Tylko buciki nie przemówiły

"Opowieść wigilijna" - reż: M. Masztalski - Ad Spectatores we Wrocławiu

Słuchowisko oglądane w teatrze to wielka rzadkość. Możliwość śledzenia tego jak powstają efekty dźwiękowe daje wiele radości, zwłaszcza gdy sami twórcy zdają się ją czerpać ze swojej pracy. "Opowieść wigilijna" w wersji Ad Spectatores dostarczyła bujnej zabawy

Opowieść o skąpcu, który dzięki ingerencji nadprzyrodzonych mocy porzucił egoistyczny styl życia, przyniosła Charlesowi Dickensowi, który, jak wieść niesie, napisał ją w celu spłacenia długów, wielki sukces. Dzisiaj musiałby napisać co najmniej hollywoodzki scenariusz filmowy, aby doznać tak znacznej finansowej satysfakcji. Tak futurystyczna wizja nie postała mu zapewne w głowie, nie mógł też przewidzieć, że jego opowiadanie posłuży za kanwę słuchowiska radiowego i to w dodatku wystawionego w teatrze.

Sam pomysł takiej adaptacji był strzałem w dziesiątkę. Trudno bowiem opowieści tak powszechnie znanej, że niemal popkulturowej przydać nowego blasku, jeśli nie sięgnie się po nowe rozwiązanie formalne. Skrzyżowanie dwóch gatunków: słuchowiska i teatralnej jednoaktówki dało znakomity rezultat. Poza w dosyć przewidywalny sposób rozwijającą się fabułą pozwoliło bowiem na oglądanie pomysłowych efektów dźwiękowych, niemożliwych do oddania w radiu wytężeń mimicznych i pantomimicznych, wreszcie relacji w samym zespole Ad Spectatores w czasie pracy. Powiedziałby ktoś, że te ostatnie powinny być schowane lub przeźroczyste. Jednak to właśnie one dodały ostatniemu repertuarowemu przedstawieniu 2011 roku dodatkowego smaczku. Ludzi, którzy się lubią i rozumieją ogląda się z przyjemnością. Ponadto Spectatorsi robią zawodowo to, co większości ludzi zazwyczaj z trudem przychodzi w czasie wolnym. Bawią się. I na to właśnie przyjemnie jest popatrzeć.

Widzowie od samego początku wiedzieli, że są świadkami słuchowiska. Zarówno początkowe odliczanie wstecz zakończone charakterystycznym gestem nakazującym milczenie, jak i napis z tyłu sceny „on air” nie pozostawiały wątpliwości. Mikrofony na statywach, a w przypadku narratorki (Dorota Kwietniewska ) zainstalowany na klipsie, podkreślały, że mamy do czynienia ze specyficzną sytuacją. Wszak miniaturowa, mieszcząca około trzydziestu osób widownia mogła zostać nagłośniona choćby szeptami aktorów. Jednak nie o to w tej sztuce chodziło. Na równi z wypowiadanymi kwestiami grały drobiazgi w rodzaju świecy zapalanej przez potarcie złotkiem o mikrofon – notabene czynności, która w nieco innej odmianie dawała odgłosy kroków, często zresztą potrzebne w fabule, gdzie łazęgi duchów i z duchami odgrywały eksponowaną rolę. Wyimaginowany kapelusz zdejmowany był poprzez mlaśnięcie językiem w policzek, zasłony odsłaniane (lub nie) przeciągnięciem floretem po szynie (lub pod szyną) ze światłami, operacje pieniężne zachodziły poprzez spadanie pieniążka na metalową tacę, różne instancje sprzątania – za sprawą szczotki szorującej ścianę, i tak dalej.

Wiele efektów budziło nieodpartą wesołość, zwłaszcza gdy przestały przemawiać przedmioty, a włączały się odgłosy ludzkie. „Broszka małej wartości” najwidoczniej była aż tak małej wartości, że nie wydała żadnego radiowego dźwięku. Zamiast niej aktorka skomentowała: „eee”. Czołową dostarczycielką efektów dźwiękowych była Agata Kucińska, potrafiąca zarówno wyzyskać nieoczekiwane możliwości tkwiące w przedmiotach codziennego użytku, gdy spotkać je z mikrofonem, lecz także wyczyniać różne rzeczy z głosem, który przecież w przeszłości przećwiczyły jej różne lale, lalki i laleczki. Wtórował jej Maciej Masztalski na konsolecie, z której potrafił wystrzelić kogoś jak z procy, lub też powierzyć krowie rolę producentki nadprzyrodzonego jęku.

Nie wszystko chciało do mikrofonu przemówić, co zresztą również było źródłem wesołości. Niemy okazał się uścisk dłoni, a także buty, które jako pośmiertny fant stały się przedmiotem obrotu. Ostentacyjne próby nakłonienia do przemówienia gestów i przedmiotów z reguły cichych poszerzały pole walki. Słuchowisko rozrastało się w widowisko, w którym w centrum uwagi znajdowały się aktorskie starania, igrce z konwencją, puszczanie (w przenośni) oka do widza, wreszcie niewymuszone błędy, korygowane w nietypowy sposób – poprzez ich wyeksponowanie, nie zaś udawanie, że tak miało być. Zamiast zrezygnować z zabawy w ciuciubabkę jeden z jej niedoszłych uczestników upomniał się u narratorki, która wyprostowała tok wypadków, rzekłszy: „Omyliłam się. Wcześniej jeszcze…”

Podobnie wyglądała sprawa podawania tekstu. Był on czytany z kartek, jak to zwykle w pracy nad słuchowiskami. Taki sposób gry oczywiście niesie niebezpieczeństwo przeskoczenia wzrokiem paru linijek i pogubienia się w tekście. Tym razem wyszło to bardzo dobrze. Scrooge (Michał Wielewicki, zbyt sympatyczny nie tylko do roli skąpca przed „nawróceniem”, ale nawet i po „nawróceniu”) pogubił się właśnie w momencie, gdy po swojej bożonarodzeniowej przemianie z dusigrosza w hojnego sponsora uczty i szczodrego pracodawcę miał wydawać dyspozycje i zamawiać lekką ręką. Wyglądało to tak, jakby jednak zawahał się w ostatniej chwili i zrobiło mu się żal nietypowych dla niego wydatków. Udawanie, że zgubiło się tekst to w końcu u literackiej postaci, która przez całe dotychczasowe życie była skąpca, wymówka dobra jak każda inna.

Jak przystało na słuchowisko, aktorzy przemawiali też głosami. Potrafili dzięki nim kreować charakterystyczne, często przerysowane, a przez to komiczne postaci. Miny, które przy tym stroili wykazywały przy tym dowodnie wyższość teatru nad radiem. W roli wszystkich trzech duchów: Dawnych, Obecnych i Przyszłych Świąt wystąpił Włodzimierz Chomiak. Jak na ducha okazał się niezwykle nowoczesny, bo zamiast z kartek czytał tekst z elektronicznego czytnika. Świetnie modulował też głos, zresztą nie jako jedyny. Kresowym akcentem bawiła Anita Balcerzak, a także, podobnie jak ona, w rolach kobiecych i dziecięcych – Agata Kucińska. W role siostrzeńca i kancelisty z powodzeniem wcielał się charakterystyczny, tryskający energią Arkadiusz Cyran. Wszyscy zdawali się świetnie bawić, między innymi podkreślając różnice we wzroście poprzez ostentacyjne regulacje wysokości, na której umieszczane były mikrofony. Także końcowa scena rozpoczęcia nowego życia pokazała, jakie relacje panują w zespole. Odmieniony Scrooge dwuznacznie komplementował dziewczynę w roli chłopczyka, by ostatecznie wycałować wszystkich.

Spektakl pod koniec 2011 roku miał mocno zmienioną obsadę. W porównaniu do wersji pierwotnej zbrakło między innymi: Aleksandry Dydko, Pawła Kutnego, Heleny Sujeckiej. Także scena na Dworcu Głównym dawała inną przestrzeń niż obecna – na górze jednego z budynków Browaru Mieszczańskiego. Wspólnym elementem obu tych inscenizacji było eksploatowanie konwencji słuchowiska z jego bogactwem dźwiękowym. Zamiast więc scenicznego ruchu w obu przypadkach mieliśmy raczej manipulacje przy mikrofonie lub efekty specjalne wygenerowane z komputera (w tym także śmiech „z puszki”, którego w poprzedniej wersji raczej nie było), zamiast rzeczywistych interakcji między postaciami – co najwyżej ich namiastkę lub ironiczne łamanie radiowej konwencji. Natomiast różniły się te dwie realizacje tego samego scenariusza poszczególnymi pomysłami aktorów, wynikającymi z ich odmiennych osobowości.

W obu przypadkach zabawa była znakomita, choć w drugim – niespodziewanie inna. Być może warto więc co roku w okolicach świąt Bożego Narodzenia wybrać się na ten spektakl, by sprawdzić, jak tym razem będzie wyglądało przyjęcie u Cratchitów czy mina głównego bohatera, gdy zobaczy twarz zmarłego wspólnika – Marleya („Od siedmiu lat jesteś nieboszczykiem i cały czas w podróży”) zamiast kołatki. Jedno jest pewne – rzecz skończy się optymistycznie i pozostawi widzów w dobrym humorze. W realizacji zgranego i sympatycznego zespołu Ad Spectatores, niezależnie od konfiguracji, efekt ten okazuje się zwielokrotniony.

Jarosław Klebaniuk
Wywrota
20 stycznia 2012

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia