Udana musicalowa "Ziemia obiecana"

"Ziemia obiecana" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Słowackiego w Krakowie

"Ziemia obiecana" Władysława Reymonta doczekała się nowej adaptacji scenicznej. Spektakl Wojciecha Kościelniaka w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie jest pierwszym musicalem na podstawie powieści noblisty. To bardzo dobre widowisko, które ogląda się z dużą przyjemnością

"Ziemia obiecana" Władysława Reymonta doczekała się już wybitnej filmowej adaptacji z 1975 roku w reżyserii Andrzeja Wajdy, wersji telewizyjnej i czterech adaptacji scenicznych. Spektakl Wojciecha Kościelniaka w Teatrze J. Słowackiego jest pierwszym musicalem na podstawie prozy noblisty.

W wydanej w 1899 r. powieści Reymonta, Łódź jest uniwersalnym symbolem. Od tamtej pory, prawie nic się nie zmieniło. Mechanizm ludzkich zachowań pozostaje przecież niezmienny. W przedstawieniu Kościelniaka, podobnie jak w filmie Wajdy, najistotniejszy wydaje się wymiar egzystencjalnego rozczarowania. Reymont na przykładzie przyjaźni trzech młodych bohaterów: Polaka, Niemca i Żyda, precyzyjnie pokazał dewaluację ideałów. Wspólny biznes zaczyna się od euforii i optymizmu, ale szybko przeradza w chorobliwą pogoń za sukcesem. Nie ma miejsca na uczucia, lojalność, altruizm. Tak było za czasów Reymonta, tak jest dzisiaj. Wystarczy przypomnieć świetny film Finchera "Social Network". To przecież nic innego, jak "Ziemia obiecana" ery "Facebooka".

Wojciech Kościelniak w zasadzie jednosobowo wypełnił w polskim teatrze lukę twórcy musicalowego, który łączyłby widowiskowść z intelektualnymi ambicjami. Mierzy wysoko, sięga po "Śluby panieńskie", "Proces", "Lalkę". Krakowska "Ziemia obiecana" jest do pewnego stopnia powtórzeniem poprzednich inscenizacji. Mam na myśli zarówno wyznaczający poziom przedstawień dobór współpracowników: od charakterystycznych akordów Piotra Dziubka, poprzez świetne teksty piosenek autorstwa Rafała Dziwisza, kończąc na zwartej koncepcji plastycznej Damiana Styrny, łączącej surrealizm i ekspresjonizm.

"Ziemia..." nie jest spektaklem, który odnawiałby granice gatunku. Wszystko rozgrywa się tutaj w zgodzie z gatunkową definicją. Aktorzy śpiewają od sceny do sceny, dekoracje się zmieniają, fabuła posuwa do przodu. Ale ponieważ przedstawienie jest zdyscyplinowane, a songi stoją na wysokim poziomie, podobnie jak aktorstwo i inscenizacja, ogląda się to wszystko z dużą przyjemnością.

Mimo że konwencja musicalu nie sprzyja subtelnym kreacjom aktorskim, w przedstawieniu znalazło się kilka świetnych ról. Znakomity jest Bucholc w wykonaniu odmienionego, również fizycznie Tomasza Wysockiego. Łatwo było tę rolę przerysować, ale Wysocki, nie przestając być groźny, staje się przede wszystkim tragiczny. Karol Śmiałek jako Moryc Welt w końcu otrzymał rolę zgodną z jego temperamentem, Rafał Szumera (Karol Borowiecki) wnosi do spektaklu urodę i wdzięk. Mogą podobać się także Krzysztof Jędrysek jako Stary Muller oraz rodzajowy Błażej Wójcik w roli Wilczka. Wspaniale zaśpiewała Anna Terpiłowska (Anka), natomiast Barbara Garstka jako Mada wykazała się dużą vis comica. Ewidentnym mankamentem są natomiast tandetne układy taneczne, które oglądamy na tle wokalnych popisów. Występy kilkorga tancerzy stoją na poziomie teatrzyku rewiowego. Nadużywane, obniżają jakość przedstawienia.

Kolejne sceny krakowskiej "Ziemi obiecanej" wiąże symbol niebieskiej nici z wolna oplatającej bohaterów. Ten celny zabieg ma podwójne znaczenie: ludzie którzy zaplątali się w ambicje, oplatają się nikczemnością. Nić bez kłębka to także widmo włókienniczej Łodzi. Chorego miasta, zarażającego mieszkańców wulgarnymi wyziewami, jednocześnie miejsca wspaniałego i nieokiełznanego, w którym spełnia się wieczny sen o karierze.

Kościelniak za Reymontem ukazuje katalog ludzkich grzechów głównych. Ziemia obiecana stała się piekłem. Na szkaradnym tle, tym wyraziściej zaznaczają obecność postaci, które nie uległy zbiorowemu zaczadzeniu, na przykład Horn (dobra rola Rafała Dziwisza), mający odwagę sprzeciwić się złu.

Jednak wszyscy - zarówno uczciwi, jak i zepsuci, cierpią na defekt smutku. Jeżeli w ogóle się uśmiechają - to cynicznie, jeżeli kochają - rozpaczliwie. "Samotność to nie to samo, co osamotnienie" - pisał w "Dzienniku" Jerzy Andrzejewski. I dodawał: "Samotnym bywa się, osamotnionym się jest". Bohaterowie "Ziemi obiecanej" żądzą życia wyostrzają rozpacz samotności.

Łukasz Maciejewski
Polska Gazeta Krakowska
30 września 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia