Ucieczka z szarości

"Kombinat", scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Poznaniu, premiera 19 czerwca 2021 roku

Czym jest „Kombinat" w Teatrze Muzycznym w Poznaniu? Musicalem, który rozszerza granice gatunku? Antyutopią, w której przeglądamy się dziś, nie kryjąc niepokoju? Po prostu przedstawieniem muzycznym z charakterystyczną pieczęcią autorską Wojciecha Kościelniaka? Zbudowanym z piosenek Republiki hołdem dla legendarnego zespołu i jego charyzmatycznego lidera? Wszystkim po trosze, a dla każdego, kto przychodzi do teatru świadomy, na co się wybrał, także bardzo osobistym doświadczeniem.

Przyznaję – musiałem dorosnąć do Republiki. W latach osiemdziesiątych jako nastolatek moi rówieśnicy podzielili się na dwa stronnictwa. Jedni stali za Lady Pank, drudzy nosili się na biało i czarno i nie wyobrażali sobie świata bez Republiki. Byłem w pierwszej grupie, pamiętam zajeżdżony na adapterze pierwszy album grupy Jana Borysewicza, ten z Tonpressu, z samymi przebojami. Do Grzegorza Ciechowskiego i jego kolegów podchodziłem nieufnie. Nie „Nowe sytuacje", a „Fabryka małp" oraz „Mniej niż zero" wydawały mi się songami o tamtym naszym czasie. Potem – nie pamiętam, chyba od płyty „Nieustanne tango" – zmieniłem optykę, ale byłem już zanurzony w innej muzyce. Republika pozostała ważna, ale nie była najważniejsza. Już jako człowiek dorosły zobaczyłem jej koncert studiu świętej pamięci Trójki i zrozumiałem skalę zjawiska. Potem zaś przyszedł bardzo szczególny dzień – 22 grudnia 2001 roku. W tym samym czasie usłyszałem, że odeszli Jan Kott i Grzegorz Ciechowski. I nie wiedziałem, którego bardziej opłakuję.

Patrzę na to jak laik, ale wydaje mi się, że lata osiemdziesiąte to był dla polskiego rocka niezwykły czas, nie było szans, by się potem choć trochę powtórzył. Bo z grubsza: z jednej strony Republika, z drugiej Maanam i Kora, poza tym Lady Pank, Tilt i Brygada Kryzys, T. Love Muńka Staszczyka, no i gigant całkowicie osobny – Lech Janerka. Jakieś pytania? Kiedy się dziś posłucha „Zdrady" albo „Krakowskiego spleenu", „Psów Pawłowa" albo „Mojej krwi", „Strzeż się tych miejsc" albo „Ta zabawa nie jest dla dziewczynek", dreszcze przechodzą po plecach. To jest muzyka bez jakichkolwiek zbędnych przymiotników.

Wojciech Kościelniak przed dziewiętnastoma laty przygotował inny „Kombinat" – koncert finałowy wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Z początku miała w nim uczestniczyć Republika, dopiero potem przyszła wiadomość o śmierci Ciechowskiego. Koncert z udziałem pozostałych muzyków zespołu jednak się odbył i – jak wspomina reżyser – dla jego istnienia w teatrze muzycznym okazał się przełomowy. „Kombinat" zrealizowany teraz w poznańskim Teatrze Muzycznym nie jest jednak w żadnej mierze powtórzeniem tamtego zdarzenia, bo ono miało sens tylko ten jeden raz. Kościelniak postanowił jednak wrócić do songów Republiki i umieścić je w autonomicznym, choć wywiedzionym z ich ducha świecie własnego teatru.

Powiodło się wspaniale. Nawet przez chwile nie odnosi się wrażenia, że opowieść i piosenki istnieją w przedstawieniu osobno. Rzecz jasna, w „Kombinacie" na pierwszym planie są, bo być muszą słowa i muzyka Grzegorza Ciechowskiego. Historia została do nich dopisana, ale jest czymś znacznie więcej aniżeli jedynie spoiwem łączącym doskonale znane przeboje. Nie pierwszy to zresztą raz, gdy Wojciech Kościelniak udowadnia, iż najlepiej w teatrze muzycznym czuje się, gdy realizuje własne scenariusze. Spośród licencjonowanych musicali wspaniale wyszło mu „Chicago" z krakowskiego Variete, ale już przygotowana w tym samym miejscu „Pretty Woman" okazała się – przede wszystkim z winy oryginalnego materiału – niczym więcej niż sprawnie zrealizowaną błahostką. Na półce z propozycjami w pełni autorskimi mamy natomiast same kamienie milowe w karierze artysty – między innymi gdyńską „Lalkę" i „Chłopów", „Przybysza" z warszawskiej Akademii Teatralnej, a także jego dotychczasowe opus magnum, czyli „Blaszany bębenek" z wrocławskiego Capitolu.

„Kombinat" nie jest oczywiście wydarzeniem tej samej miary, ale też inna jest skala przedsięwzięcia. Kościelniak wywiódł z utworów Republiki świat jak z „Zamku" Kafki, główny bohater nieprzypadkowo przecież nazywa się Jan K. (Jakub Brucheiser – obsada jest najczęściej podwójna, podaję wykonawców, których widziałem na scenie). Jan trafia w odrapane szare ściany świata rządzonego przez enigmatycznym Kombinat dowodzony przez apodyktyczną Agrawę (Barbara Melzer). Zostaje poddany rozlicznym represjom, indoktrynacji i naciskom. Próbuje się bronić, znajdując towarzyszkę w skrywającej własną tajemnicę Suku (Joanna Rybka). Wszystko prowadzi do piosenek Republiki – nowe znaczenia zyskują chociażby „Będzie plan", „Znak =", „Śmierć w bikini", „Moja krew". Utworów jest bardzo dużo, całość trwa trzy godziny, ale prawie wcale się nie dłuży. Przeciwnie, wciąga, a Kościelniak pewnie prowadzi widowisko do starannie wybranych kulminacji – „Nieustannego tanga", „Mamony", wreszcie „Mojej krwi", a wcześniej „Telefonów". Wszystkie piosenki bez wyjątku robią wrażenie, bo nie znajduję w poznańskim „Kombinacie" ani jednego puszczonego albo chybionego wykonania. Mnie wbiły w fotel „Nieustanne tango", „Tak... Tak...", a przede wszystkim „Biała flaga". Mogłem się tego jednak spodziewać, w końcu to mój ukochany hymn Republiki.

Dzięki aktorom Muzycznego niektóre piosenki jednak doceniłem dopiero teraz, a najważniejsze, że dzięki „Kombinatowi" można docenić siłę poznańskiego zespołu, dotychczas będącego w cieniu gdańskiej sceny o tej samej nazwie oraz wrocławskiego Capitolu. Śpiewają znakomicie, grają na siebie nawzajem, nie dbają o gwiazdorskie solówki. Do tego mają do wykonania fenomenalną, choć karkołomnie trudną do wykonania choreografię Eweliny Adamskiej-Porczyk. Ona przyzwyczaiła już do klasy swoich prac, ale w „Kombinacie" jej robota jest bez najmniejszej wątpliwości wybitna.

Najważniejsze zaś, że poznańskie przedstawienie Kościelniaka, podobnie jak najważniejsze jego dotychczasowe dokonania, rozszerza granice teatru muzycznego. Oferuje rozrywkę, ale i coś więcej – Kafkowską z ducha opowieść o świecie zniewolenia, w którym możliwa jest tylko szarość, dominująca barwa inscenizacji.

Na koniec dwie uwagi. Już po „Kombinacie" Wojciech Kościelniak dał w łódzkiej Szkole Filmowej premierę dyplomowego spektaklu „Historia podwodna" z twórczością Lecha Janerki. To jeszcze przede mną, ale spodziewam się, że oba te przedstawienia mocno nawzajem się oświetlają. Po drugie zaś bohaterowie „Kombinatu" zdołali uciec z wszechogarniającej szarości.

Kiedy nam się wreszcie to uda?

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
3 lipca 2021

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia