Uciekinierki: must-see!

"Uciekinerki" - reż. Wojciech Adamczyk - Teatr Ateneum w Warszawie

Każdy kiedyś uciekł od swojego życia – albo przynajmniej chciał uciec. Tak raz na zawsze, zatrzasnąć drzwi i nigdy nie wrócić. Uciec od męża, żony, rodziców, dzieci, od tych wszystkich codziennych wykańczających czynności nie do zniesienia.

To krok niewyobrażalnie trudny, porównywalny z samobójstwem, to zerwanie ze wszystkim, co się do tej pory zbudowało. Młodym przychodzi to łatwiej, ale co, jeśli uciekinierkami są dwie kobiety – jedna po czterdziestce, a druga koło osiemdziesiątki?

Reżyser Wojciech Adamczyk zachwycił się opowiadającą tę historię współczesną komedią francuską – jej premiera odbyła się w Bordeaux w 2007 roku – i postanowił przenieść ją na deski warszawskiego Teatru Ateneum. Ściśle rzecz biorąc, na bardzo nowe i wygodne deski renomowanego Teatru, bo premiera odbyła się parę dni temu na nowiutkiej Scenie 20, nieopodal historycznej siedziby Ateneum przy ulicy Jaracza.

Dwie role w sztuce Adamczyk powierzył Magdalenie Zawadzkiej i Sylwii Zmitrowicz. Ten zgrany duet zafundował widzom prawdziwe emocje, elegancki – i chwilami dosadny – humor, niepohamowane wybuchy śmiechu, tkliwe wzruszenie i prawdziwe zrozumienie życia. Reżyser włożył obie aktorki w niezwykle dynamiczny dialog od pierwszych chwil przedstawienia. Te kobiety właściwie bez przerwy mówią, przerywają sobie, krzyczą, milczą znacząco, kłócą się, godzą, łażą za sobą, śmieją się i płaczą razem, utrzymując – niewiarygodny to aktorski kunszt! – niesłabnące napięcie emocjonalne przez prawie dwie godziny spektaklu bez przerwy. Widać, że Adamczyk, który również jest aktorem, jako reżyser doskonale wie, co robi.

Pardon, przerwy są. Krótkie antrakty na zmianę dekoracji i złapanie oddechu, podczas których po kurtynie w rytm skocznej muzyki jeździ dowcipny czerwony reflektor. Czasem pojawia się też dłoń z karteczką, że to jeszcze nie koniec. Bardzo lekki, oryginalny pomysł.

Tej lekkości i humoru potrzeba, bo za wartkim dialogiem kryje się miejscami prawdziwa rozpacz, gryząca samotność, przeraźliwa bezradność wobec własnego nieudanego życia. Dwie kobiety znajdujące się na dwóch różnych etapach; jedna ucieka od nadmiaru obowiązków, druga – od nudy. Obie od samotności. Wpadają na siebie przypadkiem i nie są tym, delikatnie mówiąc, zachwycone. Dzieli je, zdawałoby się, wszystko – zainteresowania, wyznawane wartości, temperamenty, podejście do życia. Wspólna ucieczka zespala je jednak i sprawia, że odkrywają wspólną płaszczyznę porozumienia, a nawet przymierza. Odkrywają, że są sobie nawzajem potrzebne.

Claude wydaje się być bezmyślną egoistką, dbającą tylko o własna wygodę – a może nawet i jest nią, a nawet na pewno potrafi być bezduszna i nielojalna – oprócz męża ma kochanków, nie zajmuje się synem. Uwaga, mowa o osiemdziesięciolatce. Lecz przy tym jest pełna ciepła, humoru, dowcipnego dystansu, uroku i zdrowego rozsądku – jej spontaniczność i radość życia wiele dają zahukanej Margot. Ta, nieszczęśliwa od dwudziestu lat w małżeństwie, gdzie „mąż jest okupantem, a ona jest w ruchu oporu", nie potrafi oderwać się od toksycznej relacji z matką, nie umie rozmawiać z dorastającą córką, a uciekając z domu zabiera ze sobą w walizce suknię ślubną... Jednak jest opiekuńcza, odpowiedzialna i pracowita, co stanowi oparcie dla temperamentnej Claude.

Wydaje się, że te dwie kobiety są jedną, w której może się odnaleźć każda z nas. Mimo cierpień i trudności Margot i Claude są niezwykle piękne i pociągające w swoich odmianach kobiecości, i nie mam tu na myśli fizyczności. Po prostu oglądając je czuje się, że fajnie jest być kobietą!

Pozostaję pod ogromnym wrażeniem Magdaleny Zawadzkiej – co za klasa! Jaka dykcja, wymowa i nośność głosu!... Młode pokolenia aktorek i aktorów – uczcie się! I ta mimika, ruch, spojrzeniem czyniony żart, gest niby od niechcenia budujący całą scenę... Mistrzyni. Sylwia Zintrowicz dotrzymuje jej kroku; spokojniejsza, bardziej stonowana jest przeciwwagą dla swojej scenicznej partnerki. Absolutna uczta dla oka, ucha i duszy, oto czym jest ten spektakl.

Jeszcze dwa słowa o wulgaryzmach. Zanurzeni w nich na co dzień, jesteśmy już na nie uodpornieni. Dosadna wiącha przestała odgrywać swoją rolę. Jej funkcja została jej podstępnie odebrana, pozbawiono ją wyrazu i sensu, rozmyto bezustannym przeklinaniem publicznie i prywatnie, z każdej okazji i bez okazji. Wszędzie słyszymy bluzgi, raczą je nami artyści, dziennikarze, politycy, księża i dziewczęta w tramwaju. Sami ich używamy, często wbrew sobie i bez sensu. Tymczasem grube słowo powinno zaistnieć (lecz) na tyle rzadko, by wstrząsnąć tymi, którzy je usłyszą. I tak się właśnie stało na scenie – dzięki cudownej, subtelnej damie. Bo jeśli kobieta klasy Magdaleny Zawadzkiej – po prostu Magdalena Zawadzka polskiej sceny artystycznej –, używa dosadnego, obelżywego słowa, zyskuje ono prawdziwą moc oczyszczająco-komiczną.

Uciekinierki – to trzeba zobaczyć!

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
2 czerwca 2021

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...