odwrotnie. Ciekawe jest to, że jak się teraz pracuje z młodym reżyserem, to on często myśli, że wpadł na jakiś innowacyjny pomysł. A ja wiem, że to już dawno było. Bo to jest właśnie to 40 lat na scenie. Doświadczenie. Teatr jest nieprzekraczalną ciągłością. Ma dwa tysiące lat. Wszystko już naprawdę było, zmieniają się tylko środki przekazu, technika idzie do przodu.

Mówi to pan z uśmiechem, więc chyba diagnoza, jaką postawił pan teraz teatrowi, nie jest taka zła?

- Absolutnie nie. Teraz już tylko nie czytam żadnych recenzji, bo mnie to zupełnie nie interesuje. Kiedyś się przejmowałem, ale z wiekiem mi przeszło. Kiedyś to był nawet taki Klub Krytyki Polskiej, który jeździł po Polsce, spał na spektaklach, a potem pisał bzdury... Byli też i tacy, którzy chodzili wyłącznie na spektakle tzw. swoich. Odkryłem wówczas, że zwykle pisywali o teatrze ludzie, którzy nie dostali się do szkół aktorskich. I to oni dawali rady, jak należy grać i wskazywali na to, czego brakuje w spektaklu, nie wspominając w ogóle o tym, co tak właściwie na tej scenie zobaczyli. Szkoda gadać.

Gra pan bardziej dla siebie czy publiczności?

- Oczywiście, że dla publiczności. Tylko dla niej.

A ta się pewnie zmieniła przez to 40 lat.

- No pewnie. Ludzie, którzy zostali wykształceni na teatrze, ci którzy chodzili do teatru 20 lat temu, zarazili nim swoje dzieci. I widać to na widowni. Po wielu latach wyczuwam też na niej ludzi, którzy są w teatrze po raz pierwszy. I o nich też trzeba zadbać. Trzeba tak zagrać, żeby nie zrazić do teatru. Otoczyć troską, w żaden sposób nie zniechęcić. Mamy być lepsi niż serial. To nas mają wybrać.

I wtedy bardziej się pan stara?

- Nie mogę tak powiedzieć.

Czyli kiedy wchodzi pan na scenę, to za każdym razem daje z siebie wszystko?

- To też nie do końca prawda, bo jestem tylko człowiekiem. Przygotowuję się za każdym razem na spotkanie z widzem, ale bywa, że jestem zmęczony fizyczne albo psychicznie. Każdego wieczoru mogę się czuć inaczej. Grałem nawet kiedy odchodzili ode mnie najbliżsi. Dość często jest tak, że dzieje się coś niedobrego w życiu, a wieczorem musimy zagrać w komedii, bo ludzie zapłacili za spektakl 50 złotych. I ja nie mogę o tym zapomnieć, chociaż rano zmarła moja mama. A tak właśnie było...

Ale na pewno pamięta pan też zabawne historie...

- I osiemdziesięciu procent z nich nie powinienem opowiadać.

Proszę tylko o jedną.

- Grałem kiedyś Merkucja w "Romeo i Julii". Spektakl zaczynał się od tego, że Merkucjo i Benwolio stali na proscenium, po dwóch stronach sceny. Było ciemno, więc nie było widać, czy ktoś tam tak naprawdę stoi. Na poszczególne kwestie celowano w nas światłem punktowym. No i zaczynamy. Światło pada na mnie, mówię swoje... Światło gaśnie, zapalają je w miejscu, gdzie miał być Benwolio, ale jego tam nie ma. Od razu więc - na szczęście pamiętałem jego kwestię, odpowiedziałem. Ale zaraz znowu to samo. Nie wiedząc co się dzieje, dlaczego go tam nie ma, zagrałem dwie role. A publiczność nie miała o tym pojęcia. Nie zorientował się także siedzący na widowni mój nieżyjący kolega, aktor Jacek Chmielnik. Stwierdził później, że to był rewelacyjny zabieg teatralny. Całe szczęście, że nie zabrakło Romea...

Pamięta pan swój debiut?

- Zadebiutowałem we Wrocławiu w czasach, kiedy młody aktor nic nie znaczył. Nam - absolwentom szkoły filmowej wydawało się, że jesteśmy nie wiadomo kim, bo zagraliśmy jakieś super role w spektaklach dyplomowych. A tak naprawdę czekaliśmy, aż ktoś pozwoli nam w ogóle wejść na scenę. No i się udało. Dyrektor Paradowski zaproponował mi rolę Pielęgniarza II w sztuce "Wyszedł z domu" Tadeusza Różewicza. Bałem się wtedy niesamowicie konfrontacji ze starszymi aktorami. Oni siedzieli przez miesiąc i pili kawę w bufecie, a on z nami ćwiczył dwa kroki. Nie wiedziałem wtedy, o co chodzi. Czułem się jak dzieciak na obozie. Przeżyłem to jednak i potem zaczęła się naprawdę bardzo dobra passa w moim życiu, siedem głównych ról...

Zanim trafił pan na deski Teatru Nowego w Poznaniu, pracował wcześniej w tutejszym Teatrze Polskim, wspomnianym wrocławskim Teatrze Polskim oraz w Bydgoszczy. Jak na aktora, to chyba nie za dużo pan wędrował?

- To naprawdę mało, bo miałem tylko pięciu dyrektorów. Pierwsze trzy sezony pracowałem w Teatrze Polskim we Wrocławiu, potem cztery sezony w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, jedenaście w poznańskim Teatrze Polskim, no i ponad 20 lat pracuję tutaj - w Teatrze Nowym, bardzo fajnym teatrze.
Trzy czwarte życia spędziłem w teatrze. To drugi, a może nawet przez wiele lat mój pierwszy dom.

Cały czas rozmawiamy o graniu, ale pan również reżyserował...

- Tak. Dyrektor Wiśniewski zaproponował mi taką rolę. Pracowałem wówczas nad "Kwartetem" z najstarszymi aktorami Teatru Nowego. Dobrze, że mnie lubili, bo byłoby ciężko.

Czyli to prawda, że aktorzy nienawidzą reżyserów?

- Aż tak źle to może nie jest. Ale rzeczywiście czasami się z tego śmiejemy. Starsi aktorzy czują się często bardzo ważni - ale ja nie, i nie rzadko właśnie przez to nie układa im się z młodymi twórcami. Ja miałem to szczęście, że mnie znali i lubili. Drugi spektakl, który wyreżyserowałem to z kolei "W sobotę o ósmej" Levina. Przez wiele lat prowadziłem także kabaret i wyreżyserowałem dwa programy z pogranicza groteski w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze.

To dlatego, że znudziło się panu granie?

- Nie. Ale chyba właśnie też dlatego jestem aktorem spełnionym, bo próbowałem sił w wielu dziedzinach, w różnych rolach.

Co by pan robił, gdyby nie został aktorem?

- Byłem cudownym dzieckiem. Kiedy miałem 9 lat zagrałem duży koncert na fortepianie w filharmonii z orkiestrą. Byłem kształcony na wirtuoza. Po maturze jednak złożyłem papiery na polonistykę na Uniwersytet Wrocławski. Nie sądziłem, że dostanę się do szkoły filmowej, ale jednak. Udało się i od 40 lat jestem aktorem.

Czego mam więc życzyć aktorowi z takim stażem?

- Żeby dał sobie spokój i tak się nie ekscytował. Żeby w końcu nabrał dystansu do tych 40 lat.

---

Mariusz Puchalski - aktor Teatru Nowego w Poznaniu od 1993 roku. Ukończył studia w Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi (1975).

Monika Nawrocka-Leśnik
kultura.poznan.pl
13 lutego 2016

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia