Tych emocji nikt mi nie odbierze

rozmowa z Mariuszem Pilawskim

Tego, co przeżyłem przez ostatnie kilka lat w sferze kreacji i emocji artystycznych nikt mi już do mojej śmierci nie odbierze. I to jest mój wielki, osobisty sukces. Niezależnie od finału. - Z założycielem i dyrektorem Teatru Małego w Manufakturze Mariuszem Pilawskim rozmawia Olga Ptak

Olga Ptak: Minął pierwszy rok działalności Teatru Małego, zacznijmy zatem od podsumowania minionego sezonu.

Mariusz Pilawski: Oficjalnie miało miejsce 8 premier, jednak nastąpił taki moment, kiedy zorganizowałem specjalny spektakl z okazji 9 maja, końca II wojny światowej. Kształciłem się w okresie komunizmu, maturę zdawałem w 1976 roku, kiedy robotnicy w Radomiu rozpoczynali strajki, organizowały się KORy, a ja nabierałem świadomości tego wszystkiego, choć ta prawdziwa świadomość przyszła dopiero w 1980 roku podczas studiów w warszawskiej PWST. 9 maja jest ważną dla mnie datą, obchodziliśmy tę rocznicę w szkole - zawsze był to dla mnie Dzień Zwycięstwa. A przy okazji okazało się, że Bułat Okudżawa urodził się 9 maja, stąd narodził się tytuł owego dodatkowego przedstawienia - „Dał ci Bóg koniec wojny w prezencie”. Napisałem także wiersz o tym tytule, skrzyknąłem kolegów i w ten sposób powstał improwizowany wieczór piosenek Bułata Okudżawy. Wydarzenie to okazało się niezwykle udane, poczta pantoflowa zadziałała i w tydzień mieliśmy na widowni 160 widzów, a Teatr Mały liczy sobie tylko 135 miejsc, w związku z czym musieliśmy dostawiać krzesła. Sam nie wiem, czy ten dziewiąty spektakl jest premierą, czy nie…

Uznajmy, że premier było osiem i pół.

Uznajmy, że tak było, chociażby przez sympatię do filmu Felliniego - uwielbiam Marcello Mastroianniego w roli Guido. Sukcesem jest to, że na 8 premier dostaliśmy tylko 4 niepochlebne recenzje, natomiast kilkanaście tekstów chwaliło poczynania naszego Teatru. Przez ten rok odwiedziło nas 7,5 - 8 tys. widzów, do pełnych kompletów zabrakło nam 13 tys. widzów, odbyło się 150 wydarzeń, wśród których znalazły się występy gościnne takich gwiazd jak Stanisław Soyka, Katarzyna Groniec, Barbara Stępniak-Wilk, Jacek Fedorowicz, Stanisław Tym, Artur Andrus, czy Krzysztof Daukszewicz. Odbyły się też 4 wspaniałe koncerty jazzowe. Uważam, że jest to wielki sukces, ponieważ Teatr Mały narodził się nagle, wyłonił się jak Wenus z piany morskiej. Przez pierwsze miesiące działalności byłem naiwny, myślałem, że w Teatrze zjawią się tłumy, co oczywiście jest nieprawdą. Średnio na spektakl przychodzi 43 widzów, co jest sporym sukcesem - uwzględniając na przykład fakt, że do Teatru Miejskiego w Gdyni pod dyrekcją promującego bardzo ambitny repertuar Ingmara Villqista przychodzi niewielu widzów, w innych także bywa podobnie, Teatr Mały odniósł naprawdę sukces. Jednak osiągnięciem, z którego jestem najbardziej dumny jest fakt, że widzowie do nas wracają, a to oznacza, że nie odczuwają rozczarowania naszym repertuarem. Większość z naszych klientów to bardzo inteligentni ludzie, czasami ich uwagi potrafią mnie wprawić w zakłopotanie, choć zwykle rozmowy z ludźmi, którzy wchodzą w świat teatru, są fascynujące - miałem takich rozmów wiele podczas kilkunastu minionych miesięcy. Cały ten rok był odkrywaniem nowych lądów.

Repertuar Teatru Małego rodzi się dość spontanicznie, nie ma planu ustalonego na cały rok.

Nie ma. W sierpniu zeszłego roku nie wiedziałem, że zimą wyprodukuję „Emigrantów” Mrożka. Ten pomysł wpadł mi do głowy w listopadzie. Premiera „Kukły” autorstwa Pawła Binke (pseudonim artystyczny Jerzego Gruzy) też odbyła się przypadkiem - zwróciłem się do pana Gruzy z zapytaniem o współpracę i okazało się, że ma tekst, który nadawałby się do wystawienia. Po jego przeczytaniu doszedłem do wniosku, że jeżeli walczyć z rzeczywistością na sposób podobnie satyryczny jak Jerzy Gruza, to powinienem „Kukłę” wystawić. Jerzy Gruza jest reżyserem kultowych seriali takich jak „Czterdziestolatek”, czy „Wojna domowa”, pozostał wierny swoim poglądom, przez dziesiątki lat przyjaźnił się z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem i jest to osoba mająca ogromy wkład w polską kulturę, dlatego współpraca, a przede wszystkim spotkanie z nim, były dla mnie bardzo ważne.

W Teatrze Małym przez cały rok działalności zagrał Pan tylko jedną rolę. Czy łatwo Panu przyszło zrzeczenie się ambicji aktorskich na rzecz reżyserii oraz bycia dyrektorem?

Dejmek też był aktorem, ale nie lubił siebie w tej roli. Niełatwo się do takiego artysty odnosić, ale rozumiem go. Aktorstwo mnie w pewnym sensie zaczęło nudzić, być może dlatego, że nigdy na swojej drodze zawodowej nie spotkałem reżysera, który by mnie jakoś wybitnie zainspirował swoją osobą. Gdybym kogoś takiego spotkał, z pewnością dałbym się uwieść. Mam dosyć głębokie poczucie swego artystycznego bytu, w końcu generalnie jestem przede wszystkim aktorem. Oczywiście z perspektywy prawie dziesięciu realizacji reżyserskich oraz obrony dyplomu z reżyserii można już powiedzieć, że jestem też reżyserem. Dodatkowa funkcja to dyrektor teatru, jednak ten tytuł został mi przypisany zwyczajowo, ponieważ formalnie jestem prezesem Stowarzyszenia Komedia Łódzka, które jest prokurentem Teatru Małego. Jednak wszyscy mówią do mnie „panie dyrektorze”. Słabo do tego przywiązuję wagę. W tym momencie mojego życia największą przyjemność sprawia mi reżyseria - raptem okazało się, że potrafię wykreować swój świat, że miewam ciekawe pomysły. Potrafię także dobrze dobrać muzykę do przedstawienia, dokonać trafnego wyboru obsady - te dwie rzeczy w moim pojęciu jako reżyserowi wychodzą mi całkiem nieźle. Pierwsze doświadczenie reżyserskie wyniosłem jeszcze z dubbingu - przez rok byłem reżyserem dubbingowym, zrobiłem dubbing do 36-odcinkowego rysunkowego serialu dla dzieci i tego najbardziej mi żal. To była cudowna praca - w studyjnych ciemnościach, z wykorzystaniem słuchu, którym akurat natura mnie obdarzyła, więc los pod tym względem obszedł się ze mną niezbyt łaskawie. Gdyby Łódź wciąż była stolicą polskiego dubbingu, byłbym jednym z przyzwoitszych reżyserów dubbingowych. Jednak w 1992 roku zamknięto studio i rozpędzono łódzki dubbing, który stał na wysokim poziomie. Nie żałuję grania na scenie, nie kocham siebie jako aktora, teraz raczej fascynuje mnie tworzenie własnego świata, patrzenie na kolegów, przez których mogę przemycać pewną myśl - ta fascynacja zrodziła się podczas realizacji „Fantazego”, kiedy wszedłem w świat wiersza. Mam doskonały słuch, słyszę średniówkę, a teatr jest muzyką, a jeśli nie muzyką, to na pewno matematyką - wszystko jest oparte na rytmie. Tak do teatru podchodził mój mentor i największy nauczyciel Tadeusz Łomnicki. Teraz dość świadomie czerpię z Jego nauki. W każdym razie reżyseruję z przyjemnością.

Co takiego się stało, że po tylu latach doświadczenia na scenie postanowił Pan zostać reżyserem? Do czego był Panu potrzebny dyplom reżyserski - przecież w swoim własnym Teatrze nie potrzebuje Pan dokumentu pozwalającego reżyserować?

Jedną z moich wad jest słaba wiara w siebie. Rzeczywiście po wielu latach pracy jako aktor postanowiłem eksternistycznie zdać egzamin reżyserski. Nie było to łatwe, ale udało się. Potrzebowałem dokumentu, który stwierdzałby moją przydatność do wykonywania tego zawodu - oczywiście zrobiłem to sam dla siebie, bo bez tego można z powodzeniem reżyserować. Wywodzę się z bardzo tradycjonalnej rodziny, w której zawsze wszystko było poukładane. Mój ojciec był profesorem zwyczajnym, który dużą wagę przywiązywał do tytułów, w pewnym sensie był megalomanem, dlatego będąc wychowankiem kogoś takiego także przywiązuję wagę do tych spraw. Potrzebny mi jest dokument również z innego powodu, bardziej praktycznego. Kiedy idę na rozmowę do dyrektora któregoś polskiego teatru i mówię, że chciałbym coś wyreżyserować dużo trudniej przychodzi mu lekceważąca postawa, którą często dyrektorzy wykazują wobec aktorów biorących się za reżyserię. Nikt mi nie powie, że jestem aktorem, a nie reżyserem - choć to sformułowanie nigdy nie pada wprost zwykle widać w oczach dyrektorów, że tak właśnie myślą.

Czy doświadczenie aktorskie nie przeszkadza w reżyserowaniu? Spotkałam się ze sformułowaniem, że aktor reżyseruje scenami, tylko reżyser widzi całość, że przedstawiciele obu tych zawodów inaczej postrzegają proces tworzenia przedstawienia. Jak Pan sobie z tym radzi?

Nie jestem wielkim erudytą, w pracy posługuję się instynktem i doświadczeniem, które zebrałem przez 30 lat. Podczas prób z różnymi reżyserami nauczyłem się rzetelnie podchodzić do tekstu, zrozumiałem, że tekst trzeba analizować bardzo szczegółowo i powoli. W mojej pracy reżyserskiej próba stolikowa jest bardzo ważnym etapem, nie przechodzę na scenę zbyt szybko. Nie ma lepszego miernika sensu wypowiadanego słowa niż aktor siedzący naprzeciwko, blisko - reżyser musi słyszeć. Drugą istotną kwestią jest sprawa intelektu i erudycji - wgłębianie się w sens słów. Zrozumienie sensu słów i odpowiedni przekaz jest zasadniczą kwestią w teatrze, ponieważ większość przedstawień mówi o tym samym - o naszych uczuciach, o tym, co nas boli, dotyka. Tworzenie spektaklu zawsze jest formą rozmowy, w której obie strony muszą się rozumieć. W pracy reżysera największym wyzwaniem jest spotkanie z aktorem. Przy realizacji „Morderstwa w hotelu” pracowałem z trójką aktorów, z którymi niełatwo się pracowało, ponieważ stawiali bardzo trudne pytania. Moje odpowiedzi niejednokrotnie były drapieżne, hegemonistyczne, narzucające pewien punkt widzenia i oni się często buntowali. Aktorzy są autorami wielu wspaniałych pomysłów, chociażby szubienicy ukrytej w nodze łóżka, która okazała się niezwykle ciekawym rozwiązaniem scenograficznym.
W tekście sztuki szubienica stoi na środku sceny, tu natomiast zostało to zrobione o wiele ciekawiej. To przedstawienie było połączeniem pomysłów aktorów i moich.

Czy w tworzeniu pozostałych realizacji dużą rolę odegrał przypadek?

Na tej scenie przez miniony rok stanęło kilkadziesiąt osób o bardzo różnych światopoglądach - choć nigdy nie doszło do żadnej poważnej kłótni, wielokrotnie dochodziło do twórczej, intensywnej wymiany zdań. Przedstawienia niejednokrotnie rzeczywiście powstawały w wyniku przypadkowych spotkań z ludźmi. Któregoś razu przyszła do teatru kobieta, która zwierzyła mi się, że ma córkę, a ta z kolei wraz ze swoim narzeczonym właśnie ukończyła szkołę aktorską. Nazywali się Małgorzata Lipka i Witold Łuczyński. Spotkałem się z nimi i po dwóch minutach wiedziałem, że mam obsadę do przedstawienia „Trzy razy łóżko”. Uważam, że przypadek rządzi większością naszych poczynań. Tego się nauczyłem od mojego dziadka, który przeżył 101 lat i zawsze święcie w to wierzył. Zgadzam się z tym, że sporo rzeczy jest poza nami.

Jeśli chodzi o przypadkowe i nieprzypadkowe spotkania z ludźmi warto wspomnieć o tym, że Teatr Mały w minionym sezonie odwiedził Piotr Sieklucki - dyrektor Teatru Nowego w Krakowie, który jest jednym z pierwszych teatrów prywatnych w Polsce.

Czy korzysta Pan z doświadczenia kolegów, którzy pozakładali swoje teatry?
Jeszcze przed otwarciem Teatru Małego pojechałem po poradę do Krakowa, by się spotkać z Piotrkiem Siekluckim, pojechałem do Teatru Korez porozmawiać z jego założycielem Mirosławem Neinertem. Obydwa te Teatry zaprosiłem do nas. Korez wystawił świetny monodram „Kolega Mela Gibsona” w wykonaniu właśnie Mirka, a Nowy pokazał znakomitego „Grigę”. Zimą na naszej scenie wystąpił Marek Pyś w spektaklu „A diabłu ogarek”, który powstał na kanwie opowiadania Wiesława Dymnego oraz w „Scenariuszu dla trzech aktorów”. Był u nas także Maciej Ferlak, który zrobił „Konopielkę” w Korezie - staram się zapraszać kolegów i znajomych, zapraszać gości z zewnątrz i korzystać z ich doświadczeń. Piotrek Sieklucki ma 30 lat i w Kielcach reżyseruje bardzo udane spektakle, czeka go z pewnością jeszcze wiele sukcesów w życiu zawodowym. Mnie do założenia własnego teatru popchnęły m.in. odmowy kilku dyrektorów, którzy nie dali mi szansy wyreżyserowania spektaklu. Postanowiłem stworzyć sobie własną przestrzeń, w której będę mógł tworzyć mój własny świat teatru i udało się.

W ten sposób powstał Teatr Mały - nowy punkt na mapie kulturalnej Łodzi.

Jesteśmy jedynym w Łodzi dramatycznym teatrem prywatnym, który stara się funkcjonować jak normalny teatr repertuarowy. Marcin Brzozowski z Teatrem Szwalnia starał się stworzyć miejsce dla teatru poszukującego, alternatywnego w Łodzi, Teatr Piccolo to prywatna scena dla dzieci, V6 wyraźnie ciąży ku rewii, musicalowi, a Krzysztof Kaczmarek z Teatrem Zwierciadło stara się trafić do młodzieży z różnymi interwencyjno-moralizującymi spektaklami. Teatr Mały w Manufakturze wypełnia więc sobą przestrzeń teatru eklektycznego, czerpiącego inspirację z dobrej teatralnej tradycji, tworzymy klasyczny prywatny repertuarowy teatr dramatyczny, którego w Łodzi jeszcze nie było.

Czy myśli Pan, że w polskich warunkach prowadzenie prywatnego teatru może być szansą na dochodowy biznes?

Nie ma takiej możliwości. Jest to pomysł na trwanie z dnia na dzień, szansa, by kreować siebie i robić swoje. Ja dawno temu podjąłem pewne decyzje, zdecydowanie stanąłem po stronie „być”, nie „mieć” - a jeśli już mam być, to chcę być solidnie i uczciwie. Nie mam aspiracji do bycia zamożnym człowiekiem, bo z takich zapędów po prostu wyrosłem.

A jakie dążenia ma Pan zamiar zrealizować w nadchodzącym sezonie artystycznym, co nas czeka w Teatrze Małym w najbliższym czasie?

Istnieje całkiem realny plan powiększenia sceny w głąb, przesunięcia przestrzeni o jedno przęsło. Niedawno kupiłem też przyczepę - targując się o każdy grosz, będziemy więc mogli przewozić scenografię, co jest ważnym posunięciem, ponieważ spektakle wyjazdowe są dla nas zwyczajnie dochodowe. Jeśli chodzi o plany stricte artystyczne, to spektakl „Trzy razy łóżko”, który cieszy się dużym powodzeniem, został przetłumaczony na język angielski - spotkanie z anglistką panią Dominiką Zielińską zaowocowało przetłumaczeniem tekstu, który będzie prezentowany na naszej scenie zagranicznym gościom łódzkich hoteli. A może uda nam się zorganizować tournee po Europie? Kto wie? Jestem bardzo ciekawy reakcji zagranicznej publiczności, ponieważ zadaję sobie pytanie o uniwersalność tej pozornie błahej historii. Ostatnio napisałem do Tomasza Borkowego (dyrektor artystyczny Universal Arts, organizacji prowadzącej i programującej dwa teatry festiwalowe i promującej międzynarodowe spektakle na scenach świata; na stałe mieszka w Edynburgu, gdzie prowadzi szkołę aktorską Universal Arts - przyp. red.), który powiedział, że gdybyśmy przyjechali z naszym spektaklem do Edynburga czekałaby nas ciężka praca, ale warto spróbować, bo w przypadku sukcesu udałoby nam się zarobić dość dobre pieniądze. Jesienią rozpoczynamy także ścisłą współpracę z fonograficzną firmą Dalmafon Marka Sztandery - wiosną wespół organizowaliśmy u nas wspaniały koncert Olka Grochowskiego i Małgorzaty Zwierzchowskiej, z którego powstał nawet materiał płytowy nagrany w naszym Teatrze, więc w nadchodzącym sezonie raz w miesiącu będziemy współorganizować tego typu koncerty piosenki poetyckiej. Odbędzie się także cykl spotkań z poezją, podczas którego Zofia Kucówna będzie recytowała i opowiadała o Małgorzacie Hillar, planuję także zaprosić do nas panią Irenę Jun. Latem odbędzie się koncert piosenek z polskich filmów, koncert Renety Przemyk, w październiku zaśpiewa u nas Michał Bajor. Jeśli chodzi o nasze produkcje to na 1 września planujemy realizację „Lekcji” Eugene Ionesco w reżyserii Marcina Erlicha - będzie to wydarzenie szczególne, ponieważ w Teatrze Małym odbędzie się „inauguracja kulturalnego roku szkolnego” z udziałem młodzieży z Liceum Ogólnokształcącego Umiejętności Twórczych w Łodzi. Następnie wraz z Fundacją Arteria (która wyprodukowała m.in. „Yotam” w Teatrze Nowym) planujemy produkować jakiś komercyjny komediowo-farsowy tytuł, który zapewni publiczności dobrą zabawę, zamierzam także kontynuować współpracę z Andrzejem Ozgą oraz z wieloma artystami, z którymi do tej pory współpracowałem. Bardzo chciałbym zrealizować „Mistrza Piotra Pathelina” - namówiłem do współpracy jednego z największych polskich scenografów, pana Jana Polewkę, który jest pełen dobrej woli i chęci współpracy. Być może Jerzy i Joanna Stasiewiczowie wyprodukują spektakl o Edith Piaf, więc zapowiada się bardzo pracowity sezon. Mamy w planach wystawienie „Kto się boi Virginii Woolf?” w reżyserii Freda Apke - ja zagrałbym George’a, natomiast rolę Marthy grałaby Marta Klubowicz. Rozpoczynamy także pracę nad inscenizacją jednego z najnowszych tekstów Tomasza Mana pod znamiennym tytułem „Wszystko się uda jak się tylko chce”. Trwają próby czytane, zatem wszystko jest na dobrej drodze.

Przez ten rok stał się Pan innym człowiekiem.

Tego, co przeżyłem przez ostatnie kilka lat w sferze kreacji i emocji artystycznych nikt mi już do mojej śmierci nie odbierze. I to jest mój wielki, osobisty sukces. Niezależnie od finału.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
23 czerwca 2010
Portrety
Mariusz Pilawski

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia