Tutaj naprawdę coś się stało

"Dwa" - reż: Robert Talarczyk - Teatr Korez w Katowicach

Kiedy na stronie Agencji Dramatu i Teatru przeczytałem streszczenie "Dwóch" Jima Cartwrighta, dramat skojarzył mi się z twórczością Ingmara Bergmana. Stara Kobieta, która opiekuje się zniedołężniałym mężem, Stary Mężczyzna, wspominający zmarłą żonę, śmierć siedmiolatka w wypadku samochodowym - tak trudnych tematów na scenie Korezu nie poruszano jeszcze nigdy. Na szczęście - zarówno w tekście, jak i w przedstawieniu w reżyserii Roberta Talarczyka - zachowano równowagę między wspomnianymi scenami i momentami ewidentnie komediowymi...

Na scenę wchodzą ubrani na czarno Właściciel i Właścicielka. Zdejmują krzesła ze stołu, otwierają bar, obsługują pierwszych klientów. Rozmawiając z nieobecnymi na scenie amatorami wódki, brandy, whiskey i piwa, przypominają Starą i Starego z „Krzeseł” Ionesco. Nalewanie alkoholu, „śpiew kasy”, mycie kufli – wszystko odbywa się jedynie za pomocą ruchu, perfekcyjnie zsynchronizowanego z dźwiękiem. Od pierwszej chwili wiadomo, że się nienawidzą - on nazywa ją „suką”, ona uderza go z całej siły łokciem w slot słoneczny. On zdąży jeszcze w bardzo plastyczny sposób opowiedzieć, jak się poznali (byli nastolatkami, zaglądającymi do tego lokalu przez zaparowane szyby), po czym oboje wyjdą, by zrobić miejsce dla klientów i ich historii… 

Grażynę Bułkę widziałem na scenie Korezu po raz pierwszy. Zachwyciła mnie zdolnością błyskawicznej metamorfozy. Poruszała jako kobieta, opowiadająca o „zasranych prześcieradłach” i sikach męża na swoich rękach, pokazując jednocześnie – we fragmencie o rzeźniku – że tego typu egzystencja może skończyć się popadnięciem w obłęd. Pokazać oblizującą się panią Eiger w sposób, który nie ma w sobie nic z wulgarności, to prawdziwa sztuka. Wprawdzie Krysia naszkicowana jest grubą kreską, ale z upokarzaną Lesley czy zakochaną w Elvisie i zajadającą chipsy Alice niejedna z kobiet może się identyfikować.  

Mirosławowi Neinertowi zdarzało się już grać w jednym spektaklu kilka postaci („Niedźwiedź. Oświadczyny”, „Biesiada z premedytacją”, „Dymitr Samozwaniec”), ale w siedmiu bohaterów w obrębie jednego przedstawienia jeszcze się nie wcielał. Kiedy jako Stary Mężczyzna cichutkim głosem przypomina nam, że wszyscy kiedyś umrzemy, ale śmierć nie jest końcem, na widowni panuje niesamowita cisza. Na przeciwnym biegunie znajduje się Ćma, który w różowym świetle, w rytm płynącego z szafy grającej przeboju (wokalista brzmi niczym James Brown) próbuje tańczyć niczym Vincent Vega w „Pulp Fiction”. Ponieważ nie jest jednak Johnem Travoltą, szybko dają o sobie znać problemy z kręgosłupem. W tej sytuacji zmuszony jest oświadczyć się Krysi – dziewczynie, z którą przyszedł. Podobnym pantoflarzem jest pan Eiger – okularnik, noszący sweterek z Myszką Miki. Nie potrafi kupić drinków, żona nazywa go „mychą” (zamiast niego wolałaby Schwarzeneggera) i zamiast spania w jednym łóżku nagradza go… spacerem. Kimś zupełnie innym jest Roy – ubrany w skórzaną kurtkę (w stylu Franza Mauera z pierwszej części „Psów”), żujący gumę zabijaka. Sadysta, który – gdy dziewczyna wraca z toalety – pyta „Pierwsze czy drugie?”, a po uzyskaniu odpowiedzi dorzuca: „Jak na pierwsze, to trochę za długo”, uważając, że kobieta plotkowała na jego temat. Chorobliwa zazdrość przestaje już śmieszyć (jak miało to miejsce w „Nas troje” Koterskiego), a zaczyna przerażać. Roy poniża Lesley, korzystając z posiadanej nad nią władzy – przedrzeźnia dziewczynę, by w pewnym momencie porównać ją do „gówna, wyciągniętego z klopa”. Mężczyzn, rzucających lotkami, nazywa „pedałami”, sam gęsto inkrustuje wypowiedzi słowem „kurwa” i wydaje mu się, że każdy z bywalców lokalu ma ochotę na jego towarzyszkę (jednego z nich nazywa „chujem w białej koszuli”, drugiemu zapowiada, że za chwilę „mu jebnie”). Wyzwiska i groźby Roy kieruje w stronę konkretnych widzów, stających się – zgodnie z wolą Cartwrighta – klientami baru. Mimo, iż zauważyłem w mimice Mirosława Neinerta kilka min, widzianych już w „Koledze Mela Gibsona” i „Scenariuszu dla trzech aktorów”, takiego go nie znałem. Żadnego puszczania oka do publiczności czy porozumiewawczych uśmiechów – zero miejsca na prywatność. Zarówno Cartwright, jak i Talarczyk w tej scenie operują kontrastami. Bohater wchodzi do lokalu, patrzy spode łba na klientów, podchodzi do szafy grającej, naciska guzik i po chwili słyszymy… przebój ABBY „Mamma mia”. Kiedy zahukana Lesley w końcu wykrzyczy w twarz Royowi, co o nim myśli, on chyba po raz w życiu nie wie, co odpowiedzieć. Publiczność śmieje się, gdy na jego pytanie „Czy ja jestem głupi?” dziewczyna odpowiada „Nie wiem” (zabronił jej mówić „Nie”), ale gdy mężczyzna nagle uderza ją w twarz, na widowni robi się cicho. Wyzwaniem dla Mirosława Neinerta było, jak sądzę, zagranie małego chłopca, który szuka ojca. W tym epizodzie 50 – letniemu aktorowi, ściskającemu w dłoni maskotkę, również udało się dotknąć czegoś głęboko ludzkiego. Kiedy dyrektor Korezu jako Właściciel krzyczy do Właścicielki, żeby wzięła z podłogi kawałek szkła z rozbitych przed chwilą szklanek i wbiła mu je w gardło, zastrzegając, że nie ma zamiaru się bronić, wierzymy mu w stu procentach. Jednocześnie aktor różnicuje choćby sposób mówienia postaci – kwestie Ćmy brzmią, jakby bohater miał problemy ze zgryzem i mówił przez zaciśnięte zęby, z kolei Stary Mężczyzna wypowiada się z akcentem, typowym dla Polaka, przybywającego ze Lwowa lub z Kazachstanu.  

Jeśli chodzi o kostiumy, to „2” jest chyba najbardziej rozbudowaną pod tym względem produkcją Korezu. Stara Kobieta nosi futro z lisa, lateksowy strój pani Eiger zdradza jej zamiłowanie do praktyk S&M, a kostiumy zmieniane są w błyskawicznym tempie. Z ascetycznymi strojami Właścicieli kontrastuje wzbudzający wesołość na widowni ubiór Ćmy – spodnie w gepardzie paski, kolorowa koszula, krzykliwy krawat i jasnobrązowa marynarka. Nie wspominając już o rudej peruce… polecam także spojrzeć na stopy aktorów, gdy wcielają się we Freda i Alice – monstrualnie otyłych wielbicieli westernów, rozmawiających m.in. o Kirku Douglasie. Atutem spektaklu Talarczyka jest także świetna muzyka – począwszy od przebojów („Love Me Tender” i „Are You Lonesome Tonight?” Elvisa Presleya, „Yesterday” Beatlesów), a skończywszy na mniej znanych utworach (ballada, towarzysząca opowieści Starej Kobiety, grunge i metal, słuchane kolejno przez panią Eiger i Lesley). Brawa należą się także Sergiuszowi Brożkowi, odpowiedzialnemu za dźwięk i zmiany świateł – muzyka pojawiała się równocześnie z naciśnięciem przez bohaterów guzika szafy grającej, a odgłosy nalewania alkoholu były perfekcyjnie zgrane z ruchami aktorów. Nie obyło się również bez włączenia w przestrzeń spektaklu pojedynczych widzów. Ćma komplementował śliczną, dwudziestokilkuletnią brunetkę, siedzącą w pierwszym rzędzie, która pomogła mu się wyprostować po popisowym tańcu – „Samarytanka… widzę cię w czepku… w stroju pielęgniarki… a pod spodem – nic!”.  

W trakcie ukłonów widać było, że Mirosław Neinert jest zadowolony, ale również zmęczony. Z kolei Grażyna Bułka nie ukrywała wzruszenia, gdy widzowie nagrodzili ją i dyrektora Korezu kilkuminutową owacją na stojąco. To najlepiej świadczy o tym, że „2” było potrzebne, a 9 października na scenie katowickiego teatru „naprawdę coś się stało”.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
13 października 2009

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...