Trzy pory wiosny

"Święto wiosny" - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Pomysł Krzysztofa Pastora na ten spektakl musiał zrodzić się już dawno. Choć przedstawienie miało premierę niespełna rok temu, jego realizacja wymagała wielu prób i poniesienia sporych kosztów. Jak złożyć w spójną całość trzy poetyki? Oczywiście, dyrektor Polskiego Baletu Narodowego musiał mieć świadomość, że to przedsięwzięcie ryzykowne. Polska scena baletowa ma jednak tę zaletę, że jest jedną z lepszych w Europie. Wystarczy wspomnieć choćby teatr z Poznania ze znakomitym ,,Minus 2". Podobnie jest w ,,Święcie wiosny".

Pierwsza część jest de facto rekonstrukcją choreografii Niżyńskiego. Koordynacji tego zadania podjęła się Millicent Hodson. I prowadzi to widowisko wzorcowo. Bardzo dokładnie trzyma się scenariusza. Pogański obrzęd rozgrywa się na tle zielonej, pięknej przyrody. Tancerze poubierani są w stroje ludowe. Można się w nich dopatrzeć inspiracji słowiańszczyzną czy Indianami. Udaje się na szczęście uniknąć szablonowości. Hodson przypomina widzom, dlaczego niemal sto lat temu ,,Święto wiosny" wywołało taki skandal. Wykonana z wielką dbałością o koordynację ruchową choreografia co i rusz atakuje czającym się erotyzmem. Nie jest on eksponowany tak, jak w dwóch następnych częściach. A jednak klasyczna inscenizacja Strawińskiego nadal jest drapieżna. Jedynie postacie Starca i Wybranki są pozbawione wyrazu. To znaczy: są obecne na scenie i stanowią oś akcji. Nie niosą ze sobą mimo to żadnych nowych znaczeń. Spore wrażenie robi wielki obrzęd ofiarny, w którym wystraszona Wybranka stara się wyrwać z zaklętego kręgu. W antrakcie między dwoma aktami zawieszono na kurtynie obraz. Przedstawia on ubranych w skóry łosi uczestników rytuału. Zbliżają się do smutnej dziewczyny. Tymczasem strzelec mierzy do nich z łuku. Prosta struktura tego wizerunku przywodzi na myśl słynny podział Nietzschego na sztukę apollińską i dionizyjską. Zaś sam obrzęd ku czci Wiosny okazuje się tym samym moralnie nagannym czynem. Ale być może koniecznym? Część pierwsza to estetyczna uczta. A zarazem oddech sztuki, która już nie wróci w swojej najczystszej formie. 

Następny epizod opiera się na choreografii stworzonej przez Emanuela Gata. Izraelski tancerz podjął temat ,,Święta" zupełnie inaczej. Nie ma u niego skupionej ciżby, dokonującej aktu poświęcenia dziewicy bogom natury. Jest natomiast piątka tancerzy - trzy kobiety i dwoje mężczyzn. Pełne żywiołowości rytuały wspólnoty zostają przełożone na język miłosny tego pięciokąta. Gat odnosi się do wiosennych hormonów, które zdają się buzować niczym w ,,Śnie nocy letniej". Tacy też są bohaterowie tej opowieści. Młodzi zakochani, niestali w uczuciach, zmieniający partnerów jak rękawiczki. Bardzo dobrze przedstawiają to całe sekwencje taneczne. Gdy tworzą się dwa duety, jedna osoba zostaje bez partnera. I co ważne, zawsze jest to kobieta. Powtarza ona taki sam układ choreograficzny. Do czasu, gdy następuje zmiana i bez pary pozostaje kolejna dziewczyna. Postacie tworzą sojusze, ,,wymieniając się" kochankami. Gat dostrzega w wiośnie rytuał buzującej miłości, która toczy się od miłości do nienawiści. Niestety, brakuje tutaj fabuły. Tancerze praktycznie cały czas pozostają w ruchu, ale nie ma tu punktów węzłowych. Nie ma ani Starca, ani Wybranki. A może chodzi o to, że każdy jest Wybranką? Można prowokować takie domysły, ale niedociągnięć narracyjnych się w ten sposób nie ukryje. Druga część warszawskiego spektaklu jest efektowna wizualnie, choć tak naprawdę pozostaje pusta. Zaś wykorzystanie salsy do muzyki Strawińskiego wywołuje na początku uśmiech. Południowoamerykański taniec nie przystaje do nut kompozytora. Salsa jest rzeczywiście dynamiczna, ale nie ma w sobie brudu, mroku, który nadałby jej ciężkość znaczeniową. Tancerze, choć znakomicie działający na scenie, przedstawiają tak naprawdę wydmuszkę. Piękną, choć próżną. 

Ostatni akord to znakomita robota Maurice\'a Bejarta. Dwa akty scenariusza choreograf podzielił na dwa światy. Pierwszy to męskie uniwersum. Tancerze pokazują się w obcisłych, wielokolorowych trykotach. Toczą między sobą zaciekły bój. Długie, wymagające wytrzymałości fizycznej sekwencje taneczne przynoszą przegranego. To Starzec. Jako jedyny ubrany jest na biało. Jego starość eliminuje go z pełnego witalności i siły świata mężczyzn. Ułomne ciało zostaje zmaltretowane. A jednak podejmuje ono trud udowodnienia, że jest coś warte. Wciąż próbuje dorównać wyczynom młodszych. Tylko nic z tego nie wychodzi. Vladimir Yaroshenko jako Starzec przedstawia ten upadek w sposób przejmujący. Ukazane przez niego zmaganie się z sobą, z własną słabością jest najmocniejszym elementem całego przedstawienia. Wykluczony mężczyzna staje się Wybrańcem. Kontrapunktem dla tej sytuacji jest świat kobiet. Rytuał ofiarny wymaga krwi. W prostej linii prowadzi to nas do cyklu menstruacyjnego. Ubrane w nieskazitelnie białe kostiumy tancerki podnoszą swoje łona do góry. Rozkładają przy tym nogi i ramiona, co powoduje, że wyglądają jak kwiaty. Spośród nich tylko Wybranka wybiera własny układ choreograficzny. Zakrywa co jakiś czas jedno oko. Medium? Kasandra? Tę sielankę zakłóca pojawienie się mężczyzn. Kobiety chcą obronić swoją Wybrankę. Ale wkrótce dają się uwieść grze rozpoczętej przez płeć przeciwną. Obie grupy zderzają ze sobą Wybrańców. Ci splatają się w miłosnym uścisku. Ich śladem podąża reszta uczestników święta. Bejart przedstawia piękny obraz ludzkiej biologii. Połączenie się Wybrańców jest archetypem seksu, które rodzi zarówno życie, jak i śmierć. Wszak biel kobiety to niewinność, mężczyzny - to starość (siwe włosy). Rytuał, nawet jeśli niezaplanowany, rozwija się sam. Wystarczy postawić przed sobą dwa nagie ciała. Nie trzeba do tego uprzednio zaplanowanych obrzędów. Wola natury dokonuje się sama. Jest to powód do dumy człowieka. Ale jednocześnie świadczy to o jego klęsce.

Właściwie ,,Le sacre du printemps" należałoby tłumaczyć jako ,,Wiosenna ofiara". Głównie ze względu na wieloznaczność rzeczownika ,,sacre". Semantycznie zbliża się on do ,,świętości, sacrum", jak i właśnie do ,,ofiary (sacrifice)". Bo czym jest cierpiętnictwo Wybranki? Aktem miłości biologicznej. ,,Święto wiosny" miało premierę w 1913 roku. Freud był już wtedy znany. Strawiński przedstawił to, co w nas mroczne, ale i piękne. Wewnętrzne instynkty prowadzą do zbawienia, które jednocześnie dokonuje autodestrukcji. To odnosi się do filozofii libertyńskiej de Sade\'a, w której najwyższą rozkosz stanowi ta sięgająca śmierci. Trzy części świetnego warszawskiego baletu to kolejno: rekonstrukcja, wariacja na temat związków, monumentalna opowieść o miłości i tragizmie człowieka. Odmienne poetyki pozwalają przy tym sycić intelekt. Udaje się osiągnąć jedność muzyki i ruchu. Na naszych oczach rytuał dokonuje się w pełni.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
4 maja 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...