Tylko sztuczne kwiaty nie więdną

"Hrabina Batory" - reż. Wiktor Rubin - Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

"Hrabina Batory” w reż. Wiktora Rubina, a napisana przez Jolantę Janiczak to ostatnia część tryptyku powstałego na scenie Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Premierowo spektakl wystawiony został 18 września 2015 roku i już wtedy zaskakująco trafny był w swej wymowie. Dzisiaj, w dobie jeszcze intensywniejszego rozwoju social mediów, zaskakuje swoją aktualnością.

Jolanta Janiczak ma wręcz obsesję na punkcie kobiet demonizowanych, przeklętych. Podobnie jak we wcześniejszych dramatach należących do tryptyku kieleckiego („Caryca Katarzyna" i „Joanna Szalona. Królowa"), bohaterką uczyniła postać historyczną, tragiczną i legendarną w swym szaleństwie. Hrabina Batory to szesnastowieczna arystokratka oskarżona o zamordowanie blisko 630 kobiet i kąpiele w ich krwi, które rzekomo miały ją odmładzać. Historia hrabiny przemieniła się w historię o Draculi. Historycy uważają jednak, że morderstw nie można jednoznacznie udowodnić, są to plotki i efekt spisku przeciw Elżbiecie Batory, która w rzeczywistości była inteligentną i odnoszącą sukcesy kobietą.

Spektakl nie jest o kontrowersjach wokół Hrabiny, nie dowiemy się, ile w nich prawdy, jej postać jest pretekstem do opowiedzenia zupełnie innej historii. Duet twórców uderza w dylematy związane z przemijaniem i dążeniem do perfekcyjności ciała. Odzierają oni hrabinę z demonicznej aury i zastanawiają się nad jej desperacką próbą zatrzymania młodości, a także nad tym, jak destrukcyjnym mechanizmem jest spełnianie wymogów piękna we współczesnym świecie. To studium zniewolenia społeczeństwa przez kult młodości i kanony piękna, które przechodzą z pokolenia na pokolenie i stają się coraz bardziej agresywne. I pomimo, że twórcy bohaterką uczynili postać żyjącą ponad pięćset lat temu to jej dylematy nie są przecież tak odległe od współczesnych. Temat przenosi nam niejako Hrabinę do współczesności i razem z kostiumami (stworzone przez Hannę Maciąg i samą Janiczak) tworzy miksturę, która smacznie łączy obie epoki.

Od chwili narodzin tylko się starzejemy, a dzisiaj trudno jest się starzeć i trudno być nieperfekcyjnym. Ciało w pewnym momencie traci jędrność, marszczy się, skóra na rękach pęka, brzuch jest wzdęty i ma fałdy. Ono nie wytrzymuje i pokazuje swoje słabości, a hrabina sobie z nimi nie radzi, zaczyna chorować na przemijanie. Potem pojawia się depresja, która wchłania Elżbietę i nie pozwala nawet utrzymać się w pionie. Utrzymują ją balony z helem oraz obręcze gimnastyczne zwisające z sufitu. Twórcy nawiązują tym elementem do sali gimnastycznej, gdzie żyłujemy nasze ciała, by były takie jak z Instagramowych zdjęć (kiedyś powiedzielibyśmy z okładek magazynów). Przede wszystkim jednak chodzi o skojarzenie z cyrkiem - świątynią tresury, dyscypliny i subordynacji. Bo sami wobec siebie tę tresurę stosujemy, aż staje się ona dla nas naturalna. Każdy przecież ją praktykuje choćby poprzez próbę okiełznania swojego apetytu. Ten mechanizm gimnastyczny jest też swoistym przedłużeniem hrabiny. Na scenie nieustannie dywaguje się o upiększaniu i doskonaleniu swojego ciała. Droga prowadzi więc od kosmetyków, operacji plastycznych do zastąpienia ciała maszyną. Odbiera się mu człowieczeństwo tak, by mogło stać się nieludzko doskonałe, wręcz karykaturą samego siebie. A wszystko to, żeby uniknąć bycia niewidzialną, nieatrakcyjną, starą.

Kobieta sama sobie nakłada te obostrzenia, ten gorset (przywołany zresztą i w spektaklu). Bardzo często to kobieta dla siebie i innych kobiet jest gnębicielem, a jej spojrzenie - najsurowszym sędzią. Między postaciami dramatu wyczuwalne jest napięcie i uczucie, które lokuje się pomiędzy pożądaniem, a zazdrością. Staje się jeszcze intensywniejsze, gdy pojawia się młodsza, atrakcyjniejsza, silniej przyciągająca męską uwagę. W spektaklu jej reprezentacją jest Śnieżka, ośmioletnia dziewczynka, która nawet nie zdążyła wejść w dorosły świat. Dziecko, które powinno być niewinnym elementem staje się przedmiotem zawiści starszych kobiet, dla których wkrótce będzie zagrożeniem. Sama nie poddana jeszcze terrorowi piękna, uczy się przestrzegać ustalonych kanonów naśladując starsze. I my, jak Śnieżka, uwikłani jesteśmy w system zniewolenia od najmłodszych lat, bo świat poznajemy poprzez bajki, w których przecież każda księżniczka była piękna.

Spektakl pomimo nośności tematu uważam za niewypał. Jolanta Janiczak nie pisze tekstów, ale nagłówki. Jej postaci mówią wpadającymi w ucho frazesami, które być może mają wiele sensu, ale też tyle samo patosu, przez co chwilami są niemożliwe do zniesienia. Koniecznie ma być wielopoziomowo, z naciskiem na tekst i jego skrupulatne wypowiadanie na scenie. To z kolei wystawia na próbę cierpliwość i wytrzymałość widza. Takie „przeciąganie struny" może być chwilami przyjemne, stwarzać atmosferę szarej melancholii, wyjaławiać spektakl. W kieleckim przedstawieniu owe dręczenie przyjemnie nie jest. To, co ma rozciągać czas, hipnotyzować widza staje się pustymi momentami nudy. Widz, który był na widowni mógł wyładować swoją frustracje w końcowej scenie spektaklu. Jak miałam ją rozładować ja, oglądając spektakl online? Z zapartym tchem czekam aż duet Rubin i Janiczak, stworzy spektakl, który mnie zaskoczy. Twórcom nie można odmówić wrażliwości na tematy, bardzo ją u nich szanuje. Wolałabym jednak, żeby każde kolejne ich produkcje różniły się czymś więcej niż tylko tematem.

Chciałabym być zafascynowana ich spektaklem tak bardzo, jak byłam za pierwszym razem. Mam ogromną nadzieję, że tak się stanie.

Jagoda Masłowska
Dziennik Teatralny Kielce
1 lutego 2021
Portrety
Wiktor Rubin

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...